Archive for Lipiec, 2012

zimowe jadło w środku lata

Po raz kolejny do tego nawiązuję, ale po prostu sytuacja jest zgoła niecodzienna – ciągle u nas ostatnio gęste, zawiesiste zupy, treściwe risotta, gulasze i duszone warzywa korzeniowe. I jeszcze te zdjęcia. Jakoś same z siebie takie zimowe wychodzą! No zima u nas nastała i nie chce być inaczej;)

No dobrze, może troszeczkę przesadzam, bo jednak zajadamy się świeżymi owocami i górami fasolki szparagowej z podprażoną tartą bułką, ale mimo wszystko gęste jedzenie jest takie kojące! I tak lubię siedzieć w chłodny letni wieczór na balkonie z talerzem krupniku, albo kremowej zupy z czerwonej papryki i słodkich jak maliny pomidorów!

Jutro sierpień, a dla mnie to już jesień. Co roku to samo. Znów cienie się wydłużą, a słońce będzie chłodne. Bardzo na to czekam.

Sierpień to dla mnie również doroczny miesiąc abstynencji. Dobrnęłam do swego rodzaju jubileuszu – to już po raz dziesiąty wyrzeknę się na 31 dni wszelkich alkoholowych uciech, a moje oko nie skala się tęsknym spojrzeniem w stronę oszronionej i wypełnionej orzeźwiającym płynem piwnej butelczyny! A kysz! Na miesiąc:)

Reklamy

blok mleczny

Wszystkie zdjęcia i potrawy, które ostatnio robię mają wyraźny zimowy rys. Nie wiem czy to już podświadoma chęć ochłodzenia, czy po prostu zamiłowanie do zimowej kolorystyki przeze mnie przemawia, ale grunt, że dziś znowu w burej i białej tonacji.

Z dzieciństwa, które przypadało na czas poprzedniego ustroju dobrze pamiętam wyśmienity wręcz blok czekoladowy (chociaż czy zawierał naprawdę czekoladę, za to głowy nie dam;)), który przygotowywał mój Ociec. Był to niezwykły rarytas! Nawet kiedy niedawno dostałam od Rodzicieli wspaniałą książkę kucharską o przysmakach z czekolady, od razu ze spisu treści wyłowiłam właśnie blok czekoladowy. Po tylu latach! Myślę, iż niedługo przyjdzie nań czas.

Bloku z mleka w proszku natomiast nie pamiętam. Chyba jego wyrób nie był po prostu u nas praktykowany, gdyż nie wydaje mi się, bym mogła wyrzucić z pamięci tak wspaniały smak. Przepis rzucił mi się w oczy, gdy przeglądałam
ten blog. Wszystkie składniki miałam na stanie, więc nic nie przeszkodziło mi w natychmiastowym ich wymieszaniu i sporządzeniu bloku. Wyszedł świetny. W smaku przypominający nieco białą czekoladę i nieprzyzwoicie słodki! W stosunku do oryginalnego przepisu i tak zmniejszyłam ilość cukru, a przy następnej próbie nie omieszkam zmniejszyć o kolejne 25g;) Suszona żurawina, kandyzowana skórka pomarańczowa i pistacje sprawdziły się świetnie jako dodatki.

blok mleczny

200 g mleka w proszku
75 g cukru
75 g masła
1/2 szklanki wody
bakalie (u mnie suszona żurawina, kandyzowana skórka pomarańczowa i kruszone pistacje)

W garnku rozpuściłam w wodzie masło i cukier. Odstawiłam do przestygnięcia. Do mleka w proszku dodałam bakalie i dolałam do niego przestudzoną mieszankę wody, masła i cukru. Dokładnie wymieszałam. Powstałą masę przełożyłam do natłuszczonej formy, owinęłam folią spożywczą i chłodziłam przez parę godzin w lodówce. Najlepiej podawać pokrojone na malutkie porcje;)


wakacje! (część II)

To był wielki błąd! To, że ostatni raz odwiedziłam Wrocław dokładnie 20 lat temu.

We Wrocławiu mam rodzinę, ale przez większość mojego życia zdarzało się tak, że to oni częściej przyjeżdżali do Krakowa. I mimo ponawiających się zaproszeń z ich strony, jakoś nigdy nie było okazji skorzystać.

Ze swojego poprzedniego pobytu (już nie podkreślajmy, że było to aż 20 lat temu!;)) we Wrocławiu niestety niewiele pamiętam. Byłam wtedy dzieckiem, a że pojechaliśmy tam z rodzicami i moją kuzynką, to bardziej byłam zainteresowana wymyślaniem dla nas przeróżnych zabaw, niż zabytkami Wrocławia. Pamiętam nawet, że we wrześniu miałam mieć jakieś przesłuchanie w szkole muzycznej i na wyjazd zabrałam ze sobą skrzypce, na których nie udało mi się niestety ani godziny poćwiczyć;)

Jak przez mgłę widziałam czarny tunel prowadzący do Panoramy Racławickiej, zoo kojarzyło mi się z szaleńczym poszukiwaniem budki z piciem. Najmocniej w pamięć wrył mi się natomiast plac zabaw i sąsiadka cioci, u której mieszkaliśmy – dała mi małego żółtego misia, którego można było przyczepić łapkami do ubrania albo zasłony.

Z dużego placu targowego na Nowym Dworze wracałyśmy z kuzynką zawsze z paczką chrupek bekonowych, albo serowo-pomidorowych. Jak lubiłam te smaki! A ciocia robiła nam omlety z zielonym groszkiem, szynką i serem. W jej mieszkaniu było specyficzne okienko między kuchnią a pokojem, które przypominało miejsce wydawania posiłków w barze mlecznym, może nieco ładniej zaaranżowane. Omlety były mniej ważne, największą radość sprawiało odbieranie ich z okienka:)

Wygląda na to, że wcale nie jest tak fatalnie z moją pamięcią!

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że znam sporo miast europejskich, natomiast moja wiedza i znajomość miast polskich jest, nie ukrywajmy, słaba. Byłam w Warszawie, Gdańsku, Katowicach, Zakopanem… No i niewiele więcej mogła bym wymienić. Jeszcze gorzej rzecz wygląda wziąwszy pod uwagę fakt, iż pochodzę z dość patriotycznej rodziny (tu uśmiecham się szeroko i serdecznie do mojego Brata:)).  Kiedy naszła mnie ta smutna refleksja, postanowiłam wreszcie nacieszyć się Polską! Od razu padło na Wrocław, jako dobry początek misji.

Wrocław rzucił mnie na kolana. Czułam się niesamowicie szczęśliwa łażąc pośród tych wspaniałych budynków, zaglądający do każdego baru, jaki trafił się na drodze i dziwiąc się soc-modernistyczną architekturą w środku miasta.

O Wrocławiu i swoich przeżyciach mogłabym pisać wile, ale wszystko to można zawrzeć w jednym, obstrzelanym WROCLOVE;)


wakacje! (część I)

Nasze tegoroczne wakacje sponsoruje słówko ‚rozczłonkowane’;) Zaplanowaliśmy kilka krótkich wyjazdów. Ma to w sobie pewien urok. Przemieszczanie się do nowych miejsc, podziwianie innych widoków, spotkania z ludźmi – to daje poczucie intensywności i maksymalnego wykorzystania czasu, mimo że wyjazd trwa tylko parę dni i tak naprawdę jest się niedaleko domu.

Wszyscy wiedzą, jaką miłością darzę kraje słowiańskie. Dlatego chętnie je odwiedzam, kiedy nadarzy się ku temu okazja. Właśnie się nadarzyła. Zahaczając o Nowy Wiśnicz, Limanową, Nowy Sącz, Piwniczną, Wierchomlę i Osobnicę (oh, to gryllowanie;)), zwiedzając Karpacką Troję w Trzcinicy, trzykrotnie jednego dnia próbując, bez powodzenia, zjeść hamburgera, a na koniec dostając mandat, dotarliśmy do Bardejova. Kolejne na nasze drodze były Prešov, Poprad i Dolný Kubín.

Wyjazd obfitował w przysmaki – raphacholin był w codziennym użyciu. A skosztowałam co następuje: pysznego pstrąga z masłem czosnkowym, bryndzové halušky, vyprážaný syr z hranolkami i tatarką oraz bryndzové pirohy ze śmietaną. Kuchnia naszych sąsiadów za każdym razem istotnie obciąża mój żołądek, ale jak tu oprzeć się regionalnym potrawom!?


tarta z borówkami i malinami

Oszałamiają mnie owocowe kolory tej tarty. Znów aura nieco zimowa, ale co począć, gdy taka mnie najbardziej cieszy?

Zwlokłam się w ten upał, chociaż nie lubię, specjalnie do obwoźnego handlarza warzywami i owocami, który zawsze stacjonuje niedaleko naszego domu, celem nabycia drogą kupna świeżych borówek. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy tym jedynym razem stoisko okazało się zamknięte! Mam nadzieję, że to tylko chwilowa niedyspozycja lub po prostu wakacje powstrzymały sprzedawcę od rozłożenia towaru i niedługo wszystko wróci do normy. W takiej sytuacji musiałam zadowolić się wcale smakowitą borówką amerykańską z supermarketu i małym opakowaniem malin, które zobaczyłam, kiedy już miałam opuszczać ów przybytek.

Podobna tarta wpadła mi kiedyś w oko tutaj i postanowiłam sama spróbować. Na kruche ciasto, które stanowi tu spód każdy ma własny przepis, dlatego też nie namawiam na mój, zwłaszcza, że spód wyszedł mi nieco przytwardawy;)

Przy okazji chciałam się jeszcze pożegnać Z Wami, moi Drodzy Czytelnicy, na półtora tygodnia, gdyż wybieram się na pierwszą turę wakacji. Mam nadzieję, że będzie przyjemnie, czego i Wam życzę:)

tarta z borówkami i malinami
kruche ciasto

250 g mąki
100 g masła
2 jajka
1 łyżka śmietany
5 łyżek cukru pudru
szczypta soli

nadzienie

100 ml śmietany kremówki
100g serka mascarpone
75 g białej czekolady
borówki & maliny

Z powyższych składników zagniotłam ciasto i odstawiłam na godzinę do lodówki. Ponakłuwałam ciasto widelcem i piekłam przez 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 200°C. Pozostawiłam do wystygnięcia.

Białą czekoladę rozpuściłam w kąpieli wodnej i ostudziłam. Ubiłam śmietanę na sztywno. Do serka mascarpone dodałam czekoladę i delikatnie wmieszałam bitą śmietanę. Masę rozłożyłam na kruchym spodzie, a na niej ułożyłam owoce. Przed podaniem schłodziłam.


łosoś z kaszą i sosem cebulowym & bagienko

Główną rolę w dzisiejszym wejściu gra bagienko, czyli nasz rozmaryn leśny.

Mam w sercu pokłady niekończącej się sympatii do tej rośliny. Kojarzy mi się z późną jesienią, lub zimą – chyba przez te igiełki. A zebrana w wiązanki jest po prostu śliczna.

Jestem przyjacielem wszelkiego domowego robactwa, pod warunkiem, że mnie nie gryzie. Znajomi mogą potwierdzić, że każdej ćmie i rybikowi nadaję imiona, a nawet się do nich w pewien dziwny sposób przywiązuję (moja koleżanka – psychiatra zapewnia mnie, że nie trzeba tego leczyć;)). Jednak gdy podczas niedawnych porządków wydobyłam z szafy moje ulubione wełniane rękawiczki, albo raczej to, co z nich zostało po zmasowanej napaści moli, doszłam do wniosku, że muszę udaremnić im ich niecny proceder konsumpcji naszej odzieży. Niech już będą tymi sublokatorami, od konfekcji damskiej (i męskiej) wara;) Złożyłam więc zamówienie u Mateńki, ażeby ta nabyła dla mnie na Kleparzu bagienko, które osłabia moli apetyt na moje swetry. I mam! Moje cudowne bagienko. Tylko jedna wiązanka, w jednej szafie, żeby i dla moli coś zostało:)

Fotografowaniu bagienka nie mogłam się oprzeć, ale czas przejść do spraw kulinarnych. Dziś znów szybka sprawa. Ostatnio żaliłam się, że noga odmówiła mi posłuszeństwa, więc wystrzegałam się potraw, które wymagałyby ode mnie sterczenia w kuchni. Moje drogie Mężysko zaopatrzyło nas sowicie w różne różności i żonglując składnikami, mimo mojej niedyspozycji, jedliśmy jak te paniska. Tym razem padło na pyszny kawał pieczonego łososia z pieprzem i solą, sypką kaszę jęczmienną z warzywami i soczewicą oraz gęsty sos cebulowy.

sos cebulowy

4 żółte cebule
2 (lub więcej;)) ząbki czosnku
1 łyżka octu balsamicznego
parę łyżek bulionu warzywnego lub wody (w zależności od preferowanej gęstości)
1 łyżeczka oleju rzepakowego
sól & pieprz, rozmaryn, sproszkowane chilli, tymianek

Cebulę drobno pokroiłam i wrzuciłam do garnka z rozgrzanym olejem rzepakowym i podsmażyłam. Dodałam przyprawy, przeciśnięty przez praskę czosnek i ocet balsamiczny. Zalałam bulionem i dusiłam, aż cebula zaczęła się rozpadać, wtedy zblendowałam cebulę uzyskując gęsty sos.

Jeśli bardzo zależy nam na połączeniu fazy płynnej z tą stalszą i uzyskaniu bardziej kremowej konsystencji, można dodać do sosu nieco mąki ziemniaczanej.

Sos, jak wspomniałam, był dodatkiem do łososia upieczonego krótko z dodatkiem tylko soli, pieprzu i oliwy oraz kaszy jęczmiennej z suszonymi warzywami i zieloną soczewicą.

A na deser Ojcowy placek z borówkami:)


lemoniada z trawą cytrynową

Już zaczynam być nudna, ale co począć! Wylizałam się z jednej choroby, to rozłożyłam się na drugą! Tym razem to, co nawiedza mnie cyklicznie raz do roku – rumień na nodze… Tym sposobem leżakuję i chłodzę nogę;) Ale chłodzę się również wewnętrznie, żeby jakoś przebiedować te męczące upały.

Zdjęciem mojej lemoniady podzieliłam się już na fanpejdżu Polskich Blogów Kulinarnych, z którym to portalem współpracuję już od dawna, ale teraz postanowiłam włączyć się aktywnie w jego tworzenie i teraz również tam można będzie zobaczyć moje zdjęcia:) Bardzo się cieszę z takiego stanu rzeczy:)

Wracając jednak do samej lemoniady. Nic specjalnego, a cieszy. Chociaż w taki upał wszystko, co zimne i mokre potrafiłoby mnie chyba ucieszyć. Ale orzeźwiający napój wzbogacony aromatem trawy cytrynowej tym bardziej. Nie podaję proporcji, bo wiadomo, każdy ma własne preferencje:)

lemoniada

woda gazowana
miód
cytryna
trawa cytrynowa
mięta
kostki lodu

Miód rozpuściłam w niewielkiej ilości ciepłej wody. Wycisnęłam sok z cytryny i rozgniotłam źdźbła trawy cytrynowej. Do karafki wlałam rozpuszczony miód, sok z cytryny, wrzuciłam trawę cytrynową, lekko rozgniecione listki mięty i kostki lodu. Dopełniłam gazowaną wodą mineralną i dokładnie wymieszałam.