Archive for Czerwiec, 2012

paruchy z sosem grzybowo-cebulowym

Za chwilę zbieramy się na naleśnikowe party do kolegi mieszkającego w Hucie. To skłania mnie, żeby znów napisać, jak lubię tę dzielnicę. Tak wiele wspaniałych wspomnień z dzieciństwa wiąże się dla mnie z Hutą. I mimo mojej pełnej, najszczerszej, głęboko zakorzenionej, wyniesionej z domu pogardy dla komunizmu, mam jakiś nieopisany sentyment do tej socrealistycznej architektury, z której składa się ‚stara’ Nowa Huta. Niezmiennie cieszy mnie mijanie Hotelu Lipsk w Czyżynach i chociażby szybkie przemknięcie przez Plac Centralny. Prawdopodobnie przez wzgląd na dzieciństwo, które zawsze wspominam z rozrzewnieniem, bo było prawdziwą idyllą, Huta ma specjalne miejsce w moim sercu.

Żeby zostawić miejsce w żołądkach dla naleśników, nie najadaliśmy się dziś za specjalnie. Po dwa paruchy z gęstym sosem na czachę i wystarczy:)

Przepis na ciasto -> tu.

sos grzybowo-cebulowy

40 g suszonych borowików
2 cebule
150 ml śmietany 18%
odrobina oleju rzepakowego
sól & pieprz, tymianek

Namoczyłam i odcisnęłam grzyby.

Cebulę poszatkowałam i poddusiłam na niewielkiej ilości oleju. Dodałam drobno pokrojone grzyby i przyprawy. Dusiłam do miękkości. Dodałam śmietanę (ewentualnie można dodać nieco wody).

Podawałam z paruchami:)

A bonusowo wczorajszy pyszny arbuz i jedno z moich ukochanych zestawów śniadaniowych: grzanka, kiełbasa, pomidor i ser pleśniowy:)


bulion w stylu orientalnym z trawą cytrynową i imbirem

Poranek przywitał nas prawdziwie sztormową pogodą, mimo że to Kraków. Wiadomo, uwielbiam taką, ale przez wzgląd na dość dokuczliwe przeziębienie, postanowiłam dziś nie wystawiać się na działanie wiatru. Śniadanie, w postaci słusznej porcji arbuza, zjadłam w towarzystwie naszej Basistki, a z pomocą w sprawie obiadu przyszła nieoceniona spiżarniana szafka. Przez ostatnie przygotowania uczelniane nagromadziło mi się trochę zaległości ‚w papierach’, więc uznałam, że właśnie na ich uzupełnianie przeznaczę dzisiejsze przedpołudnie, a obiad będzie niezobowiązujący i taki, który dobrze mi zrobi na górne drogi oddechowe, dlatego oprócz nieodzownego w takiej sytuacji makaronu, tym razem w formie zapiekanki, pojawił się pyszny bulion z dodatkiem prawie wszystkich możliwych przypraw, jakie posiadam w swoich zasobach. Potrzebowałam czegoś wyrazistego, co będzie stanowić remedium na dość istotnie przytłumione przez katar poczucie smaku. Wyszło coś naprawdę pysznego. Zużyłam mnóstwo trawy cytrynowej, suszone liście limonki Kaffir i niesamowitą szalotkę bananową, z którą spotkałam po raz pierwszy się dopiero niedawno. Zainteresował mnie jej intensywny bananowy zapach, który w niewielkim tylko stopniu rzutuje na smak, ale ma on w sobie coś niespotykanego.

 

bulion w stylu orientalnym

600 ml bulionu warzywnego
3 szalotki (u mnie bananowe)
5 (lub więcej;)) ząbków czosnku
6-8 źdźbeł trawy cytrynowej
łyżeczka utartego imbiru
pół pęczka poszatkowanego szczypiorku
sok i otarta skórka z limonki
garść makaronu (u mnie świderki, taki znalazłam po przetrząśnięciu szafki;))
łyżeczka oleju rzepakowego
sól & pieprz, płatki chilli, suszone liście limonki Kaffir, szczypta cynamonu i gałki muszkatołowej, harissa, kumin

Rozgrzałam olej i poddusiłam na nim poszatkowaną szalotkę, przeciśnięty przez praskę czosnek, imbir i przyprawy. Zalałam bulionem, do którego dodałam trawę cytrynową, skórkę i sok z limonki oraz makaron. Gotowałam aż makaron zmiękł. Wyjęłam trawę cytrynową, a zupę posypałam sowicie posiekanym szczypiorkiem.


krótkie podsumowanie zeszłego tygodnia ;)

Studia zakończone i uczczone znanym i lubianym winem musującym;) Teraz, jak z radością to określam, jestem pełnokrwistą nauczycielką rytmiki i mam na to papiery;) Jupi! Pierwsze dni ‚wolności’ upływają mi jednak pod znakiem kataru i bólu gardła. Jak to mówią, taka karma.

Zawsze jak już uporam się z jakimś materiałem, zdam egzamin, obronię pracę, towarzyszy mi takie dziwne uczucie, że jednak powinnam otworzyć książki i się jeszcze trochę pouczyć. Potrzebuję zwykle paru dni, by oswoić się z faktem, że edukacja (a przynajmniej pewien jej etap;)) została zakończona, a czytać będę tylko dla przyjemności. Bardzo lubię świadomość, że skończyłam to, co zaczęłam:)

Zaraz po obronie obchodziłam urodziny, a po południu zaliczyliśmy jeszcze spotkanie w gronie Rodziny z okazji imienin Babci D.:) Poniżej moje urodzinowe zdobycze i resztki z imieninowego stołu. Wcześniej oddałam się konsumpcji, a gdy przyszło co do czego, mało zostało do fotografowania;)


ostro-kwaśne ziemniaczki

Każdego roku te długie dni tak samo bardzo cieszą i co roku z pewnym niedowierzaniem spoglądam w okno o 21. widząc ciągle jasne, czerwonawe niebo. Piękne są letnie wieczory i letnie noce. A zwłaszcza zbliżająca się Noc Świętojańska, noc moich urodzin. I mimo, że nie znoszę urodzin, to lepszej daty dla nich nie umiałabym sobie wyobrazić.

Władze Krakowa zrezygnowały podobno z tradycyjnych ‚Wianków’. Impreza ta ma dużo fanów, ale ja jakoś nie żałuję, od dawna nie występował nikt, kogo muzyką akurat bym się interesowała. Ale lubiłam pokaz sztucznych ogni o północy. Jak byłam mała, to wyobrażałam sobie, że Ci wszyscy ludzie, te fajerwerki, ta zabawa, to na moją cześć. W tym roku brak ‚Wianków’ ma nam wynagrodzić też już tradycyjny Jarmark Świętojański. Zeszłoroczna edycja oczarowała mnie (oraz mojego Brata i G.) do tego stopnia, że przez trzy dni jego trwania kiblowaliśmy (inne słowo byłoby niestosowne;)) nad Wisłą, wśród straganów od rana do wieczora. Raczyliśmy się pszenicznym benedyktyńskim piwem i mniszymi jagłami z boczkiem i suszoną śliwką, oglądaliśmy pokazy dawnych rzemiosł, tańca i walki. Mój Brat dumnie eksponował swoją sakwę i starodawne emblematy i symbole, a ja, jako ta słowianka, snułam się w ‚zgrzebnym gieźle’ i ogromnym wianku zrobionym z traw i słomy. Cóż, w takiej odsłonie czułam się wybornie;)

A w dzisiejszy upalny dzień raczyliśmy się kwaśnymi, ale i pikantnymi ziemniaczkami. Nie da się ukryć, że rozgrzewały gardziel. Może pora je ochłodzić chłodnym piwem?;)

ostro-kwaśne ziemniaczki
(proporcje wedle uznania)

młode ziemniaczki
olej rzepakowy pół na pół z masłem
sok z limonki
czuszki
sól & pieprz, ostra mielona papryka, suszony rozmaryn

Wyszorowane ziemniaki ugotowałam na pół-miękko.

Na patelni rozgrzałam olej z masłem, dodałam przyprawy, pokrojone czuszki i pokrojone w niewielkie kostki ziemniaczki. Wymieszałam, dodałam sok z limonki i podsmażyłam na złoty kolor.


kryzysowe jadło

Panuje tu ostatnio zastój kulinarny, który spowodowany jest moją trwającą sesją i pisaniem pracy dyplomowej, z czego już się byłam spowiadałam niedawno. Niestety, siłą faktu, mało gotuję i ograniczam się tylko do potraw ze słoika, lub takich, których przygotowanie wymaga zmieszania kilku składników i ugotowania makaronu. Odmroziłam też fasolkę po bretońsku od Babci i maminy bigos. Ale na szczęście lubię takie proste jedzenie i absolutnie nie przeszkadza mi, że przez trzy dni pod rząd kuchnia wydaje tylko spaghetti z czosnkiem, szpinakiem lub pesto, albo ziemniaki zapiekane z cebulą i kiełbasą. Zalicza się to do jadła kryzysowego, bo powstaje na szybko, z zastanych składników, bez kombinowania i zastanawiania się. Wszystko, co jest, do gara i już za chwilę można się raczyć! Może nie, jak to mówią, „po pańsku”, ale mimo to smacznie:)


Zakopane 2012

Ostatni weekend spędziliśmy w Zakopanem. Miałam dać sobie na chwilę spokój z nauką i męczeniem pracy dyplomowej, ale poczucie obowiązku zwyciężyło. Spakowałam laptop i walczyłam z moimi tabelami zaciekle w samochodzie, dopóki mnie nie zemdliło;) Ale dzięki temu mogę ogłosić, że artykuł został zamknięty i nawet nie zamierzam spoglądać w jego stronę aż do obrony!

Noc spędziliśmy „U Futra”, co bawi mnie do teraz;) A przechodząc do spraw najistotniejszych, zjedliśmy pieczone grule z masłem czosnkowym, kiełbaski baranie, słynne placki ziemniaczane, całkiem niezłe zrazy w sosie grzybowym i wyborne lody od Żarneckich.


kotleciki z miętą i sosem miętowym

U nas nadal smętna pogoda, nadal huk nauki i obowiązków, nadal trochę nerwówki. Ale jeść coś trzeba. Niestety, kotleciki, o których dziś mowa ‚wyszły’ już dobre parę dni temu, a to tylko mglista reminiscencja. Dziś raczymy się pomidorówką i zapiekanką ziemniaczaną – mam nadzieję, że też będziemy je dobrze wspominać;). A kotleciki były niezrównane! Ich nazwa kodowa, to kotleciki podwójnie miętowe, a to za sprawą miętowego sosu, który wzbogacał i tak już wyraźnie miętowy aromat burgerów. Dawno nic tak mi nie smakowało (chyba tylko krupnik z przydworcowej knajpy w Oświęcimiu).

 

podwójnie miętowe kotleciki z sosem miętowym

500 g mielonego mięsa (u nas baranina i karczek)
1 czerstwa bułka
3 szalotki
sok z połowy limonki
3 (lub więcej;)) ząbki czosnku
pół pęczka posiekanej mięty
gęsty jogurt naturalny (np. typu bałkańskiego)
jajko
1 łyżka musztardy
1 łyżeczka sosu worcester
sól & pieprz, kumin, cynamon, za’atar, ostra papryka

Mięso wymieszałam z namoczoną wcześniej i odciśniętą bułką, dodałam poszatkowaną szalotkę, przeciśnięty przez praskę czosnek, musztardę, sos worcester, sok z limonki, jajko, posiekaną miętę i przyprawy. Masę dokładnie wyrobiłam i uformowałam z niej kotleciki, które piekłam potem w piekarniku (na grillu) w temperaturze 180°C, aż się zezłociły (czas pieczenia oczywiście należy dostosować do wielkości kotlecików).

Jogurt wymieszałam z solą, pieprzem, odrobiną soku z limonki i posiekaną miętą.

Jak dla mnie najlepsze w towarzystwie ziołowego kuskusu 🙂