Najnowsze

wegańskie lody bananowo-sezamowo-korzenne

bananowe1

Lody najlepsze, kiedy jest zimno, wiadomo😉 Nawet w czasach, kiedy ze słodyczami nie byłam za pan brat, lody zawsze znaczyły dla mnie dużo. I kremowa konsystencja i temperatura dawały mi tak przyjemne doznania, że byłam skłonna przeżyć słodkość i zawsze z dużym zdziwieniem przyjmowałam informację, że są tacy, co to nie przepadają za lodami. Serio? To tak jak nie lubić frytek. Kto nie lubi frytek?!

Nie mam na stanie maszynki do lodów, bo zwykle starcza mi jedna gałka zakupiona w lodziarni i nie prowadzę masowej produkcji domowej. Zwłaszcza, że jak mnie najdzie, to najłatwiejszą domową wersją są oczywiście wegańskie lody bananowe. Jeśli je jem, to zwykle na śniadanie. Jakoś tak pasują, może właśnie dzięki energetycznemu bananowi? A do samej masy bananowej dodaję różne składniki, żeby urozmaicić i tak już przyjemny z natury smak (oczywiście dla tych, którzy lubią banany ;)). Czasem są to owoce, ale rzadko. Najczęściej jest to kakao, karmel, masło orzechowe, krem kokosowy, tahina lub korzenne przyprawy – zwłaszcza, kiedy za oknem panuje taka aura, jak teraz😉

wegańskie lody bananowo-sezamowo-korzenne

1 pokrojony w plastry i zamrożony uprzednio banan
1 łyka miodu
1 łyżka tahiny
szczypta soli himalajskiej
ziarenka z połowy wanilii
2 strączki kardamonu
kawałek startego cynamonu

Zamrożone banany (można dać im moment, żeby odrobinę odtajały) wrzucamy do mocnego blendera razem z łyżką tahiny, miodem i solą. Na początku pulsacyjnie rozdrabniamy, a następnie blendujemy na gładką masę.

Dodajemy wanilię, ziarenka kardamonu i cynamon i delikatnie mieszamy.

Najlepiej, jak lody wrócą jeszcze na chwilę do zamrażalnika, wtedy przyjmują prawdziwą lodową formę, ale ja najbardziej lubię je właśnie takie, prosto po miksowaniu, o konsystencji szejka.

bananowe2

 

orientalne spaghetti z dyni dla HelloZdrowie

dynia2

Odkąd nabyłam ząbkowaną obieraczkę do warzyw, szaleję z jarzynowymi makaronami! Najczęściej w wersji klasycznej, z cukinii. Ale skoro teraz sezon, to i dynia okazała się świetna do tego celu. Taki warzywny makaron lubię w zupie, a najbardziej w stir-fry. Króciutko smażone, cienkie słupki warzywne, jędrne i pełne smaku powodują, że mimo iż kocham pszenny makaron nad życie, to w smażonych potrawach ten przyprawia mnie o szał kubków smakowych. Zwłaszcza, jak się porządnie przyprawi!

Taki makaron, bardzo pikantny i z orientalnym akcentem przygotowałam wczoraj dla HelloZdrowie! Zatem zapraszam tu po przepis🙂

dynia3

dynia1

 

podpłomyk ryżowy z kindziukiem, mozzarellą i białym serem

pizza-ryzowa

Kocham jesień. Nawet nie za kolory, tylko za ten zapach mokrej ziemi i za długie cienie. Rzadko jawnie narzekam na deszcz i wicher, chociaż z natury jestem zimnokrwista i przenikliwy ziąb często mi doskwiera do żywego. Ale to ta pora, kiedy wyowijam się w dziesięć warstw swetrów i pobiegnę do baru na grzane piwo. To ta pora, kiedy będę jeść dużo ramenów (😛 ) i sushi w tempurze (😛 ). Rano popijam kawę zbożową ze świeżo zakupionym likierem toffi  i ciągle jeszcze mam nadzieję na jakieś rozgrzewające bbq w terenie.

Wszystko pięknie i urokliwie, ale czasem jest tak jak dziś. Spojrzałam za okno i doznałam równie niezidentyfikowanej co głębokiej i dojmującej niechęci do wychodzenia na zewnątrz. A jeść coś trzeba. Nie ma rady. W takie dni zagłębiam się w czeluść mojej kuchennej szafki i kombinuję. I pewnie nie jestem w tej praktyce osamotniona;) Dziś przy okazji tego szperania, nie dość, że znalazłam składniki na świetny obiad, to jeszcze wreszcie wypowiedziałam wojnę molom i zrobiłam porządek we wszystkich moich mąkach, przyprawach i innych szmerach-bajerach. Nikt mi nie chce uwierzyć, więc chyba będę musiała jako dowód wysyłać fotki, ale przesypałam co się dało do słoików i pojemników, a co lepsze – opisałam😀 Nikt nie daje wiary, jak mi Bóg miły! A mnie duma rozpiera, bo to ważny krok w mojej przygodzie kulinarnej.

Tak więc przyszedł ten dzień niechęci, a ja na obiad przygotowałam podpłomyk z mąki ryżowej i wszystkiego, co następuje:

podpłomyk ryżowy z kindziukiem i mozzarellą

ciasto:

3/4 szklanki mąki ryżowej
1/4 mąki pszennej
4 łyżki oliwy
1/2 szklanki ciepłej wody (lub tyle, ile „zabierze” mąka)
sól

dodatki:

4 łyżki sosu pomidorowego
1 łyżka słodkiego sosu chili
1/2 cebuli
3 suszone pomidory
2 ząbki czosnku
5 plasterków kindziuka
4 łyżki tartej mozzarelli
50 g białego sera
parę gałązek świeżego oregano

W misce połączyłam mąki, sól i oliwę. Dolewałam stopniowo wodę i cały czas mieszałam łyżką. Kiedy składniki zaczęły się łączyć, wyrabiałam ciasto ręka, aż stało się elastyczne. Odstawiłam pod przykryciem na 30 minut.

W tym czasie przygotowałam dodatki. Pokroiłam cebulę w półplasterki, czosnek w plasterki, a pomidory w paski. Rozkruszyłam biały ser.

Ciasto cienko rozwałkowałam i przełożyłam na blachę wyłożoną papierem pergaminowym. Na cieście rozprowadziłam sos pomidorowy i sos chili. Posypałam białym serem i połową mozzarelli. Następnie rozłożyłam równomiernie cebulę, czosnek, suszone pomidory oraz kindziuk i dodałam resztę mozzarelli.

Piekłam niecałe 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st. Trzeba sprawdzać, czy ciasto się nie robi zbyt twarde. Na koniec posypałam świeżymi listkami oregano.

tom-kha ramen

tom-kha1

Dawno nie było żadnej zupy;)

Trudno mi przeżyć jesień bez zup. W sumie rozważam poważnie od jakiegoś czasu wprowadzenie ich do menu śniadaniowego (zwłaszcza, że moje przypada zwykle na 13 po południu;)). Błyskawiczne i grzejące miso jawi mi się jako cud natury w te trudne dni, kiedy nie chce się podnieść powiek, a co dopiero siebie z łóżka.

Tak, zupy rządzą! Jak dla mnie, naturalnie najpyszniejsze z makaronem. Dlatego dzisiejsza zupa, chociaż inspirowana tajską tom-kha gai (วิธีทำ ต้มข่าไก่), zjedzona została przeze mnie ze słuszną porcją pszennego, ramenowego makaronu. Oprócz tradycyjnie występujących w tej potrawie przypraw, mleczka kokosowego (którego nie widać) i kurczaka (którego też nie widać, bo jest ukryty w pierożkach), do zupy poleciały jeszcze krewetki, wakame, czarny sezam i dymka. Co tu ukrywać, mimo że nawiązanie do oryginału dosyć luźne, ja byłam tym miksem aromatów nie tyle usatysfakcjonowana, co zauroczona:)

tom-kha ramen

500 ml bulionu drobiowego
4 łyżki mleczka kokosowego
4-5 krewetek tiger
3 cm galangalu
1/2 łyżeczki suszonych płatków chili
1 trawa cytrynowa
3 listki limonki Kaffir
1 łyżka sosu rybnego
1 „zawiniątko” makaronu pszennego
1/2 łyżki oleju kokosowego
1/2 pęczka posiekanej dymki
parę glonów wakame
1/2 łyżeczki czarnego sezamu
4-5 pierożków
(przygotowanych z ciasta pszennego zabarwionego kurkumą. Nadzieniem jest mielone mięso drobiowe doprawione białym pieprzem, sosem rybnym i poszatkowaną cebulką)

W woku rozgrzałam olej kokosowy. Dodałam utarty galangal, zmiażdżoną i drobno pokrojoną trawę cytrynową oraz chili. Podsmażyłam. Zalałam gorącym bulionem drobiowym. Dorzuciłam listki limonki Kaffir oraz sos rybny. Następnie dolałam mleczko kokosowe. Dorzuciłam makaron oraz pierożki. Gotowałam około 4 minuty, a następnie dorzuciłam świeże krewetki i glony wakame. Gotowałam kolejne 4 minuty.

Zupę podałam posypaną dymką oraz czarnym sezamem.

tom-kha2

sushi – kolejne starcie :)

sushi2

Wu przyjeżdża już niedługo, więc zakasałam rękawy i postanowiłam zdwoić wysiłki mające na celu uczynić ze mnie mistrza sushi. No cóż… zanim moje rolki nabiorą geometrycznego kształtu, a ryż będzie odpowiednio kwaśny, myślę, że dużo wody musi upłynąć w Shinano😛

Ale nie poddaję się. Staram się obserwować mój ryż i dojść wreszcie do perfekcji, zarówno jeśli chodzi o konsystencję, jak i balans smaków. Roluję i roluję starając się nauczyć jaka ilość składników jest odpowiednia, by wszystko utrzymało kształt. Szatkuję szczypiorek i kroję rybę – ale to, zdaje się, najtrudniejszy element tej całej układanki. Przynajmniej dla mnie, młodego padawana. Mam nadzieję, że mój sushi master trochę mnie pochwali, a jeszcze bardziej podszkoli, jak nareszcie przekroczy znów próg mojej kuchni ^_^

Jakby moje sushi nie wyglądało, doznaję ogromnego przypływu radości za każdym razem kiedy je przygotowuję. Jeszcze nie mam śmiałości eksperymentować z innymi rodzajami, ale ochota na to jest już dawno obudzona. Dziś więc jeszcze zachowawczo, ale kto wie co będzie następną razą?🙂

Miałam nieco zamrożonego łososia, który został mi po niedawnej sesji foto i kilka osamotnionych paluszków krabowych. Na nich więc oparłam swoje dzisiejsze sushi. Więc oprócz klasycznych rolek, nigiri i mojej ukochanej wysmażonej skóry łososiowej, zrobiłam uramaki i gunkany z tatarem z łososia i paluszków krabowych. Piękne, niepiękne – zjadło się😛

Ostatnio dość intensywnie przeczesuję internety poszukując oryginalnych tajwańskich przepisów. Jako że Wu jest z Tajwanu właśnie, mam zamiar dużo tradycyjnych potraw tej kuchni z nim przygotować. Tajwan fascynuje mnie pod względem kulinarnym już od dłuższego czasu, więc myślę, że najwyższa pora wypróbować receptury. I chociażbym nie wiem jak chciała wysilić się na nieco więcej polotu, to zapewne zacznę od słynnych parowanych bułeczek gua bao, gdyż po obejrzeniu na youtubach paru filmików instruktażowych, kompletnie zawładnęły moją wyobraźnią, a ten skarmelizowany boczek śni mi się po nocach!

wegańskie serniczki z nerkowców

nerkowce3

Mój słodyczowy „szał” powoli traci na impecie, ale żeby jeszcze wykorzystać jego resztki i spróbować coś, czego jeszcze nie jadłam, postanowiłam przygotować wegańskie serniczki. Już dobre parę miesięcy temu zwróciłam na nie uwagę u Jadłonomii ale wtedy jeszcze słodycze nie rajcowały mnie do tego stopnia, żeby moczyć orzechy przez całą noc, a potem bawić się w tę całą babraninę z miksowaniem. Teraz mnie wzięło i przyznaję się, że warto było się babrać! A tak szczerze, to wcale tego babrania aż tak wiele nie było. Dużo bardziej napapram, jak gotuję zwykłą zupę;)

Zrobiłam z grubsza jak Jadłonomia przykazała. Wprowadziłam parę modyfikacji, głównie w kwestii przypraw, ale nie szarżowałam, gdyż, jak nawet pewnie nie muszę dodawać, nie jestem światowej klasy ekspertem w dziedzinie wegańskich przysmaków.

Nie sądziłam, że te serniczki będą aż tak dobre. A są! Nawet jeszcze lepsze. I uwierzcie, że chociażby nie wiem jak były wspaniałe, to taka mała porcja wystarczy. Jednak co orzechy, to orzechy. Ja zjadłam dwie porcje, ale tylko z chytrości i na tak zwany wcisk;) Ale wiadomo – i w życiu i w jedzeniu kieruję się zasadą „albo wszystko albo nic”;)

spód

1/2 szklanki orzechów włoskich
1/3 szklanki daktyli
szczypta soli morskiej

masa

1/2 szklanki orzechów nerkowca
1 łyżeczka soku z limonki
4 łyżki zalewy z orzechów nerkowca
2 łyżki oleju kokosowego
2 łyżki erytrolu (lub innego słodzidła)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
1/2 łyżeczki nasion kardamonu
szczypta soli morskiej

Nerkowce zalewamy wodą z sokiem z limonki, a daktyle samą wodą. Wstawiamy do lodówki na całą noc.

Miksujemy orzechy włoskie z solą, a następnie dodajemy odsączone daktyle i ponownie miksujemy, aż powstanie masa, którą następnie wykładamy 4 małe słoiczki (lub inne naczynia do deserów). Odstawiamy do lodówki.

Odcedzone nerkowce przekładamy do blendera wraz z 4 łyżkami zalewy, w której się moczyły. Dodajemy olej kokosowy i wstępnie blendujemy. Dodajemy erytrol, ekstrakt waniliowy, kardamon i sól morską i jeszcze raz blendujemy do uzyskania gęstej, puszystej masy.

Krem przekładamy na wcześniej przygotowane spody i wkładamy do lodówki na co najmniej 3 godziny.

Najlepiej smakują z jakimiś kwaskowatymi owocami. Ja dorzuciłam jeżyny i borówki, gdyż kocham je miłością żywą i gorejącą:)

nerkowce4

nerkowce1

nerkowce2

pieczone chipsy z topinambura

topinambur2

Bardzo lubię topinambur i stosunkowo często do czegoś go dorzucam, ale nigdy wcześniej nie zrobiłam osławionych już dawno czipsów! Kiedy przemierzałam wczoraj Kleparz i w oczy rzuciły mi się szaro-bure bulwy, stwierdziłam, że oto i nastał ten moment.

Lubię tłuszcz, nie będę się bić, ale nie lubię jak pryska po całej kuchni;) Dlatego zdecydowałam się moje chipsy upiec w piekarniku. Metoda wymagająca może nieco więcej czasu, ale za to nie trzeba stać, doglądać gara i łowić narażając się na oparzenie gorącą kropelką oleju;)

Początkowo planowałam obrać mój topinambur. Planowałam też jakiś zabójczy miks przypraw, ale ostatecznie postawiłam na klasykę. W końcu to moje pierwsze topinamburowe czipsy, niech więc wiem jak smakują w najbardziej naturalnym wydaniu. Wylądowałam więc z michą czipsów przyprawionych tylko solą, ale przecież w sumie tak lubię najbardziej!

pieczone czipsy z topinambura

300 g topinambura
2 łyżki oleju kokosowego
sól morska do smaku

Topinambur obieramy lub nie – według gustu.

Kroimy w cienkie plasterki. Na blachę piekarnika kładziemy papier pergaminowy, który za pomocą pędzelka smarujemy roztopionym olejem kokosowym. Równomiernie rozkładamy plasterki topinambura, który również smarujemy dokładnie olejem kokosowym. Posypujemy solą morską.

Wkładamy do piekarnika i pieczemy w temperaturze 200-220 st. przez około 15 minut. Trzeba sprawdzać, żeby czipsy nam się nie przypaliły (tak jak mnie;))

topinambur1