Najnowsze

tajwańskie zongzi 肉粽

Chińczycy i Tajwańczycy obchodzili przedwczoraj swoje Święto Smoczych Łodzi (端午节), więc na tę okazję przygotowałam dla TaoTao tradycyjnie jedzone w ten dzień pierożki z kleistego ryżu owinięte w liście bananowca – zongzi (肉粽). Są zupełnie niesamowite! Kleisty ryż po ugotowaniu rozpada się zupełnie tworząc swego rodzaju „ciasto”. Środek smakuje przyprawą 5 smaków, a całość przesiąknięta jest aromatem liści bananowca. Niestety, są głęboko uzależniające. Bezskutecznie próbowałam zakończyć na trzech…

Pierwszy raz przygotowywałam je z Wu, pod jego okiem. Od tamtej pory robiłam już kilkukrotnie. Nawet dla jego rodziców, rodowitych Tajwańczyków, w podzięce za użyczenie mi mieszkania na miesiąc 😀

Przygotowanie tej specyficznej sakiewki w kształcie piramidki wymaga nieco wprawy i lubi się to rozłazić, ale sznurek i trochę wprawy załatwia sprawę. Zróbcie koniecznie i pokochajcie je! A po przepis wpadajcie na fanpejdża TaoTao!

Reklamy

xis coração

Przygotowałam tego „burgera” dla marki TaoTao, ale muszę się nim podzielić i tutaj, gdyż to moja, uważam bardzo udana próba, odtworzenia jednego z największych przysmaków, jakiego dane mi było spróbować w Brazylii. Xis coração (szis korasą, gdzie szis pochodzi od słowa cheese, jako skrótu od cheese burger), czyli burger z sercami drobiowymi (i milionem innych dodatków), został moją miłością od pierwszego kęsa, chociaż zdaję sobie sprawę, że serca mogą być elementem dość kontrowersyjnym. Są jednak tak pysznie zesmażone i tak aromatycznie przyprawione, że można stracić dla nich głowę. Najlepsze, największe i najbardziej kultowe podają w sieci Speed Lanches w Porto Alegre. Mieszkańcy szczycą się, że w całej Brazylii nie ma drugiego tak wielkiego xisa, jak na Południu. I fakt jest faktem – mój rekord, to zjedzenie połowy, a i tak z niemałym wysiłkiem i walną pomocą Wu 😛 A całość nabędziemy za równowartość 17 złotych (o bogowie!). Inne lokale oferują tańsze i mniejsze okazy – najtańszy, jakiego jadłam, to taki za 8 zł, ale podołałam całemu bez musu popuszczania pasa i chociaż dobry, to do giganta ze Speed Lanches nie miał startu. Ale ja, to zjem wszystko, zasłaniając się „imieniem eksperymentu” 😛

Żeby jeszcze dobitniej wyrazić, jak bardzo xis coração zawładnął moim sercem dodam, że zdarzyło mi się namówić Wu, żebyśmy wsiedli w samochód o 5 rano i jechali zjeść jednego na pół. A pragnę podkreślić, że nie – nie wracaliśmy właśnie z imprezy, ani tym bardziej nie mieliśmy problemów z insomnią, a wiedzieć również należy, że wbrew nazwie, zamówienia wcale nie otrzymywało się tam ekspresowo. Raz, że tłumy w kolejce zawsze były nieprzebrane, a dwa, że to Brazylia, więc mają czas 😉

Xis charakteryzuje się wielką i puszystą bułką pszenną. Taką starałam się przygotować. Przygotowałam zwykłe ciasto drożdżowe, z częścią wody gazowanej i częścią mleka. Pozwoliłam ciastu długo rosnąć. Uformowanym bułom również pozwoliłam rosnąć i to dość długo, żeby zrobiły się naprawdę ogromne. Wtedy upiekłam na blado, żeby nie stwardniały za bardzo i nie straciły puszystości, na której najbardziej mi zależało.

Teraz dodatki. Najważniejsze – serca drobiowe. Mocno przysmażone i równie mocno doprawione. Solą, słodką papryką i tajemną mieszanką przypraw, której nie znam, ale pokombinowałam z tym co miałam na stanie i dało radę (śląska mieszanka przypraw Oma świetnie się zmaczowała z brazylijskim burgierem 😉 ). Do usmażonych serc dodajemy ziarna kukurydzy konserwowej i starty wyrazisty ser żółty. Kroimy kawałek pomidora w kostkę, a na drugiej patelni smażymy jajko z dwóch stron (w prawdziwym xisie nie ma płynnego żółtka). Przekrojoną bułkę smarujemy obficie majonezem i wkładamy w nią wszystko, cośmy właśnie przygotowali. Będzie się to wysypywać niemiłosiernie, ale nie dajemy się wyprowadzić z równowagi i kładziemy bułkę na patelnię mocno dociskając, przekładamy na drugą stronę i to samo – chodzi nam o jej przytostowanie i spłaszczenie. I tu wchodzi rewolucyjne rozwiązanie Brazylijczyków – bułę umieszczamy w foliowym, małym worku. Wtedy dokładamy wszystko, co nam wcześniej wypadło i możemy konsumować bez stresu, że utracimy jakiś pyszny kąsek, który zamiast na ziemię/ubranie/buty/stół, wpadnie nam do worka – tadam! 😀

Muszę się wytłumaczyć, gdyż na zdjęciu widać burgera przed spłaszczeniem, a i można prędzej oczy wypatrzeć, niż dostrzec worek. No cóż, chciałam, żeby chociaż trochę widać było zawartość, a po spłaszczeniu xis nie wygląda aż tak spektakularnie 😉 Jednak tutaj oto prawdziwy, najprawdziwszy brazylijski xis:

pudding chia na mleku słonecznikowym

Mole spożywcze atakują mnie jak wścieknięte. Siedzą w szafce z jedzeniem jak u Pana Boga za piecem, a nawet się do czynszu nie dołożą… Ratuję więc co się da. Dziś padło na pestki słonecznika i resztkę nasion chia. Jak chia, to wiadoooomo – musi być pudding. Ale co ze słonecznikiem? Może mleko? Mleko siadło jak sto pięćdziesiąt! Smak jest pyszny i bogaty, a konsystencja aksamitna. Do tego mus z mango i borówki i ani nie można oprzeć się smakowi, ani kolorom!

A za miesiąc przyjeżdża Wu! Tym razem zostanie na trzy miesiące. Znów snujemy plany kulinarne i parę kulinarnych wycieczek. A plany są całkiem poważne! O jejku, jejku, ale się nie mogę doczekać 🙂

pudding chia
na mleku słonecznikowym

400 ml mleka słonecznikowego
ziarenka z jednej laski wanilii
4 łyżki nasion chia
2 łyżki erytrytolu (lub innego słodzidła)
mus z mango
borówki

Mus z mango przygotowałam poprzez zblendowanie bardzo dojrzałego, obranego owocu na papkę.

Żeby przygotować mleko słonecznikowe, należy zalać 2 szklanki ziaren słonecznika około sześcioma szklankami wody – swoją ulubioną konsystencję należy opracować metodą prób i błędów. Słonecznik moczymy przez całą noc. Następnie blendujemy najdrobniej jak to możliwe, dodawszy szczyptę soli, po czym masę przekładamy na gazę i dokładnie odsączamy.

Nasiona chia zalewamy powstałym mlekiem i dokładnie mieszamy, najlepiej trzepaczką. Dodajemy wanilię i erytrytol. Przelewamy do szklanek (lub słoików 😀 ), zostawiając miejsce na mus mango i borówki, które dodajemy, kiedy pudding nieco stężeje w lodówce. Najlepiej zostawić go na całą noc.

frytki z obierek ziemniaczanych

Te na poły frytki, na poły chipsy podbiły kiedyś internety, a ja, jako wielbicielka skórki z ziemniaka pokochałam je z miejsca miłością żywą. Wiedziałam, że wszelki opór jest daremny. Są pyszne, chrupiące, za każdym razem można doprawić inaczej, a najlepsze jest to, że obierając ziemniaki, automatycznie przygotowujemy sobie podwaliny pod obiadowy dodatek na inny dzień. Ja obierki zamrażam i kiedy brak ziemniarów bierze mnie z zaskoczenia, otwieram tylko szufladę zamrażalnika i wiem, że za 10 minut będę mieć boską przekąskę, godną możnych i królów 😀

frytki z obierek ziemniaczanych
(wersja podstawowa)

obierki z 5 ziemniaków
1 łyżka płynnego oleju kokosowego
(bezwonnego)
1/2 łyżeczka soli himalajskiej

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni.

Obierki wrzucamy do miski, przyprawiamy i skrapiamy olejem. Dokładnie mieszamy, by skórki pokryły się tłuszczem.

Wykładamy cienką warstwą na blachę z piekarnika wyłożoną papierem pergaminowym.

Pieczemy około 10 minut, lub do takiego stopnia zbrązowienia, jak lubimy.

raw brownie

I znów brownie. Wygląda mi to na obsesję. Ostatnio, odkąd przymusowo zrezygnowałam z mięsa, popchnęło mnie to w stronę eksperymentów wegetariańskich, wegańskich, a nawet witariańskich. Pomyślałam – kiedy jak nie teraz? Moment na to jest wręcz perfekcyjny.

Od dawna jest mi bliskie również niemarnowanie resztek. Mój Łociec, to znany w całej rodzinie kuchmistrz odpadkowy. To od niego nauczyłam się magicznych mocy ugotowania pełnego obiadu, nawet gdy lodówka na pozór świeci pustkami 😀 Postanowiłam więc dzielić się i tutaj pomysłami na żywnościowy recykling, które sama stosuję, by wyrzucać jak najmniej, a kombinować ze smakami jak najwięcej.

O raw brownie chyba słyszeli już wszyscy. Jest tak łatwe w przygotowaniu, że aż trudno uwierzyć, że to naprawdę zadziała. A jego smak kompletnie nie zdradza składników i jest cokolwiek zaskakujący. W jak najbardziej pozytywnym sensie. Czy smakuje jak prawdziwe brownie, to w sumie nie wiem, bo, wstyd się przyznać, ale jako jeszcze do niedawna słodyczowy sceptyk, nigdy nie próbowałam! Witariańskie brownie smakuje jednak super czekoladowo, a jego miękka i bogata konsystencja to sama przyjemność przeżuwania. No, mnie zauroczyło i chętnie jadłabym więcej, niż pozwala przyzwoitość. Jest świetne do gorzkiej, popołudniowej kawy, albo jako zdrowy baton energetyczny na siłkę. A dodatkowo się cieszę, że do przygotowania wykorzystałam zalegające w szafce orzechy i zdążyłam, zanim mole się do nich dobrały.

raw brownie

150 g daktyli
150 g orzechów
(u mnie resztki orzechów laskowych, migdałów, które nadały migdałowego smaku i nerkowców)
4 łyżki surowego kakao

Wszystkie składniki wrzuciłam do blendera i zmieliłam na dość gładką masę, zbierając co jakiś czas składniki ze ścianek naczynia.

Rozłożyłam dość cienką warstwą na papierze pergaminowym. Wstawiłam do lodówki na 3 godziny. Posypałam po wierzchu niewielką ilością kakao.

fasolowe muffinki

Ostatnio tłucze mnie chęć na czekoladowe smaki. Jednak jako siłka-girl (już od 4 miesięcy 😉 ) nie pozwalam sobie na specjalną rozpustę. Ale takie małe oszustwo nawet trenerka zaakceptowała 😉 Kiedyś obiło mi się o uszy hasło „brownie z fasoli”. Przeczesałam więc internety, pokompilowałam i są! Zdrowe i niskokaloryczne!

fasolowe muffinki

1 puszka czerwonej fasoli
2 łyżki surowego kakao
2 łyżki oleju kokosowego
1 banan
1 jajko (opcjonalnie)
100 g stewii
szczypta soli

Zbendowałam razem czerwoną fasolę z bananem. Dodałam olej kokosowy, jajko, kakao, stewię i sól. Wymieszałam dokładnie.

Masą napełniłam formę do muffinek i piekłam w 180 stopniach przez 35, gdyż zależało mi na wilgotnym wnętrzu.

pulpety z makaronem shirataki

No i cóż… wróciłam z Brazylii. Był płacz na lotnisku i histeryczne planowanie w wyobraźni kolejnej wizyty, by jakoś rozproszyć żal. Napiszę o Brazylii niebawem, kiedy odkopię się ze sterty zdjęć, których i tak nie jest tyle, ile mogło być. Wszyscy, jak jeden mąż, przestrzegali mnie przed targaniem ze sobą aparatu zawsze i wszędzie (jak to miałam w planach) w obawie przez bestialskim rabunkiem, który, jakoby, mógłby zaburzyć moją radość z pobytu. No to się zastosowałam. Trudna rada.

W Brazylii fotografowałam także przeboskie sushi do menu sushi-baru mojego przyjaciela Wu. Mam zamiar również tutaj podzielić się zdjęciami, bo te rolki, to prawdziwe cacuszka! Podczas 4-tygodniowego postoju w Porto Alegre jadłam je praktycznie codziennie! Jak teraz żyć?! 😛

Dziś prezentuję natomiast mój, przedwjazdowy jeszcze, makaron z pulpetami. Łaziły za mną i musiałam się w końcu poddać. Jak pewnie nieraz się już żaliłam na łamach mojego „słitaśnego blogaska”, mam wadę układu limfatycznego i dla zminimalizowania efektów tejże, powinnam mięso ograniczyć do minimum, co czasem idzie jak po grudzie, ale teraz mam tak zwane „mocne postanowienie” – z wyłączeniem zjedzenia mięsa żubra w Białowieży, do której wybieram się na majówkę 😀

makaron shirataki z pulpetami 

1 opakowanie makaronu shirataki
2 szalotki
1 pęczek dymki
kilka listków kolendry
10 pieczarek
4 cm korzenia imbiru
300 g mielonego indyka
białko jednego jajka
3 ząbki czosnku
4 łyżki sosu sojowego
1 łyżka sosu ostrygowego
1 łyżeczka oleju sezamowego
1 łyżeczka octu ryżowego
1 łyżeczka oleju kokosowego
biały pieprz i przyprawa 5 smaków

Zrobiłam pulpety: mięso wymieszałam z 1 łyżką sosu sojowego, sosem ostrygowym, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, białym pieprzem, przyprawą 5 smaków, paroma łyżkami posiekanej dymki i białkiem jajka. Dobrze wyrobiłam dłońmi i uformowałam kuleczki.

W woku rozgrzałam olej kokosowy, wrzuciłam pokrojoną drobno szalotkę i imbir a następnie zrumieniłam na nim kuleczki. Dodałam pokrojone w plastry pieczarki oraz sos sojowy, olej sezamowy, ocet ryżowy i biały pieprz. Można podlać niedużą ilością wody. Przykryłam i dusiłam 10 minut. Posypałam kolendrą i dymką. Podałam z przelanym gorącą wodą makaronem shirataki.