Archive for Czerwiec, 2012

paruchy z sosem grzybowo-cebulowym

Za chwilę zbieramy się na naleśnikowe party do kolegi mieszkającego w Hucie. To skłania mnie, żeby znów napisać, jak lubię tę dzielnicę. Tak wiele wspaniałych wspomnień z dzieciństwa wiąże się dla mnie z Hutą. I mimo mojej pełnej, najszczerszej, głęboko zakorzenionej, wyniesionej z domu pogardy dla komunizmu, mam jakiś nieopisany sentyment do tej socrealistycznej architektury, z której składa się ‚stara’ Nowa Huta. Niezmiennie cieszy mnie mijanie Hotelu Lipsk w Czyżynach i chociażby szybkie przemknięcie przez Plac Centralny. Prawdopodobnie przez wzgląd na dzieciństwo, które zawsze wspominam z rozrzewnieniem, bo było prawdziwą idyllą, Huta ma specjalne miejsce w moim sercu.

Żeby zostawić miejsce w żołądkach dla naleśników, nie najadaliśmy się dziś za specjalnie. Po dwa paruchy z gęstym sosem na czachę i wystarczy:)

Przepis na ciasto -> tu.

sos grzybowo-cebulowy

40 g suszonych borowików
2 cebule
150 ml śmietany 18%
odrobina oleju rzepakowego
sól & pieprz, tymianek

Namoczyłam i odcisnęłam grzyby.

Cebulę poszatkowałam i poddusiłam na niewielkiej ilości oleju. Dodałam drobno pokrojone grzyby i przyprawy. Dusiłam do miękkości. Dodałam śmietanę (ewentualnie można dodać nieco wody).

Podawałam z paruchami:)

A bonusowo wczorajszy pyszny arbuz i jedno z moich ukochanych zestawów śniadaniowych: grzanka, kiełbasa, pomidor i ser pleśniowy:)


bulion w stylu orientalnym z trawą cytrynową i imbirem

Poranek przywitał nas prawdziwie sztormową pogodą, mimo że to Kraków. Wiadomo, uwielbiam taką, ale przez wzgląd na dość dokuczliwe przeziębienie, postanowiłam dziś nie wystawiać się na działanie wiatru. Śniadanie, w postaci słusznej porcji arbuza, zjadłam w towarzystwie naszej Basistki, a z pomocą w sprawie obiadu przyszła nieoceniona spiżarniana szafka. Przez ostatnie przygotowania uczelniane nagromadziło mi się trochę zaległości ‚w papierach’, więc uznałam, że właśnie na ich uzupełnianie przeznaczę dzisiejsze przedpołudnie, a obiad będzie niezobowiązujący i taki, który dobrze mi zrobi na górne drogi oddechowe, dlatego oprócz nieodzownego w takiej sytuacji makaronu, tym razem w formie zapiekanki, pojawił się pyszny bulion z dodatkiem prawie wszystkich możliwych przypraw, jakie posiadam w swoich zasobach. Potrzebowałam czegoś wyrazistego, co będzie stanowić remedium na dość istotnie przytłumione przez katar poczucie smaku. Wyszło coś naprawdę pysznego. Zużyłam mnóstwo trawy cytrynowej, suszone liście limonki Kaffir i niesamowitą szalotkę bananową, z którą spotkałam po raz pierwszy się dopiero niedawno. Zainteresował mnie jej intensywny bananowy zapach, który w niewielkim tylko stopniu rzutuje na smak, ale ma on w sobie coś niespotykanego.

 

bulion w stylu orientalnym

600 ml bulionu warzywnego
3 szalotki (u mnie bananowe)
5 (lub więcej;)) ząbków czosnku
6-8 źdźbeł trawy cytrynowej
łyżeczka utartego imbiru
pół pęczka poszatkowanego szczypiorku
sok i otarta skórka z limonki
garść makaronu (u mnie świderki, taki znalazłam po przetrząśnięciu szafki;))
łyżeczka oleju rzepakowego
sól & pieprz, płatki chilli, suszone liście limonki Kaffir, szczypta cynamonu i gałki muszkatołowej, harissa, kumin

Rozgrzałam olej i poddusiłam na nim poszatkowaną szalotkę, przeciśnięty przez praskę czosnek, imbir i przyprawy. Zalałam bulionem, do którego dodałam trawę cytrynową, skórkę i sok z limonki oraz makaron. Gotowałam aż makaron zmiękł. Wyjęłam trawę cytrynową, a zupę posypałam sowicie posiekanym szczypiorkiem.


krótkie podsumowanie zeszłego tygodnia ;)

Studia zakończone i uczczone znanym i lubianym winem musującym;) Teraz, jak z radością to określam, jestem pełnokrwistą nauczycielką rytmiki i mam na to papiery;) Jupi! Pierwsze dni ‚wolności’ upływają mi jednak pod znakiem kataru i bólu gardła. Jak to mówią, taka karma.

Zawsze jak już uporam się z jakimś materiałem, zdam egzamin, obronię pracę, towarzyszy mi takie dziwne uczucie, że jednak powinnam otworzyć książki i się jeszcze trochę pouczyć. Potrzebuję zwykle paru dni, by oswoić się z faktem, że edukacja (a przynajmniej pewien jej etap;)) została zakończona, a czytać będę tylko dla przyjemności. Bardzo lubię świadomość, że skończyłam to, co zaczęłam:)

Zaraz po obronie obchodziłam urodziny, a po południu zaliczyliśmy jeszcze spotkanie w gronie Rodziny z okazji imienin Babci D.:) Poniżej moje urodzinowe zdobycze i resztki z imieninowego stołu. Wcześniej oddałam się konsumpcji, a gdy przyszło co do czego, mało zostało do fotografowania;)


ostro-kwaśne ziemniaczki

Każdego roku te długie dni tak samo bardzo cieszą i co roku z pewnym niedowierzaniem spoglądam w okno o 21. widząc ciągle jasne, czerwonawe niebo. Piękne są letnie wieczory i letnie noce. A zwłaszcza zbliżająca się Noc Świętojańska, noc moich urodzin. I mimo, że nie znoszę urodzin, to lepszej daty dla nich nie umiałabym sobie wyobrazić.

Władze Krakowa zrezygnowały podobno z tradycyjnych ‚Wianków’. Impreza ta ma dużo fanów, ale ja jakoś nie żałuję, od dawna nie występował nikt, kogo muzyką akurat bym się interesowała. Ale lubiłam pokaz sztucznych ogni o północy. Jak byłam mała, to wyobrażałam sobie, że Ci wszyscy ludzie, te fajerwerki, ta zabawa, to na moją cześć. W tym roku brak ‚Wianków’ ma nam wynagrodzić też już tradycyjny Jarmark Świętojański. Zeszłoroczna edycja oczarowała mnie (oraz mojego Brata i G.) do tego stopnia, że przez trzy dni jego trwania kiblowaliśmy (inne słowo byłoby niestosowne;)) nad Wisłą, wśród straganów od rana do wieczora. Raczyliśmy się pszenicznym benedyktyńskim piwem i mniszymi jagłami z boczkiem i suszoną śliwką, oglądaliśmy pokazy dawnych rzemiosł, tańca i walki. Mój Brat dumnie eksponował swoją sakwę i starodawne emblematy i symbole, a ja, jako ta słowianka, snułam się w ‚zgrzebnym gieźle’ i ogromnym wianku zrobionym z traw i słomy. Cóż, w takiej odsłonie czułam się wybornie;)

A w dzisiejszy upalny dzień raczyliśmy się kwaśnymi, ale i pikantnymi ziemniaczkami. Nie da się ukryć, że rozgrzewały gardziel. Może pora je ochłodzić chłodnym piwem?;)

ostro-kwaśne ziemniaczki
(proporcje wedle uznania)

młode ziemniaczki
olej rzepakowy pół na pół z masłem
sok z limonki
czuszki
sól & pieprz, ostra mielona papryka, suszony rozmaryn

Wyszorowane ziemniaki ugotowałam na pół-miękko.

Na patelni rozgrzałam olej z masłem, dodałam przyprawy, pokrojone czuszki i pokrojone w niewielkie kostki ziemniaczki. Wymieszałam, dodałam sok z limonki i podsmażyłam na złoty kolor.


kryzysowe jadło

Panuje tu ostatnio zastój kulinarny, który spowodowany jest moją trwającą sesją i pisaniem pracy dyplomowej, z czego już się byłam spowiadałam niedawno. Niestety, siłą faktu, mało gotuję i ograniczam się tylko do potraw ze słoika, lub takich, których przygotowanie wymaga zmieszania kilku składników i ugotowania makaronu. Odmroziłam też fasolkę po bretońsku od Babci i maminy bigos. Ale na szczęście lubię takie proste jedzenie i absolutnie nie przeszkadza mi, że przez trzy dni pod rząd kuchnia wydaje tylko spaghetti z czosnkiem, szpinakiem lub pesto, albo ziemniaki zapiekane z cebulą i kiełbasą. Zalicza się to do jadła kryzysowego, bo powstaje na szybko, z zastanych składników, bez kombinowania i zastanawiania się. Wszystko, co jest, do gara i już za chwilę można się raczyć! Może nie, jak to mówią, „po pańsku”, ale mimo to smacznie:)


Zakopane 2012

Ostatni weekend spędziliśmy w Zakopanem. Miałam dać sobie na chwilę spokój z nauką i męczeniem pracy dyplomowej, ale poczucie obowiązku zwyciężyło. Spakowałam laptop i walczyłam z moimi tabelami zaciekle w samochodzie, dopóki mnie nie zemdliło;) Ale dzięki temu mogę ogłosić, że artykuł został zamknięty i nawet nie zamierzam spoglądać w jego stronę aż do obrony!

Noc spędziliśmy „U Futra”, co bawi mnie do teraz;) A przechodząc do spraw najistotniejszych, zjedliśmy pieczone grule z masłem czosnkowym, kiełbaski baranie, słynne placki ziemniaczane, całkiem niezłe zrazy w sosie grzybowym i wyborne lody od Żarneckich.


kotleciki z miętą i sosem miętowym

U nas nadal smętna pogoda, nadal huk nauki i obowiązków, nadal trochę nerwówki. Ale jeść coś trzeba. Niestety, kotleciki, o których dziś mowa ‚wyszły’ już dobre parę dni temu, a to tylko mglista reminiscencja. Dziś raczymy się pomidorówką i zapiekanką ziemniaczaną – mam nadzieję, że też będziemy je dobrze wspominać;). A kotleciki były niezrównane! Ich nazwa kodowa, to kotleciki podwójnie miętowe, a to za sprawą miętowego sosu, który wzbogacał i tak już wyraźnie miętowy aromat burgerów. Dawno nic tak mi nie smakowało (chyba tylko krupnik z przydworcowej knajpy w Oświęcimiu).

 

podwójnie miętowe kotleciki z sosem miętowym

500 g mielonego mięsa (u nas baranina i karczek)
1 czerstwa bułka
3 szalotki
sok z połowy limonki
3 (lub więcej;)) ząbki czosnku
pół pęczka posiekanej mięty
gęsty jogurt naturalny (np. typu bałkańskiego)
jajko
1 łyżka musztardy
1 łyżeczka sosu worcester
sól & pieprz, kumin, cynamon, za’atar, ostra papryka

Mięso wymieszałam z namoczoną wcześniej i odciśniętą bułką, dodałam poszatkowaną szalotkę, przeciśnięty przez praskę czosnek, musztardę, sos worcester, sok z limonki, jajko, posiekaną miętę i przyprawy. Masę dokładnie wyrobiłam i uformowałam z niej kotleciki, które piekłam potem w piekarniku (na grillu) w temperaturze 180°C, aż się zezłociły (czas pieczenia oczywiście należy dostosować do wielkości kotlecików).

Jogurt wymieszałam z solą, pieprzem, odrobiną soku z limonki i posiekaną miętą.

Jak dla mnie najlepsze w towarzystwie ziołowego kuskusu 🙂


szprycer

Na szprycer każdy ma swój sposób, bo trudno nazwać zmieszanie wina z wodą przepisem. Ale każdy lubi w innych proporcjach, a ja lubię jeszcze z cytryną lub limonką, a najlepiej z jedną i drugą naraz, chociaż to już znacznie odbiega od wersji ortodoksyjnej. Uwielbiam te bąbelki, które momentalnie, ale na bardzo krótko uderzają do głowy, zwłaszcza gdyby raczyć się tym napojem w słoneczny dzień:)

Donoszę również, że postępów w mojej pracy dyplomowej nie odnotowano. Doszło niby parę tabelek, ale czas upływa mi na przyglądaniu się im z niesmakiem. Oj chciałabym się już z tym wreszcie uporać, ale na szczęście im mniej czasu pozostało, tym motywacja bardziej rośnie. Jeszcze tylko trochę mobilizacji, jeszcze trochę wysiłku i wzmożonej pracy, a potem już tylko… zwiększona ilość prób z moją kapelą. Wczoraj ogłoszono wyniki głosowania i gramy! W lecie, na dużym festiwalu, co już dziś napawa mnie stresem (co mnie nim nie napawa?!), ale cieszę się:)

szprycer (moja wersja)

1 część tokajia
2 części gazowanej wody mineralnej
plaster limonki
plaster cytryny
parę listków mięty
parę kostek lodu


czekoladowo-pomarańczowe muffiny z mąki żytniej i kasztanowej

Jak ostatnio często bywa w Krakowie, wieczorem padało. A my zamarzyliśmy o czymś słodkim. O ciepłym, puszystym cieście. Przejrzałam spiżarkową szafkę i postanowiłam upiec babeczki z tego, co znajdę ‚na stanie’. A znalazłam czekoladę ze skórką pomarańczową, resztkę mąki żytniej i nowe, jeszcze zamknięte opakowanie mąki kasztanowej, która już od dłuższego czasu czekała na swój wielki dzień, a którą podarowała mi kiedyś Żona Kuzyna. Z dna słoika wygrzebałam może z dwie łyżki miodu wrzosowego, a osobnickich jajek od szczęśliwych kur mieliśmy pod dostatkiem. Z czeluści półki, nie bez wysiłku, wydobyłam moje formy do muffinków, zastanymi składnikami udało mi się wypełnić po brzegi jedną ‚sześciostanowiskową’. Kiedy się piekły, zapachniało Świętami, chyba za sprawą aromatycznej nuty pomarańczy.

czekoladowo-pomarańczowe muffiny z mąki żytniej i kasztanowej

1 szklanka mąki żytniej
pół szklanki mąki kasztanowej
3/4 szklanki cukru muscovado (lub jak kto lubi)
2 kopiaste łyżki miodu (u mnie wrzosowy)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli
ok. pół szklanki oleju rzepakowego (u mnie aromatyzowany skórką pomarańczową)
ok. 200 g jogurtu naturalnego
2 jajka (dałam jedno, bo było ogromne)
tabliczka czekolady (u mnie 150 g, pomarańczowa)

Czekoladę rozpuściłam w kąpieli wodnej.

W dużej misce zmieszałam oba rodzaje mąki, sól, cukier, i proszek do pieczenia. Dodałam jogurt, jajko, olej, miód, przestudzoną czekoladę. Składniki wymieszałam, aż się połączyły.

Formę wyłożyłam papilotkami i przełożyłam do nich masę. Muffinki piekłam ok. 30 minut w piekarniku rozgrzanym do 180°C.

Przestudzone posypałam cukrem pudrem, chociaż kusiło mnie, żeby zamoczyć ich czubki w białej czekoladzie;) Smakowały wyjątkowo pysznie z gorzką herbatą i dżemem borówkowym.

PS. Babeczki piekły się nieco dłużej, niż takie z mąki pszennej. Ale nie jestem pewna czy odpowiedzialność za to ponosi faktycznie mąką, czy to, że po prostu robiłam dość duże porcje.

PPS. Muffinki z mąki żytniej nie rosną tak szaleńczo jak z mąki pszennej, stąd dość sporo proszku do pieczenia.


zupa soczewicowo-marchwiowa z orientalną nutą

Kiedy zbliża się lato, samoistnie przychodzi ochota na orzeźwiające smaki. Nic tak nie smakuje jak lekki szprycer z listkiem mięty, albo piwo z plastrem cytryny wieczorową porą na balkonie. Niedługo zabieram się za malowanie i ozdabianie małego stolika, który chcemy postawić na balkonie, by móc przy nim przesiadywać ciepłymi, letnimi nocami, sącząc wyżej wymienione trunki. Może też wyniosę wreszcie na rzeczony balkon moje doniczki z ziołami? Chciałabym rozpocząć uprawę na większą skalę. Marzy mi się posianie topinambura, pasternaku lub innych roślin, o które tak ciężko w krakowskich warzywniakach i targach. Ale boję się. Nie mam tak zwanej ‚ręki do kwiatów’, zapominam je podlać, nie przemawiam do nich… dlatego też rodzi to pewne obawy o los moich potencjalnych sadzonek. Ale zaczynam się badawczo przyglądać torebkom z nasionkami i kto wie czy wreszcie nie wrzucę choćby jednej do koszyka z zakupami.

A wracając do orzeźwiających smaków, to ostatnio nie mogę oprzeć się limonce i trawie cytrynowej, dlatego też zapowiada się tu kolejny mały maraton z tą dwójką w rolach głównych. Dziś tłem dla nich jest kremowa, a jakże, zupa z soczewicy i marchewki, bo kremom też się nie opieram.

zupa soczewicowo-marchwiowa z orientalną nutą

2 duże cebule
2 szalotki
4 duże marchewki
3 garści soczewicy (u mnie zielona)
ok. 600 ml bulionu warzywnego
sok z połowy limonki
łyżeczka utartego imbiru
2 kawałki trawy cytrynowej
4 (lub więcej;)) ząbki czosnku
1 łyżeczka oleju rzepakowego
sól, pieprz ziołowy, kumin, cynamon

Cebulę, szalotkę i czosnek drobno pokroiłam i poddusiłam na niewielkiej ilości oleju z dodatkiem przypraw, imbiru i rozgniecionej trawy cytrynowej. Zalałam bulionem.

Dodałam pokrojoną w drobne kawałki marchew i soczewicę. Gotowałam pod przykryciem do miękkości. Wyjęłam trawę cytrynową, dodałam sok z limonki i zblendowałam całość na gładki krem.

A poniżej pyszny i niezastąpiony maminy biszkopt z wiosennymi truskawkami i galaretką:) A poza tym, moje łupy spod Hali:)


spaghetti z botwinką

Jutro Boże Ciało. W perspektywie Procesja, kolejny długi weekend i miłe spotkania rodzinne, ale dla mnie bynajmniej nie oznacza to rozluźnienia. Nulla dies sine linea! Czas nagli i coraz mniej mi go już zostało do, mam nadzieję pomyślnego, sfinalizowania moich studiów podyplomowych. Jak zwykle w bólach tworzę, chociaż to chyba za mocne słowo, pracę dyplomową mającą zweryfikować standardy edukacji muzycznej w przedszkolach. Medytuję nad tym tematem już któryś dzień z rzędu, ale nie porywa mnie on do tego stopnia, bym mogła powiedzieć, że jestem na finiszu. Znów rzępolę na pianinie, albo nawet z własnej, nieprzymuszonej woli markuję sprzątanie, żeby tylko odwlec moment zabrania się za to, co nade mną wisi i żeby móc się przed sobą usprawiedliwić. Jak zwykle trochę tragizuję, bo ani nie powstaje właśnie dzieło mojego życia, ani nawet nie przewiduję, że moja praca będzie przedstawiać jakąś wybitną wartość naukową, jednak cała ta atmosfera lekkiego stresu, to moja standardowa procedura.

Abstrahując zupełnie od tematów okołonaukowych, polecam dziś makaron z botwinką. Dla mnie to nowość, ale zupełnie niestraszna, mimo dość demonicznego wyglądu makaronu, który jako żywo przypomina dżdżownice;) Wszystkie dodatki idealnie się tutaj uzupełniają tworząc pełny, wyrazisty bukiet smakowy;)

spaghetti z botwinką

300 g makaronu spaghetti
2 pęczki botwinki
pęczek białych szparagów
3 -4  szalotki (u mnie bananowe)
3 (lub więcej;)) ząbki czosnku
120 g sera brie
1 łyżeczka oleju rzepakowego
1 łyżeczka octu balsamicznego
sól & pieprz, bazylia, odrobina cukru

Makaron ugotowałam al dente.

Buraczki botwinkowe zawinęłam w folię do pieczenia, wraz z przyprawami, ząbkiem czosnku i octem balsamicznym. Piekłam w rozgrzanym piekarniku do miękkości.

Białe szparagi obrałam, pozbawiłam zdrewniałych końcówek i ugotowałam w wodzie z dodatkiem soli i odrobiny cukru.

Na niewielkiej ilości oleju (i dużej patelni) poddusiłam poszatkowaną szalotkę i przeciśnięty przez praskę czosnek wraz z liśćmi botwinki. Dobrze przyprawiłam.

Na patelnię wrzuciłam odcedzony makaron, dodałam upieczone i pokrojone w plasterki buraczki, pokrojone w kawałki szparagi oraz kawałki sera brie.

To był nasz wczorajszy obiad, a pod spodem, bonusowo, składowe dzisiejszego: bardzo smaczna zupa harira i ekologiczny szpinak od naszej niezawodnej Wiewióry, prosto z Osobnicy. Jedliśmy go oczywiście z zawrotną ilością czosnku i kuskusem:)


orzeźwiający napój rabarbarowy

Za oknami szaro, a rano kolejny dzień z rzędu nie obudziło mnie słońce, które zwykle o tej porze roku już od 6. wdziera się do sypialni i każde zwlec się z łóżka, po to tylko, żeby zaciągnąć rolety i spróbować ponownie zasnąć. O ile lubię deszczowe i wietrzne dni, to słoneczne i jasne poranki sprawiają, że mam więcej wiary i zapału do mierzenia się z codziennymi obowiązkami i zdaje mi się, że nie tylko ja tak mam:) Ale bure, leniwie ciągnące się dni, są wyjątkowo kojące, zwłaszcza, że w garnku na piecu mam moją ukochaną kremową zupę z cebuli i ziemniaków i aromatyczny, naszpikowany grzybami i suszonymi śliwkami bigos Mamy, którego sam Mickiewicz nie umiałby opisać. A na wieczór (naukowy…) zostało nieco wczorajszego napoju rabarbarowego w ślicznym, optymistycznym kolorze. Szary dzień i intensywnie różowy napój to dość ładne połączenie.

napój rabarbarowy z trawą cytrynową i miętą

4 duże kawałki rabarbaru (ok. 500 g)
cukier muscovado lub zwykłego białego (ile kto lubi)
sok i skórka z limonki
2 „pędy” trawy cytrynowej (może też być sproszkowana lub suszona)
parę listków mięty
ok. 750 ml wody

Rabarbar pokroiłam na kawałki, zalałam wodą, dodałam cukier oraz rozgniecioną nożem i obraną z wierzchniej skórki trawę cytrynową i gotowałam ok. 10-13 minut.

Odcedziłam i odstawiłam do ostygnięcia. Dodałam skórkę i sok z limonki oraz listki mięty i kostki lodu.

A po piękne kostki lodu (które też koniecznie muszę wypróbować!) i wpis, który mnie zainspirował odsyłam tutaj.


Topolowa

Gregor wyjechał do swojego Rodzinnego Miasta świętować z dawnymi znajomymi dziesięciolecie matury. Chciałoby się napisać „ale to zleciało”, ale zaczynam się przyzwyczajać do tego uczucia – towarzyszy mi często. Nostalgia, to moje drugie imię;)

Ja tymczasem słucham szumiącej zmywarki, skubię jagnięce kotleciki (o których niebawem) i spoglądam w okno próbując przewidzieć, czy będzie dziś lało, czy nie. Zanosi się od rana, jednak tym razem chyba zwycięży słońce. Miałam wsiąść w tramwaj i przejechać się po Krakowie, ale zaczęłam przeglądać archiwum ze starymi zdjęciami i natrafiłam na te z Topolowej, które robiłam już dobrze ponad dwa miesiące temu (moim starym, kochanym aparatem), kiedy leżał jeszcze ostatni śnieg. Przytrzymały mnie w domu i sprawiły, że znów przeniosłam się w czasie do wyjątkowych lat dziewięćdziesiątych, do moich młodych lat. Nie będę pisać czym dla mnie jest Topolowa i tamte wspomnienia, bo wałkowałam ten temat już co najmniej parokrotnie. Ważne jest to, że wiele osób ma swoje „magiczne miejsce”, dla mnie jednym z takich moich miejsc jest Topolowa.

Mam sentyment do tych brudnych, obdartych murów i do maleńkiego, betonowego podwórka, na którym Tata nauczył mnie jeździć na rowerze. Tyle ważnych dla mnie wtedy spraw wydarzyło się wokół chwiejącego się trzepaka. Po latach dowiedziałam się, że mimo iż blisko centrum i Dworca Głównego, to strach się zapuszczać w te tereny po zmroku. Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy (znaczy bać się:)), to przecież mój dawny dom.


łupacz w ziołach z kumpiakiem

Moja sympatia do łupacza jest jak na razie sprawą dość świeżą, ale przewiduję raczej eskalację tego zjawiska.

Białe mięso ryby, jak dla mnie, nie wymaga specjalnie wielu dodatków, ale za to lubię połączenie tego delikatnego mięsa z ziołową nutą. Tym razem dla podkręcenia smaku, obsypałam mojego łupacza podpieczonymi kawałkami kumpiaku.

A w Krakowie dziś cieszyliśmy się iście nadmorską, sztormową pogodą. Znaczy, kto się cieszył, ten się cieszył;) Ja tam się cieszyłam. Parasol co prawda w pewnym momencie odmówił współpracy (czego efektem była moja wyjątkowo ekstrawagancka fryzura, która wzbudziła salwy radości wśród moich małych przedszkolnych podopiecznych), mimo to wiatr i deszcz chyba nigdy mi nie zbrzydną.

łupacz w ziołach z kumpiakiem

2 filety z łupacza
100 g kumpiaku w plasterkach
pęczek koperku
2 (lub więcej;)) ząbki czosnku
2 łyżki masła
gruboziarnista sól morska, czerwony pieprz, suszona trawa cytrynowa

Umyte i wysuszone filety natarłam solą morską i rozgniecionym czerwonym pieprzem. Obsypałam posiekanym koperkiem i suszoną trawą cytrynową. Na rybach ułożyłam równomiernie pokrojony w plasterki czosnek i kawałeczki masła.

Ryby owinęłam w folię i piekłam w piekarniku rozgrzanym do 180°C przez ok. 15 minut (w zależności od wielkości filetów).

Kumpiak pokroiłam na małe kawałki i podpiekłam w piekarniku (można oczywiście podsmażyć na patelni) i posypałam nimi upieczoną rybę.