Archive for Wrzesień, 2011

lubczyk. zupa jarzynowa

Czasem nie mam ochoty ruszać się z domu. Nie chodzi o pogodę, bo o ile temperatura nie przekracza +30 st., to zniosę każdą. A jesienna zwłaszcza jest miodem dla mego serca. Czasem jednak wolę oglądać świat przez okno i po prostu nie chcę opuszczać mojego przyjaznego domowego kącika.

W takich chwilach myszkuję po spiżarnianej szafce i zamrażalniku i gotuję coś z tego, co zastanę. Bez komplikacji, proste rzeczy. To lubię:)

Przypomniałam sobie, że mam jeszcze trochę zamrożonego lubczyku od Mamy. A on cudownie wpływa na smak zupy. Warzyw też parę się znalazło, dlatego dziś staromodna, pożywna zupa jarzynowa z lubczykiem.

jarzynowa zupa z lubczykiem

4 ziemniaki

marchew

pietruszka

pasternak

mały por

cebula dymka

pęczek szczypiorku

pęczek lubczyku

dwie garści drobnego makaronu

700 ml bulionu warzywnego

2 łyżki kwaśnej śmietany

sól & pieprz, majeranek, ziołowa ‚przyprawa do ziemniaków’

Warzywa obrałam i pokroiłam w drobną kostkę. Wrzuciłam do gorącego bulionu i gotowałam przez 30 minut do momentu, kiedy warzywa zmiękły. Dodałam przyprawy, poszatkowaną dymkę i szczypiorek oraz poszarpane liście lubczyku. Dorzuciłam również makaron, a gdy i on zmiękł, zabieliłam zupę śmietaną, hartując ją wcześniej odrobiną gorącej zupy.

Reklamy

prażone

Prażone, to pyszne, jednogarnkowe danie rodem ze Śląska. Pierwszy raz posmakowałam go za sprawą Gregora, jeszcze za czasów studenckich, mimo iż Gregor pochodzi z Wielkiego Księstwa Oświęcimskiego, czyli ostatniego bastionu Małopolski. Jednak nie da się nie odczuć śląskich wpływów zarówno w kuchni jak i języku oświęcimian.

Prażone to również idealny jesienny obiad – pożywny, gęsty, rozgrzewający, chociaż do szybkich nie należy. Połączenie zupełnie prostych składników, które przez godziny prażenia przechodzą sobą nawzajem jest zaskakująco smaczne i jakieś takie sentymentalne, znane, jakby wpojone. Poza tym nic nie równa się marchewce smakującej kiełbasą:D

Pochyliłam się niedawno nad tematem chcąc zgłębić wiedzę o prażonym. Szukałam informacji na temat tej potrawy w książkach kucharskich i w internecie i, jak można się było spodziewać, występuje ona w wielu odmianach, w zależności od rejonu, żeby nie powiedzieć, że upodobań i inwencji poszczególnych kucharzy. Ja, naturalnie, za jedyną słuszną wersję uznaję tę, którą jadłam i sama (a raczej w asyście Gregora) przygotowuję w domu:)

Idealnie byłoby gotować prażone w żeliwnym naczyniu nad żarem ogniska pozwalając daniu nabrać dymnego posmaku, jednak i w domu, na oklepanej płycie grzewczej wychodzi cymes;)

Prażone 

(ilość składników można modyfikować w zależności od tego przez ile dni chcemy potem raczyć się prażonym;) Proporcje też zależne są od indywidualnych upodobań)

1 kg ziemniaków (najlepiej nierozsypujących się po ugotowaniu, np. Lord, Denar, Korona)

4-5 marchewek

0,5 kg dobrej kiełbasy

3 żółte cebule

20 dkg wędzonego boczku

pęczek natki pietruszki

liść kapusty

łyżeczka oleju rzepakowego

sól & pieprz

Ziemniaki, marchewkę i cebulę obieram. Ziemniaki i marchew kroję w krążki, cebulę drobno siekam. Kiełbasę i boczek kroję w plasterki.

Na dno dużego garnka wlewam odrobinę oleju rzepakowego i wykładam szczelnie plastrami boczku. Potem, zachowuję sekwencję warstw: ziemniaki, pieprz & sól, natka pietruszki, marchew, cebula, kiełbasa, jednak górną warstwę powinny stanowić ziemniaki.

Wierzch przykrywam liściem kapusty, garnek uszczelniam papierem pergaminowym lub folią aluminiową i przykrywam pokrywką.

Gar powoli podgrzewam przez około 2,5 godziny. Im dłużej i wolniej, tym lepiej. Ważne jest jedynie niedopuszczenie do przypalenia się spodniej warstwy. Potrawa i tak ma lekko dymny, ogniskowy aromat.


pieczone maliny z migdałami

Kupiłam maliny od miłego pana, który sprzedawał je w bardzo pomysłowych pojemnikach – odciętych dolnych częściach butelek PET 🙂 Już jest całkowita jesień i coraz rzadziej widzę malinki, a jak już zobaczyłam, to miałam ochotę przetransformować je w ciepły, jesienny deser.

pieczone maliny z migdałami

pojemnik malin

3 łyżki masła

2 łyżki cukru demerara / miodu

parę kropel esencji waniliowej

2 łyżki płatków kukurydzianych

2 łyżki płatków migdałowych

odrobina cynamonu

2 gałki lodów (u mnie o smaku serka:))

Dwa małe naczynia żaroodporne posmarowałam masłem, skropiłam esencją waniliową i posypałam cynamonem. Włożyłam maliny. Posypałam płatkami kukurydzianymi, płatkami migdałów i cukrem demerara. Na wierzch każdego deseru położyłam po kawałku masła.

Zapiekałam w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 st. C. przez ok. 10-15 minut. Podawałam z lodami serkowymi.


korzenny kompot ze śliwek węgierek

Kolejny smak dzieciństwa. Kompoty pijałam tylko do szóstego roku życia, kiedy to mieszkaliśmy razem z Dziadkami. Wraz z moimi pierwszymi krokami w kierunku zdobycia edukacji, wraz z Rodzicami zmieniliśmy miejsce zamieszkania i kompot stał się rzadkością. Może przez to, że nie przywykłam, nigdy nie byłam miłośniczką tego zawiesistego wywaru z owoców, jednak przyznaję, że jest w nim coś dekadenckiego, co po latach znów mnie doń przekonało.

Gregor za to zawsze i niezmiennie docenia walory kompotu, a zwłaszcza tych rozmiękczonych, wygotowanych owoców, które z kolei mnie przyprawiają o, co najmniej, chęć odwrócenia wzroku;)

Kompot więc powrócił. Ze stróżańskich węgierek z dodatkiem korzennych przypraw.

Składniki:

– 1 kg wydrylowanych śliwek węgierek

– cukier trzcinowy (ilość uzależniłam od słodyczy śliwek i własnych preferencji – u mnie wystarczyło 5 łyżek)

– sok z połowy cytryny

– gorąca woda

– przyprawy: kawałek kory cynamonu, odrobina mielonego kardamonu i imbiru, parę goździków

Śliwki wrzuciłam do dużego gara, zalałam gorącą wodą, dodałam cukier, sok z cytryny i przyprawy. Gotowałam pod przykryciem około godziny. Kompot przecedziłam, ale ponoć nie jest to konieczne;)


Śliwobranie w Stróży 2011

W ubiegły weekend znów zawitaliśmy do Stróży. O tej porze roku ogrom owocu wprost zapiera dech w piersiach, ale aż serce się kraje, gdy stąpa się po dywanie utkanym z rozgniecionych śliwek! Drzew i krzewów owocowych w sadzie jest kilkadziesiąt, a my bywamy tam na tyle rzadko, że większość dóbr niestety niszczeje.

Tegoroczny wysyp śliwek węgierek Rodziciel postanowił przetworzyć w najkorzystniejszy bodaj sposób – śliwowica:D Część zbiorów zaanektowałam ja. Ugotowałam kompot, zrobiłam pierogi. Kto wie, czy nie nasmażę jeszcze powideł lub nie ukręcę placka z dodatkiem śliwek?

‚Nasza’ Stróża jest wsią bardzo przyjemną. Z hacjendy Rodziców, która usytuowana jest na wzgórzu roztacza się prawdziwie malowniczy widok na Górę Św. Jana oraz rozległe pola i pastwiska. Gdzie okiem sięgnąć, zieleń, żółć i sama natura. Ale też i ciekawa historia, jako, że wzmianki o tej rycerskiej wsi pochodzą już z XII w. W późniejszych latach wieś przeszła spod władania szlacheckiego rodu Ratoldów pod skrzydła opactwa Cystersów w Szczyrzycu (klasztor w tej miejscowości został ufundowany w 1234 r., a do niedawna w przyklasztornym browarze warzono piwo według najstarszych receptur).

Ciekawym faktem z historii bardziej współczesnej jest to, że ‚w miejscowym dworze w 1913 roku mieściła się Oficerska Szkoła Strzelecka, którą kierował Józef Piłsudski.’ (za Wikipedią)

Stróża sąsiaduje z równie ciekawymi, jeśli oczywiście dla kogoś pod tym hasłem kryją się takie wartości jak spokój, relaks i cisza;) obfitującymi w zieleń miejscami: rzeczony Szczyrzyc, Skrzydlna, Jodłownik, Wilkowisko, Dobra, Tymbark. A dla tych, którzy nie mogą się obyć bez miejskiego zgiełku (ja;)) – Limanowa. Jak widać, niektóre nazwy miejscowości, np. Szczyrzyc, czy Wilkowisko wprost nawiązują do grasujących legendarnie po tych terenach wampirów, wilkołaków i innych zmór;), więc i dla żądnych mrożących krew w żyłach wrażeń może coś się znajdzie!

A przechodząc do naszej wizyty w stróżańskich stronach, to było jak zwykle… Kiełbacha, uginające się pod obfitością owocu gałęzie, pierwsze czerwone liście i pojedyncze nitki babiego lata. Jeszcze ciepło i słonecznie, ale w powietrzu już nuta jesieni. Jestem na nią wyjątkowo wyczulona i chłonę wszystkimi zmysłami, a najbardziej łamie mi serce ten niezidentyfikowany zapach. Chyba pobrzmiewa w nim aromat przejrzałych owoców i palonych traw, ale chodzi o coś więcej.


zupa fasolowo-paprykowa

Nadejście sezonu paprykowego nieustannie budzi moją niepohamowaną wesołość. Są mięsiste, błyszczące, kolorowe. Ślicznie wyglądają leżąc stertami na kleparskich straganach. Muszę się nimi nacieszyć, muszę się nimi najeść do wiwatu!

Z kolorowych papryk i czerwonej fasoli zgotowałam coś na kształt gęstej zupy lub nawet gulaszu. Jesień wyjątkowo sprzyja gęstym, rozgrzewającym zupom, więc uznałam, że może czas przekonać się do fasoli… Żeby zwiększyć jej szanse poszło dużo papryki, pomidorów, czosnku i cebuli. Ale było warto – udało się;)

Składniki:

–  ok. 250 g czerwonej fasoli (suchej)

– 3 strąki papryki (czerwona, żółta, zielona)

– 3 pomidory

– 1 cebula

– 3 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– suszona papryczka chilli (lub płatki chilli)

– garść drobnego makaronu (gwiazdki)

– 1 litr bulionu warzywnego

– łyżeczka oliwy z oliwek

– przyprawy: pieprz, sól, słodka czerwona papryka, tymianek, majeranek, czosnek granulowany, zielona czubryca, natka pietruszki

Fasolę moczyłam przez 8 godzin, po czym poddałam ją godzinnej obróbce cieplnej w przykrytym garnku;)

Na łyżeczce oleju wymieszanym z tartą słodką papryką, czosnkiem granulowanym i posiekaną papryczką chilli zeszkliłam drobno posiekaną cebulę i czosnek oraz poddusiłam pokrojoną w paski paprykę.

Do gotującego się bulionu dodałam fasolę (z częścią wody, w której się gotowała), pokrojone w kostkę pomidory oraz podduszoną cebulę, czosnek i paprykę. Dorzuciłam garść makaronu gwiazdki i resztę przypraw. Gotowałam aż wszystkie warzywa zmiękły a ich smaki się połączyły.

 


Bôłt 2011

Z żalem opuściłam nasze przepiękne, bure morze. Jego charakterystyczny szaro-stalowy kolor płynnie przechodzący w równie stalowe i równie szare niebo, to dla mnie chyba najpiękniejszy obraz na świecie. Nie waham nazwać się wręcz fanatyczną fanatyczką tego bałtyckiego surowego krajobrazu.

Oczywiście czasem nasz Bałtyk jest lazurowy, a niebo nad nim błękitne i słoneczne, jednak to nie to, co magnetyzująca jednolitość kolorystyczna, kiedy pogoda jest uznawana za ‚brzydką’.

Kulinarnie nadmorskie wakacje upłynęły mi, jak zwykle w tamtych stronach, pod znakiem ryby (przodowała fląderka, a jakże:)). Ale tym razem również wędzonej. Podgrzane na wieczornym grillu szaszłyki z łososia nie miały sobie równych:)

Ale zjadło się również pizzę ‚z foremki’, jak za pacholęcych lat, przysmak Tatarów krymskich çüberek z mięsem mielonym, przepyszny i ekologiczny wafelek kaszubski pod postacią okrągłego i naprawdę słusznych rozmiarów gofra, pierogi, wybitną zupę z prawdziwków…

Brak piwa, nie powiem, doskwierał mi piekielnie, ale nie ugięłam się i z tarczą dobrnęłam do upragnionego 1 września, kiedy to moje wyrzeczenia zostały wynagrodzone po kroćset przy pierwszym łyku bursztynowej ambrozji:) Do tego momentu mój sierpień miał smak Czarnego Frugo, czyli i tak nie najgorzej;)

A od strony nie-kulinarnej – nostalgia, melancholia, nostalgia, melancholia! I tak naprzemiennie, jak to zwykle u mnie bywa;) Ale też oczywiście radość i dobra zabawa z Gregorem i Przyjaciółmi:)