Archiwum autora

cukiniowe spaghetti à la aglio olio e peperoncino

Dziś przedstawiam prawdziwe niebo w gębie, a na dobitkę stosunkowo niskokaloryczne i zdrowe! „Makaron” z cukinii, to ostatnimi witariańskimi czasy mój chleb powszedni. Daje dość sporo możliwości, a przygotowuje się w błysku ciupagi. Możemy uderzyć tradycyjnie, we włoską albo azjatycką nutę, możemy dodać taki makaron do zupy, może to też być baza sałatki. Z każdym sosem wejdzie dobrze, trzeba pamiętać tylko, że brak glutenu sprawia, że sosy niechętnie przylegają do cukinii, dlatego im gęstsze, tym lepsze.

Mój sos do gęstych nie należał 😉 Ale cukinia przeszła idealnie smakiem czosnku i efekt był jeszcze pyszniejszy niż zakładałam!

Mój zdrowotny makaron przygotowałam dla marki TaoTao, więc zapraszam po przepis na ich fanpejdż 🙂

Reklamy

avocado nice cream

Lody, to mój ulubiony deser i mój ulubiony (oprócz arbuza ❤ ) letni orzeźwiacz. Najśmieszniejsze jest tylko to, że głównie to, potrafię godzinami gadać, jakich to smaków nie nabiorę do wafla i ilu to gałek nie zjem przy następnej okazji. A gdy okazja nadchodzi, nagle się wymiksowuję, bo natrętne myśli zaczynają atakować, że to cukier, że kalorie, że jak już zacznę, to nie przestanę… I tak kończę, opowiadając wokół, że następnym razem, to już serio zamówię i zjem i nawet nie będę kwękać, że w sumie to głupio zrobiłam, że się ożarłam.

Na szczęście, jakiś dobry człowiek odkrył lody z zamrożonego banana (geniusz jaki!) i znajomi nie muszą już przewracać oczami i wysłuchiwać o moich lodowych marzeniach. Teraz lody bananowe jem, kiedy tylko mam ochotę, a cieszą mnie tym bardziej, że mogę je zrobić sama i za każdym razem zmieszać z czymś innym. Tym razem podwójnie kremowe, bo i banan i awokado. I można jeść na zdrowie 🙂

avocado nice cream

1 dojrzałe awokado
2 dojrzałe banany
1 łyżka miodu (lub do smaku)
1 łyżka wiórków kokosowych
ziarenka z jednej laski wanilii
2 łyżki soku z limonki

Wszystkie składniki zblendowałam na gładką masę. Przełożyłam do plastikowego pojemnika i zamroziłam.

Najlepiej wyjąć lody z zamrażalnika 15 minut przed podaniem – są wtedy ultrakremowe i łatwo dają się nakładać.


witariańskie spaghetti bolognese

Dziś na blogu przedstawiam Wu. Znaczy, już o nim pisałam wiele razy, ale teraz prezentuję również jego facjatę 😀 Wu urodził się na Tajwanie, ale prawie całe życie spędził na południu Brazylii. Wu mnie odwiedza, gotuje ze mną, pozuje do zdjęć i zmusza mnie (chociaż on uważa, że tylko zachęca… tia…) do różnych diet. Obecnie nadal ciągniemy na witariańskiej, chociaż mnie dościgła świnka (sic!) i wszystko, co do gryzienia było dla mnie wyzwaniem nie do pokonania. Przez dwa dni jadłam więc jajka na miękko, ale potem myśl witariańska wzięła górę i przerzuciłam się na swego rodzaju smoothie z kefiru, banana i rycersko zdobytych przez Gregora truskawek. Dziś byłam w stanie otworzyć na tyle moją opuchniętą japę, że przełknęłam łyżkę masła orzechowego 😀 Cieszmy się z małych rzeczy! 😛

Teraz, zdjęta słabością, snuję rozważania, jak to cudownie będzie znów mieć normalny owal twarzy, jak miło będzie rozpoznać swoje odbicie w lustrze, już nie mówiąc o położeniu makijażu i wyglądaniu podobnie do ludzi! Ale hola, hola! Na to se jeszcze poczekam 😉

Jutro skoro świt, przyjdzie mi się i tak pokazać światu (ale dołożę wszelkich starań, by jak największa powierzchnia mojego szkaradnego oblicza pozostała w ukryciu), gdyż prawdopodobnie dobijemy targu i razem z Wu nabędziemy drogą kupna van, którym najpierw gdzieś się przejedziemy, a jeśli wszystko pójdzie dobrze, z czasem przepoczwarzy się w food van! Yaaaaay! 😀 No ale na razie wracam na ziemię i pragnę podzielić się przepisem, który wydarłam z czeluści internetów, ale znów nie pamiętam skąd dokładnie. Tak, czy siak, sądzę, że spaghetti z cukinii jest dobrze znane wszystkim fanom diety raw. Ja sama, jeszcze na niej nie będąc, robiłam nieraz różne wariacje, bo to jest po prostu dobre i strasznie ładne. Tym razem uderzyłam prosto w klasykę!

witariańskie spaghetti bolognese

2 cukinie
80 g orzechów nerkowca namoczonych przez noc
20 pomidorków koktajlowych
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka sosu worcester
1/2 pęczka bazylii
2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżki płatków drożdżowych
sól i czarny pieprz
kilka gałązek oregano

Cukinię przerobiłam na spaghetti używając ząbkowanej obieraczki. Można też użyć spiralizatora/temperówki do warzyw, lub zwykłej obieraczki, za pomocą której uzyskamy kształt tagliatelle.

Odcedzone nerkowce wrzuciłam do kielicha blendera, dodałam bazylię, pomidorki, oliwę, miód, sos worcester oraz przyprawy. Zblendowałam na gładki krem.

Zalałam sosem cukinię i dokładnie wymieszałam. Spaghetti podałam posypane płatkami drożdżowymi oraz gałązkami oregano i skropione lekko oliwą.


raw pralina

Wu, jak to Wu, za każdym razem, kiedy przyjeżdża, wymyśla nowe sposoby, jak dbać o zdrowie. A ja, jak to ja, jestem solennym testerem wszystkich diet, jakie mi się nawiną. Nie zdziwiło mnie zatem ani to, że wykoncypował miesięczne witariańskie wyzwanie, ani to, że ja sama nie tylko przyklasnęłam, ale co więcej – poszłam jak w dym. Nie trzeba było mnie dwa razy prosić. No i tak już żyjemy dwa tygodnie, grzesząc bardzo rzadko i tylko w momentach wyższej konieczności, albo niższej słabości. Tak, czy siak, najpoważniejszym przewinieniem był jak dotąd gotowany kalafior (błagam – mając takie coś na koncie, to w cholewach do nieba pójdziemy!) no i żeberka wołowe z ogniska – ale hola, hola, matki 60-tka była, to należało się przyzwoicie zachować, a nie kręcić nosem, wziąwszy pod uwagę, że owe były naszym pomysłem 😀 (tu już wieszczę, że będzie się trzeba nakołatać do bram raju, żeby się święty Piter ulitował).

Kiedy jednak mamy dobrą passę i jesteśmy ślepi na niewitariańskie pokusy, jemy dobrze, a za to należy się nam nagroda! Naoglądałam się blogów o tematyce raw, żeby wiedzieć co jeść, kiedy zbrzydnie surowy pomidor na wszystkie posiłki i okazało się, że na tej diecie, może być – pozostając w niebiańskich klimatach – bosko! Chciałabym podać źródło mojej pralinowej inspiracji, ale to kompilacja wszystkiego, com wyszperała w czeluściach internetów, jednak, jednak blog The rawtarian niechaj będzie referencją. Ja, naturalnie, jeśli chodzi o proporcje, skorzystałam z tzw. metody „na pałę”, ale postaram się podać chociaż w przybliżeniu ile czego było. W najgorszym razie zamrażarka i tak załatwi za nas sprawę 😉

raw pralina zwana witariańską krówką

1/4 szklanki masła fistaszkowego (z kawałkami orzechów)
2 łyżki oleju kokosowego nierafinowanego
4 łyżki kakao
4 łyżki wiórków kokosowych
3 kopiate łyżki miodu
2 łyżki nasion chia
1/2 puszki mleka kokosowego
szczypta soli himalajskiej

Wszystkie składniki wrzuciłam do miski i dokładnie wymieszałam.

Blachę z piekarnika wyłożyłam papierem do pieczenia i rozsmarowałam na nim dość cienko moją masę.

Wstawiłam do zamrażarki na noc. Rano pokroiłam w kostkę.

Najlepiej trzymać krówkę w zamrażalniku – wtedy ma idealną konsystencję, a zimna „czekolada” ma w sobie coś wyjątkowego 😉


jajka stir-fry z pomidorami po tajwańsku 番茄炒蛋

Prawie nie różni się od jajecznicy na pomidorach, którą jem jak dzika od wczesnych lat podstawówki, kiedy to nareszcie jajecznicowa konsystencja zaczęła przechodzić mi przez gardło. Najbardziej lubiłam oczywiście ze szczypiorkiem, albo właśnie z pomidorami. Dopiero niedawno, studiując dniami i nocami tajwańskie przepisy, dowiedziałam się, że to danie jest tam równie popularne jak u nas. Może nie jest typowo śniadaniowe, ale i tak fakt, że na drugim końcu świata, w całkowicie innej kulturze smażą jajka z pomidorami, wywołał uśmiech na mojej facjacie.

Technologia jest nieco inna niż w moim rodzinnym domu, jest trochę cukru, jest odrobina kolendry, ale koniec końców, to nasza swojska jajecznica na pomidorach!

jajka po tajwańsku

4 jajka
3 małe pomidory
1 łyżeczka cukru
1/2 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki białego pieprzu mielonego
2 łyżeczki posiekanego szczypiorku
2 łyżeczki posiekanej kolendry
1/2 łyżki oleju

Jajka rozmąciłam i doprawiłam solą.

Na niewielkiej ilości oleju podsmażyłam jajka, ale tak pół na pół, by nie ścięły się zupełnie. Jajka odstawiłam.

Na patelnię dodałam nieco tłuszczu, podsmażyłam szczypiorek, dodałam pokrojone na kawałki pomidory i podsmażałam z dodatkiem cukru i białego pieprzu.

Na koniec, kiedy pomidory puściły sok, który następnie zredukowałam, na patelnię wlałam z powrotem jajka. Dokładnie wymieszałam i dodałam kolendrę.

Na Tajwanie i w Chinach podaje się to danie zazwyczaj z ryżem. Ale z chlebem też jest pyszka ^_^


tajwański omlet ostrygowy 蚵仔煎

tajwański omlet

Tajwański street food, to moja niesłabnąca miłość. Czegokolwiek by się nie chwycić, to pyszne. Niektóre smaki, czy zapachy można uznać za kontrowersyjne (jak osławione stinky tofu 😛 ), ale przemierzając nocne markety nie można nie pokosztować. Tajwańczycy kochają tekstury. Kochają chrupiące, ale nade wszystko kochają „ciągnące”. Dlatego gumowe kuleczki tapioki zatopione w mlecznej herbacie są ich ukochanym napojem, a skrobia, najczęściej ze słodkich ziemniaków, to standardowy dodatek do potraw, nadający im właśnie tę specyficzną konsystencję. Tak jest z tym omletem – oprócz fazy jajecznej, mamy fazę skrobiową. Do tego ostrygi, warzywa i niesamowity sos, bez którego tajwański omlet nie byłby tajwańskim omletem 😀 Ja poszłam o krok dalej i wewaliłam do niego jeszcze resztkę krewetek, które prosiły się (wręcz błagały!) o zagospodarowanie. Przez to wersja nie jest w stu procentach ortodoksyjna, ale nic nie traci! Raczej zyskuje 😉

Obejrzałam dużo filmików o tajwańskim omlecie na jutubach, ale ostatecznie oparłam się na przepisie z mojej kochanej książki The Food of Taiwan Cathy Erway.

tajwański omlet ostrygowy 蚵仔煎

sos

1/4 szklanki ketchupu
1/4 szklanki octu
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1 łyżka cukru
1 łyżeczka skrobi (najlepiej kukurydzianej)
1/2 szklanki wody

omlet

2 jajka
szczypta soli
szczypta białego pieprzu
1 łyżeczka skrobi ze słodkich ziemniaków
(można z powodzeniem zastąpić skrobią ze zwykłych ziemniaków)
1/4 szklanki wody
4 świeże ostrygi
parę świeżych krewetek
4 liście (czego tam mamy, może być sałata, kapusta pekińska, pok choy…)
posiekana dymka
1 łyżeczka oleju do smażenia

Przygotowujemy sos. Do garnka wkładamy wszystkie składniki oprócz skrobi i wody. Podgrzewamy. Skrobię łączymy z wodą i dodajemy do mikstury chwilkę gotując na małym ogniu, aż sos zgęstnieje.

Jajka łączymy z solą i pieprzem. W oddzielnym naczyniu łączymy skrobię z wodą i dokładnie mieszamy.

Rozgrzewamy olej na patelni. Wrzucamy ostrygi oraz krewetki i smażymy przez 30 sekund. Wlewamy skrobiową miksturę, pozwalamy jej się lekko ściąć, następnie wlewamy jajka, przykrywamy liśćmi porwanymi na mniejsze kawałki i posiekaną dymką. Omlet odwracamy na drugą stronę. Nawet jeśli się rozpadnie, przyklepujemy go trochę i dosmażamy, wtedy powinien się znów połączyć we względną całość 😉

Podajemy z sosem i dodatkową porcją dymki.


pesto z czosnku niedźwiedziego

Bardzo lubię nasz krakowski Targ Pietruszkowy, który odbywa się co sobotę w godzinach mocno porannych. To często-gęsto uniemożliwia mi stawienie się tam, bo jednak, umówmy się, sobotni poranek jest terminem dość ryzykownym 😉 Ale jak już się zbiorę i pędzę tam w podskokach, to nabywam zawsze trzy rzeczy. To taki mój standard i mus, bez którego nie ruszę się z targu. A mianowicie: pół chleba z czarnuszką, opakowanie bryndzy owczej i pęk czosnku niedźwiedziego.

Bryndza rzadko kiedy ma szansę dotrwać do domu, bo jem ją paluchem, aż widzę dno pudełeczka. Chleb jest tak pyszny, że wnet by człowiek zjadł tak o! bez niczego. Najlepszy by był z bryndzą, ale bryndzy już prawie nie ma… Czosnek niedźwiedzi najbardziej lubię z jajecznicą, a to, co zostanie przerabiam na pesto. Z czarnuszkowym chlebem idzie w parze prawie tak dobrze jak bryndza. Gdyby jeszcze była…

pesto z czosnku niedźwiedziego

pęczek czosnku niedźwiedziego
1 garść pistacji
1 garść startego dojrzewającego sera żółtego
ok. 1/3 szklanki oleju z pestek winogron
odrobina soku z cytryny
sól do smaku

Pistacje podprażyłam krótko na suchej patelni, uważając by się nie przypaliły. Wystudziłam.

Do naczynia blendera wrzuciłam pistacje, porwane na mniejsze kawałki liście czosnku niedźwiedziego, ser, sok z cytryny i sól. Zaczęłam blendować dodając powoli olej i oceniając konsystencję. Starałam się nie zrobić z pesto zupełnej papki, tylko pozostawić nieco niezmiażdżonych kawałków.

Gotowe pesto przełożyłam do słoika i zalazłam po wierzchu jeszcze odrobiną oleju, by odciąć dopływ powietrza, co zapobiega psuciu się. Tak zabezpieczone pesto może postać w lodówce koło trzy tygodnie.

Ja najbardziej lubię na chlebie z czarnuszką lub z makaronem, ale znam takich, co opędzlują cały słoik łyżką na jedno posiedzenie 😉