Archive for Lipiec, 2011

krem cukiniowo-cebulowy z miętą i serem bałkańskim

Zainspirowana pozycją z menu jednego z nowosądeckich lokali, w którym gościliśmy w zeszły weekend, przypomniałam sobie o zupie z cukinii. Oczywiście w postaci kremu, bo inaczej sobie przecież nie wyobrażam, ani nawet nie mam takiego zamiaru, a poza tym, nie wiem czy potrafię i nie będę się nad tym ani zastanawiać ani dłużej rozwodzić;) Porzuciwszy tę kwestię przejdę do szczegółów. Szczegółem, ale niemałej wagi jest dodatek świeżej, orzeźwiającej mięty i sera typu bałkańskiego, którego konsystencja i słoność wspaniale komponuje się z mało wyrazistym w istocie smakiem cukinii.

P.S. Cudna pogoda w Krakowie trwa! Gęste chmury, chłodne powietrze, pokrapujący deszcz… Takie lato luuubięęę!:) Może to i zakrawa o bluźnierstwo, ale co zrobić?!;)

Składniki (2-3 porcje):

– średnia cukinia

– 2 żółte cebule

– 3 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– pół pęczka mięty

– 2 łyżki gęstej śmietany

– pół litra bulionu warzywnego

– łyżeczka oleju (rzepakowego)

– 100 g słonego sera (typu) bałkańskiego

– przyprawy: sól, czerwony pieprz, suszona pietruszka i czosnek niedźwiedzi

Cebulę i cukinię pokroiłam w drobną kostkę i poddusiłam na niewielkiej ilości oleju.

Warzywa zalałam bulionem i gotowałam do miękkości. Dodałam pokrojony na kawałki czosnek, poszatkowaną miętę i przyprawy.

Zupę zblendowałam, zaprawiłam śmietaną.

Podałam z pokrojonym w kostkę serem bałkańskim.

 

Reklamy

czekoladowe babeczki z borówkami

Wczoraj obchodziłam imieniny i z tej właśnie okazji upiekłam sobie czekoladowe babeczki z leśnymi borówkami. Powiedzieć, że są pyszne, rozpływające się w ustach i intensywnie czekoladowe, to wszystko mało! Są wilgotne, lekko gorzkawe (bo z gorzkiej czekolady – taką lubię!) i delikatnie kwaskowe dzięki borówkom, no mówiąc wprost: idealna harmonia smaku. Jak znalazł na imieninowy wieczór:)

P.S. Następnym razem dodam do nich czarne Frugo! Miałam nawet w lodówce jedno i kusiło mnie, żeby dolać go do babeczek, ale na razie muszę się nim nacieszyć w postaci czysto klasycznej,  wprost z klikającej butelki:)

Bo Frugo, to dla mnie kawał dzieciństwa i rzecz absolutnie kultowa i nie boję się tego słowa użyć! Zwłaszcza czarne! Jak pojawiło się po 10 latach nieobecności i pobiegłam do jednej z krakowskich restauracji,  która je zaczęła kolportować, to z pewnym strachem otwierałam butelkę… Ale jednak, ten sam zapach, który od razu się uniósł spod charakterystycznego kapsla przeteleportował mnie natychmiast do lata roku 1998, gdzie w Muszynie, koło przejazdu kolejowego siedziałam z Rodzinką w czasie wakacji,  ‚pod parasolkami’ i sączyłam ten czarny napój młodości:) A smak tylko wyostrzył wspomnienia:) Mój Brat, który w tamtym czasie był naprawdę malutki też utrzymuje, że ta nuta jest mu znana. Gregor również pamięta! A ja tak pamiętam, że hoho!

Składniki (na ok. 12 sztuk): (lekko zmodyfikowany przepis z bloga White Plate)

–  250 g mąki pszennej

– 2 łyżeczki proszku do pieczenia

– 200 g roztopionej gorzkiej czekolady (70%)

– 2 jajka

– 100 g cukru trzcinowego

– 200 ml jogurtu

– 100 ml gazowanej wody mineralnej

– 90 g roztopionego masła

– parę kropel esencji lub aromatu waniliowego (lub cukru wanilinowego)

– pół łyżeczki soli

– 150 g borówek

 Mąkę wymieszałam z proszkiem do pieczenia, cukrem i solą. Dodałam roztopione czekoladę i masło, jogurt, jajka, wodę mineralną, aromat waniliowy. Składniki dobrze połączyłam, a następnie wrzuciłam do powstałej masy borówki i delikatnie wymieszałam.

Silikonową formę do babeczek wyłożyłam dodatkowo papierowymi foremkami (papilotkami) i przelałam ciasto.

Babeczki piekłam 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st. C.:)


kasza curry i łosoś z pieprzem

W Krakowie cięgiem leje. Może to dziwne, ale lubię taką pogodę. Nie lubię tylko konsekwencji nieprzemijającego deszczu w postaci podtopień i powodzi… Ale sam deszcz? Lubię i już! Nie jest mi w taką pogodę gorąco, powietrze jest świeże i czuć taką jakby nadmorską bryzę;);) Lubię iść z parasolem przez Rynek z szyją owiniętą cienkim szaliczkiem. Jest jakoś tak wyjątkowo:) A poza tym, nie bez kozery, taka pogoda zwana jest, moim zdaniem jak najbardziej trafnie, barową;) Przechadzka przez deszczowy Rynek, a następnie barowanie w przyjemnej piwnicy – czy może być coś milszego? No chyba tylko wyjazd na ukochane Kaszuby;)

A przechodząc do kwestii kulinarnych, przyznaję otwarcie, że mimo pełni sezonu warzywno-owocowego, nie gotuję zbyt różnorodnie. Żółta fasolka szparagowa ‚po polsku’ (czyli okraszona podsmażoną na maśle bułką tartą) zdominowała, jak zresztą co roku, mój jadłospis. Nie wiem czy już kiedyś o tym wspominałam, chociaż pytanie wydaje mi się dziwnie retoryczne, ale nie ma dla mnie na całym Bożym świecie rzeczy pyszniejszej niźli fasolka szparagowa. Świeżą, ze straganu witam wręcz ekstazą, zajadam kilogramami, a o żegnaniu nawet nie chcę myśleć!

No ale dobrze, czasem robię wyjątek. Zwłaszcza na rzecz łososia. Tym razem wystąpił pod postacią wędzoną w pieprzowej posypce, z radicchio, roszponką, sosem czosnkowym i niezwykle aromatyczną kaszą curry:)

Składniki:

– kawałek wędzonego łososia (ok. 120 g na osobę) + czarny pieprz utłuczony w moździerzu, pieprz cytrynowy

– woreczek kaszy jęczmiennej

– 2 białe cebule

– 2 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– garść tartego parmezanu (lub innego twardego sera)

– łyżka oliwy z oliwek (u mnie aromatyzowana rozmarynem i jałowcem)

– przyprawy: curry, zielona czubryca, słodka mielona papryka, sól, pieprz

Łososia obsypałam pieprzem i podgrzałam w piekarniku rozgrzanym do 150 st. C. przez ok. 10 minut.

Kaszę ugotowałam w osolonej wodzie.

Na odrobinie oliwy poddusiłam poszatkowaną cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodałam curry i resztę przypraw. Następnie dołożyłam ugotowaną i odcedzoną kaszę oraz parmezan. Wszystko dobrze wymieszałam.

Podałam, jak wyżej, z sosem jogurtowo-czosnkowym i mieszanką sałat:)


Lody nakładane łyżką z Nowego Sącza

W miniony weekend wybraliśmy się do Nowego Sącza. Nieopodal tego ślicznego, 80-tysięcznego miasta spędzałam wakacje przez pierwsze 18 lat mojego życia. Czasem nawet ferie się trafiły. Dlatego okolice Beskidu Sądeckiego są bliskie memu sjercu;)

Głównym punktem kulinarnym wyjazdu było zjedzenie lodów. Lodów nakładanych łyżką, na wagę, pysznych, śmietanowych, zajadanych w dzieciństwie… Lodów Orawianka!

Wytwórnia rozpoczęła działalność już pod koniec lat 40-tych i nic nie wskazuje na to, by miała ją rychło zakończyć. Ostatni raz odwiedziłam Nowy Sącz 10 lat temu i przyznam się, że szłam w kierunku Maślanego Rynku zdjęta strachem czy aby lokal istnieje nadal. Odetchnęłam z ulgą, gdy moim oczom ukazało się znane i lubiane spadziste wejście i ‚dach’ z winorośli nadający zielonkawego odcienia całemu otoczeniu. Jeszcze tylko rzut oka na narzędzie nabierające lody… TAK! ŁYŻKA!

Zamówiłam porcję składającą się ze wszystkich smaków, czyli: śmietankowego, truskawkowego, czekoladowego, kawowego, bananowego i cytrynowego. Taki miks i widok specyficznie łączących się ze sobą kolorów ma największy urok.  Cóż to była za chwila! Powrót do dzieciństwa w pełnym tego słowa znaczeniu:) Smaki i zapachy mają na szczęście tę magiczną własność przenoszenia w czasie:)


racuchy z owocami leśnymi

Cały rok ubolewałam nad tym, że zeszłego lata jadłam tak mało owoców. W tym sezonie postanowiłam to nadrobić i, jak na razie, plan wykonuję w stu procentach. Co nie jest specjalnie trudne (stuprocentowe zwiększenie dawki mam na myśli;)), wziąwszy pod uwagę, że w zeszłym roku zjadłam, zdaje się, pięć truskawek na krzyż i trochę arbuza;)

Nie przepadam za słodkimi obiadami, ale czasem nawet i ja ulegam chwili słabości i bierze mnie ochota na coś innego niż tak zwany konkret. Zwłaszcza, że przecież plan owocowy jest do wykonania! Wspominałam niedawno z ogromnym rozrzewnieniem, idąc na zakupy, wspaniałe naleśniki ze śmietaną i borówkami amerykańskimi, którymi raczyłam się w poprzednie wakacje w Gdańsku. Zakupiłam więc borówki amerykańskie i pyszne malinki od przemiłej ‚baby’ (tak się u nas mówi, z pełną sympatią, o handlarzach straganowych:) Męską odmianą takiego sprzedawcy jest ‚chłop’:)). Do tego słodka, gęsta śmietana, racuchy i znowu rustykalne jadło;)

Składniki: (robiłam ‚na oko’, tak, aby ciasto nie było ani zbyt gęste ani rzadkie)

– ok. 25 g drożdży

– mleko

– mąka pszenna

– jajko

– szczypta soli

– cukier (puder)

– nieco aromatu, esencji lub cukru waniliowego

– olej roślinny do smażenia (u mnie rzepakowy połączony z olejem aromatyzowanym skórką pomarańczową i cynamonem)

– gęsta śmietana wymieszana z cukrem pudrem

– owoce

Drożdże rozrobiłam z niewielką ilością mleka i cukru. Dodałam mąkę, jajko i tyle mleka by uzyskać odpowiednią konsystencję. Dodałam też aromat waniliowy i odrobinę soli. Wszystkie składniki dokładnie wymieszałam trzepaczką. Do wyrobu takiego ciasta powinno używać się ciepłego mleka, a po zarobieniu pozwolić mu podwoić objętość, jednak ja z braku czasu pominęłam ten etap, jak również nie przykładałam specjalnie wagi do temperatury mleka – racuchy były po prostu mniej pulchne, ale ja właśnie takie lubię:)

Na rozgrzany tłuszcz wkładałam po łyżce ciasta i każdy racuch smażyłam z obu stron na złoty kolor.

Gorące racuchy podałam z gęstą, słodką śmietaną, malinkami i borówkami oraz cukrem pudrem:)


placek z cukinią i porem

Zalety gotowego ciasta francuskiego są nieocenione, wiadomo. Zawsze jak czas mnie nagli, a mam je akurat pod ręką, to staje się jasne, że obiad i tak będzie wyborny:) Nie zaprzeczam, że jednym z moich ulubionych dodatków do ciasta francuskiego jest wypieczony boczek, no ale ta jarska wersja jest piątkowa, więc o boczku mogę jedynie pomarzyć;) Jednak, żeby oddać sprawiedliwość, muszę przyznać, że duszony por, cukinia i cebula stanowią godne zastępstwo.

Mój tartowy placek ma wygląd, nie bójmy się tego powiedzieć, nieco rustykalny, ale takie niedbałe kompozycje mają w sobie przecież ten urok prostoty;) A śliczne naczynie do zapiekania, to dalsza część podarunku od Gregora.

Składniki:

– 1 por

– 1 cukinia

– 2 duże białe cebule

– 1 opakowanie gotowego ciasta francuskiego

– ok. 100 ml gęstej kwaśnej śmietany

– ok. 50 g tartego sera ementalera

– 1 jajko

– 1 łyżka oleju z pestek winogron (rozmarynowo-jałowcowego)

– przyprawy: sól, kolorowy pieprz, rozmaryn

Por, cebulę i cukinię pokroiłam na kawałki i udusiłam na niewielkiej ilości aromatyzowanego oleju z pestek winogron. Doprawiłam.

Naczynie żaroodporne wyłożyłam 2/3 ciasta francuskiego a następnie przestudzony farsz warzywny ułożyłam na cieście francuskim. Całość zalałam mieszanką jajka, śmietany i tartego sera. Resztę ciasta pokroiłam na długie paski i przykryłam nimi ‚zapiekankę’ w formie kratki.

Placek piekłam w piekarniku rozgrzanym do 200 st. C przez ok. 25-30 minut.


zapiekane warzywa z serami

U nas stanowiły dodatek do ryby, ale równie dobrze mogą być samodzielną potrawą i zastąpić, na ten przykład, kolację.

Można posądzić mnie ostatnimi czasy o manię zapiekania jak i o postradanie zmysłów. Bo któż przy zdrowych tychże w takie upały włącza piekarnik na co najmniej godzinę dziennie i kolęduje przy nim w dosłownym i organoleptycznie bez najmniejszego problemu wyczuwalnym pocie czoła, co chwila sprawdzając czy nic nie wymyka się spod kontroli? No ale tak bardzo cieszą mnie moje świeżo-zdobyte naczynia żaroodporne, że nie potrafię się oprzeć zapiekaniu i jeszcze przez jakiś czas, dajmy na to, 3 tygodnie, nie będzie jedzone w tym domostwie nic, czego przyrządzenie nie będzie wymagało użycia naczyń do zapiekania i piekarnika! Trudno, tak postanowiono i basta;)

A abstrahując od pokarmów (chociaż też nie do końca;)), odwiedziliśmy z Bratem krakowskie zoo. Tradycyjnie. No i co tu dużo opowiadać? Jak zawsze było przemiło przebywać te dwie godziny wśród tak licznie zgromadzonej źwierzyny. No i naturalnie w towarzystwie Brata, który mnie tam zaprosił:) A co do pokarmów, to też jak tradycja nakazuje, zjedliśmy w przyogrodowym barze smażone ziemniaczki w kształcie roześmianych buziek.

Dziś natomiast wybraliśmy się z Gregorem na krótki wypad do pobliskich Krzeszowic. Tak często przez nie przejeżdżamy, ale nigdy nie mieliśmy okazji zatrzymać się tam chociaż na chwilę. (A warto wspomnieć, że z tamtejszych upraw pochodzą jedne z najpyszniejszych pomidorów!) Ale dziś właśnie tam nas poniosło:) Miasteczko jak najbardziej przyjemne, w znacznej mierze rozorane wykopami, świadczącymi o postępującej modernizacji. Widać, że remonty wrą i prowadzą do znacznego podniesienia walorów estetycznych miejscowości:) Ochłodziliśmy się pysznymi lodami (ja – malaga, Gregor – delicja) – nigdy nie widziałam takiej kolejki (chyba, że za czasów poprzedniego ustroju!), posilili znakomitym obiadem zaserwowanym przez restaurację Aga (ja – gołąbki w sosie pieczarkowym, Gregor – stek prowansalski z grillowaną cukinią, boczkiem i sosem czosnkowym), przeszliśmy się ślicznym Parkiem Bogdackiego z paroma pomnikami i okazałym, neogotyckim kościołem pod wezwaniem św. Marcina, aż w końcu czmychnęliśmy do domu, gdyż upał zaczął coraz bardziej dawać się we znaki;)

Ale wracając do moich zapiekanych warzyw…

Skład:

– cukinia

– bakłażan

– 2 białe cebule

– mały por

– 4 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– 2 pomidory

– ok. 60 g sera feta (lub innego w stylu greckim)

– utarte sery (w sumie ok. 100 g), np: emmentaler, mozarella, gruyère

– parę ‚psiknięć’ oliwy

– zioła: bazylia, tymianek, pietruszka

– przyprawy: sól, kolorowy pieprz

Wszystkie warzywa pokroiłam na małe kawałki i umieściłam w naczyniu żaroodpornym (:)). Posypałam przyprawami, posiekanymi ziołami (oprócz bazylii, którą dorzuciłam pod sam koniec pieczenia), spryskałam oliwą i dobrze wymieszałam. Dodałam pokrojony w kostkę ser grecki. Na wierzchu rozłożyłam pomidory pokrojone w plastry i zasypałam mieszanką utartych serów.

Zapiekałam w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C. przez ok. 40 minut, ale czas zapiekania należy uzależnić od preferowanej miękkości warzyw:)