Archive for Czerwiec, 2011

najzwyklejsza surówka z młodej kapusty

Tego, to w najśmielszych snach się nie spodziewałam! Nie do wiary, że surowa, młoda kapusta jest taka pyszna! W moim niezbyt-kapuścianym Rodzinnym Domu, jak nietrudno się domyślić, nie pojawiało się zbyt wiele potraw z tego warzywa (chyba, że w postaci ukiszonej, przerobionej na bigos – specjalność i przysmak mej Matuli:)). Zdaje się, że jadłam parokrotnie surówkę z białej kapusty, ale chyba zupełnie nieświadomie (gdzie ja miałam głowę?!) i, co gorsza, bardzo mi smakowała, ale nie przeszło mi przez myśl, że to zwykła Brassica🙂 No nic, wreszcie przyszła na mnie kolej. I na kapuchę;)

Rzecz jest niezwykle prosta, ale potrzebowałam wskazówek, bo dla mnie, to jakoby novum, a znalazłam je tutaj.

I bardzo chciałabym jechać do naszego zoo:) Co roku udajemy się tam z Bratem, z okazji moich urodzin. W tym roku też planujemy, ale ciągle tyle spraw wynika, że prawdopodobnie wizyta u źwierzyny odwlecze się do urodzin Brata;) Na szczęście to też niebawem:)

Powoli też zaczynam uporczywie myśleć o Kaszubach. I strasznie tęsknić do tych stron. Co roku to samo i to samo i mam pełną świadomość, że zaczynam się robić nudna;) Kompulsywnie oglądam nadmorskie zdjęcia, sjerce mi się rozdziera a oczęta wilgotnieją na samo wspomnienie. Toż to krystaliczna postać tęsknoty!

Takie to myśli lęgną się w czaszce podczas szatkowania kapuścianych liści;)

Składniki:

– pół główki młodej kapusty

– zioła: pęczek koperku, pęczek szczypiorku

– 120 ml gęstego jogurtu naturalnego

– 1 łyżka majonezu

– 1 (lub więcej;)) ząbek czosnku

– przyprawy: sól, czarny pieprz, pieprz cytrynowy

Kapustę drobno poszatkowałam (ponoć należało ją wcześniej posolić, a po 15 minutach tę sól spłukać. Ja zupełnie przypadkowo pominęłam ten etap, jednak kapusta nie dała tego po sobie poznać:)). Zioła również poszatkowałam i zmieszałam z kapustą.

Sos przygotowałam z jogurtu połączonego z majonezem, przeciśniętym przez praskę czosnkiem i przyprawami.

Kapustę wymieszałam z sosem i schłodziłam przed podaniem.


rolowany ryż z wędzonym łososiem

Dziś moje oficjalne zakończenie roku szkolnego:) Jeszcze tylko dwa semestry i, jak Bóg da, będę panią od rytmiki;)

 Nie mogę powiedzieć, że ‚nareszcie się będę byczyć do woli’, gdyż, spójrzmy prawdzie w oczy, nie przemęczam się za specjalnie na co dzień, więc raczej różnica będzie trudna do uchwycenia. Ale jednak świadomość prawdziwych wakacji jest bardzo przyjemna. A samo brzmienie tego słowa miło łechce uszy;)

Od dłuższego czasu miałam ochotę zrobić rzecz prostą, ale, zdawało mi się, że pracochłonną. Nie miało to być coś w guście sushi, ale jednak nieco inspirowane Dalekim Wschodem. Kiedyś na blogu Psotki mignął mi pewien przepis i po jego drobnym zmodyfikowaniu powstały moje ‚rulony’ z ryżu z wędzonym łososiem. Do tego ‚sos’ z awokado, dosyć luźno, zdaje się, związany z japońską kuchnią, ale niezwykle smaczny i przełamujący nieco mdłość ryżu;) Taka niby to fuzja;)

Składniki:

– ok. 60 g ryżu (u mnie, że tak to ujmę, zwykły)

– 100 g płatów wędzonego łososia

– pół awokado pokrojonego w słupki

– 1 łyżka octu ryżowego

– przyprawy: sól, gol-rang

Ryż ugotowałam z dodatkiem przypraw i octu. Ostudzony formowałam w rulony, w środku umieszczając po jednym słupku awokado i przykrywałam pokrojonymi na mniejsze części płatami wędzonego łososia.

Ruloniki podałam ze wspomnianym wcześniej sosem à la guacamole z awokado, czosnku, pomidora i soku z limonki oraz z ciemnym sosem sojowym.


kotlety jęczmienne w sosie cebulowym

Od razu zacznę od zaległego WSZYSTKIEGO DNIOOJCOWEGO dla Wszystkich Ojców:)

Najbardziej słowiański czas w roku – Noc Świętojańska, Wianki, Kupała, moje urodziny i oczywiście zajęcia na uczelni;) Co roku ta sama śpiewka, od niepamiętnych czasów. No, co prawda przypadał nieraz na ten dzień koniec roku szkolnego, ale znacznie częściej przychodziło mi weń zdawać w pocie czoła (w końcu to już lato) jakoweś egzaminy;) We własne urodziny! Jak można?!;)

Za to mam na osłodę wspaniały Jarmark Świętojański pod Wawelem. Wszelkiej maści słowiańscy rzemieślnicy się tam zjechali. Można znaleźć się w centrum potyczek dzielnych wojów, pobrać naukę ukłonów dworskich, samemu uprząść powróz lub uwarzyć nieco soli. A to tylko nieliczne z atrakcji! Nie zabraknie również wyszynku ni benedyktyńskiej strawy: jest gryka i jagły, z grzybami, śliwką, boczkiem, a i gęsina się wyborna znajdzie. A wszystko pachnące, swieżuchne i parujące:)

Uwielbiam kaszę, a po wizycie na Jarmarku Świętojańskim tym bardziej zapragnęłam jeszcze bardziej ją uwielbić, a swe uwielbienie przełożyć na częstsze przygotowywanie owej w domostwie. Dlatego dziś jarskie kotlety z kaszy jęczmiennej – mojej zdecydowanej faworytki wśród kasz:)

Składniki:

Kotlety:

– woreczek kaszy jęczmiennej (100 g)

– ok. 60 g utartego parmezanu

– 4 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– 1 łyżeczka masła

– posiekane zioła (u mnie szczypiorek, natka pietruszki i lubczyk)

– nieco kaszki kukurydzianej do obtoczenia kotletów

– przyprawy: sól, czarny pieprz, suszony czosnek niedźwiedzi, majeranek

– łyżka oleju rzepakowego do smażenia

Sos:

– 3 żółte cebule

– 1 łyżka oliwy

– 1 łyżeczka octu balsamicznego

– 1 śmietankowy serek topiony (trójkącik)

– nieco wody lub mąki (w razie potrzeby zagęszczenia lub rozrzedzenia sosu)

– przyprawy: sól, czarny pieprz

Kaszę jęczmienną ugotowałam do miękkości (z dodatkiem kostki bulionowej z oliwą i ziołami). Dodałam do niej masło, parmezan, zioła, czosnek i przyprawy. Wymieszałam, a z powstałej masy uformowałam małe kotleciki, które następnie opanierowałam w kaszce kukurydzianej. Kotleciki smażyłam na teflonowej patelnie w niewielkiej ilości oleju, na rumiano z obu stron.

Cebule obrałam i drobno pokroiłam. Dusiłam na niewielkiej ilości oleju. Przyprawiłam i dodałam ocet balsamiczny. Gdy cebula była miękka zblendowałam ją nadając jej konsystencję sosu. Dla zagęszczenia i gładkości, rozpuściłam w sosie serek topiony. Sos, w zależności od preferencji można rozrzedzić wodą lub bulionem, lub też zagęścić odrobiną mąki.

Do tego były pieczone z rozmarynem i majerankiem ziemniaczki oraz pomidory w śmietanie:)

 A to nasze wspaniałe i aromatyczne kleparskie pomidory:)


zielone szparagi z wędzonym łososiem

 

Ostatnio ‚zaniemogłam’ – wysypka w guście rumienia umiejscowiona na prawym odnóżu całkowicie mnie unieruchomiła i wyłączyła z obiegu na blisko tydzień. Zakupami zajmował się naturalnie Gregor, ale również Matczysko martwili się o nasz byt i przysłali Brata mego z wałówką;) Narzekać nie zamierzam, bo wśród prowiantu znalazł się kalafior, żółta fasolka szparagowa, zielone szparagi i soczyste pomidory – wszystko świeżusieńkie, prosto z Kleparza, na który, z przyczyn obiektywnych, nie byłam w stanie doczłapać się o własnych siłach. A przelewek nie ma, trzeba się spieszyć z kupowaniem sezonowych warzyw, bo sezon ma to do siebie, że dość szybko się kończy!;)

Składniki:

– pęczek zielonych szparagów

– 100 g płatów wędzonego łososia

– garść tartego parmezanu

– przyprawy: sól, cukier

Oczyszczonym szparagom poodcinałam zdrewniałe końcówki, ugotowałam je w osolonej i lekko posłodzonej wodzie.

Gotowe szparagi owinęłam kawałkami płatów łososia i posypałam startym parmezanem.


naleśniki ‚ruskie’

Z tym niby to ‚ruskim’ nadzieniem, w którego skład, z grubsza, wchodzi: biały ser, ziemniaki i przypieczona cebula, to niezupełnie prawda. To nadzienie jest bowiem typowo polskie, tylko że kresowe. Poprzez zamieszanie ze zmianą granic utarło się, że ruskie. Co dziwne, przy całej naszej narodowej niechęci do ‚bratnich narodów’ zza wschodnich rubieży i wysoce pejoratywnym dla wielu krajanów wydźwiękiem samego słowa ‚ruski’, można zauważyć, że farsz ten, głównie w pierogach, cieszy się sporą popularnością wśród rodaków;) Po prostu jest smaczne i basta. A kto jest jego autorem, to sprawa drugorzędna:)

Ja do niedawna wręcz nie znosiłam smaku tej dziwnej mieszanki (ale ja naprawdę wielu rzeczy nie lubiłam, więc może to jednak nic osobistego;) zwłaszcza, że, abstrahując od polityki i zaszłości historycznych, do Rosjan nic nie mam, a wręcz przeciwnie:)). Jednak, jak już mi się zdarzyło z wieloma rzeczami, polubiłam, jak zrobiłam sama i po swojemu. Nie ma w takim  farszu nic odkrywczego, nawet trudno zrobić go jakoś ‚inaczej’, ale może kwestia doboru i ilości przypraw, albo stopnia wysmażenia cebulki staje się kluczowa?

Ruskie, to ruskie – żadne mecyje, ale za to z mocno naczosnkowanym szpinakiem:)

Składniki:

Naleśniki:

– 3/4 szklanki mąki (u mnie pszenna pełnoziarnista)

– szklanka mleka

– jajko (od szczęśliwej kurki)

– szczypta soli

– łużeczka oleju (rzepakowego)

Farsz:

– 150 g chudego sera białego

– 2 spore ziemniaki

– 3 cebule

– łyżka gęstej, kwaśnej śmietany

– łyżeczka oleju (rzepakowego)

– przyprawy: pieprz czarny, sól, estragon

Dodatkowo:

– 200 g mrożonego rozdrobnionego szpinaku

– 4 (lub więcej;)) ząbków czosnku

– 3 łyżki kwaśnej śmietany

– przyprawy: sól, czarny pieprz

Składniki na naleśnki dokładnie wymieszałam i odstawiłam na 15 min. Z ciasta smazyłam na teflonowej patelni naleśniki, z dwóch stron, na rumiano.

Obrane ziemniaki ugotowałam do miękkości. Cebulę drobno poszatkowałam i zrumieniłam na małej ilości oleju rzepakowego. Przestygnięte i rozgniecione ziemniaki i cebulę wymieszałam z białym serem, śmietaną i przyprawami na (w miarę;)) gładką masę.

Szpinak ugotowałam z dodatkiem śmietany, przeciśniętego przez praskę czosnku, śmietany i przypraw.

Na każdym naleśniku równomiernie rozprowadziłam po 1-2 łyżki farszu i zwijałam w rulony. Podałam razem z czosnkowym szpinakiem:)


roladki cukiniowo-łososiowe

‚Roladki’, to może brzmi zbyt dumnie, raczej koreczki. Myślę, że nadadzą się na letnią imprę lub grillowanie. A od biedy i na piknik na łonie natury;) Przyznaję bez bicia, są nieco pracochłonne, ale znam rzeczy bardziej wykańczające, więc nie zaszkodzi zaryzykować, zwłaszcza przez wzgląd na smak, który wszystko wynagradza.

A smakują bardzo świeżo. Twarożek orzeźwia cytrynową nutą i ziołami, grillowana cukinia nadaje słodyczy, a łosoś podkręca całą mieszankę:)

Składniki:

– 100 g płatów wędzonego łososia

– pół małej cukinii

– 100 g serka twarogowego

– kawałek żółtej papryki

– łyżka soku z cytryny

– łyżeczka oliwy

– zioła: koperek, szczypiorek, czosnek niedźwiedzi

– przyprawy: sól, kolorowy pieprz

– wykałaczki

Cukinię pokroiłam wzdłuż na cienkie plastry, oprószyłam przyprawami i ugrillowałam je z obu stron na odrobinie oliwy na patelni grillowej.

Serek twarogowy wymieszałam z przyprawami, ziołami i sokiem z cytryny.

Kiedy cukinia wystygła, na każdym plastrze kładłam po kawałku łososia i pokrywałam serkiem. Każdy plaster dosyć ciasno zwinęłam i dla zabezpieczenia przed rozwałką spięłam wykałaczką. Do każdej roladki dodałam po kawałku żółtej papryki.


quesadilla z kurczakiem

Proste i dobre jadło. Gregor mówi, że jednolite w smaku, czyli, że wszystkie smaki dopełniają się wzajemnie, żaden nie góruje nad innymi i nie do końca można rozpoznać części składowe nadzienia – to, ma się rozumieć, w znaczeniu pozytywnym;)

Składniki (dla 2 bardzo wygłodniałych osób):

– 4 tortille pszenne (u nas pomidorowe)

– 20 dkg startego ementalera

– 30 dkg piersi kurczaka (+ marynata: 1 łyżka miodu, 1 łyżka musztardy, 3 <lub więcej;)> rozgniecione ząbki czosnku, sól, czerwony pieprz, curry, czerwona papryka, zielona czubryca)

– 20 dkg pieczarek

– 1 żółta papryka

– 1 mała cukinia

– 2 cebule

– ćwiartka sałaty lodowej

– 1 łyżeczka oliwy z oliwek

– przyprawy: sól, czarny pieprz, ostra papryka

Pierś kurczaka zamarynowałam w zmieszanych składnikach marynaty i odstawiłam na 30 min. Zamarynowane mięso upiekłam na grillu. Kiedy przestygło, pokroiłam na plastry.

Cebulę, pieczarki, cukinię, paprykę i sałatę lodową pokroiłam na małe kawałki i dusiłam z przyprawami na niewielkiej ilości oleju.

Jedną tortillę położyłam na rozgrzanej patelni. Posypałam ją garścią startego ementalera. Nałożyłam połowę farszu warzywnego i połowę piersi kurczaka. Zasypałam kolejną porcją sera i przykryłam drugą tortillą. Przewróciłam wszystko (przy pomocy talerza) na drugą stronę i smażyłam do momentu roztopienia się sera.

Tak samo postąpiłam z drugą porcją.

Gotowe quesadille pokroiłam na trójkąty i podałam z sosem jogurtowo-czosnkowym.


(niewyjściowy) krem szparagowy

Ciąg dalszy cieszenia się szparagami:) Trzeba się nacieszyć, bo potem znów nie będzie.

Zupa z białych szparagów jest nieziemsko pyszna i delikatna. Dodatkowo powinna mieć śliczny, śnieżny kolor (w sam raz na komunię;)). Moja jednak takim się nie może poszczycić. A wszystko za sprawą czerwonej cebuli, która podczas obróbki termicznej i miażdżenia jej blenderem zmienia kolor na, nie bójmy się tego powiedzieć, bury. Walor smakowy jednak odnajduję nader przyjemnym dla podniebienia i zaświadczam uroczyście, że ta niezbyt wyjściowa barwa nie ma nań znaczącego wpływu:)

Jednak rekomenduję powstrzymać się od korzystania w tym przypadku z czerwonej cebuli, chociaż wiem, że ta wersja (kolorystyczna) jest bardzo kusząca i trzeba będzie stoczyć zażartą batalię z samym sobą;) Biała lub chociaż żółta cebula powinny się nadać znacznie lepiej;)

Składniki (dla 2 osób):

– pęczek białych szparagów (ok. 9-10 sztuk)

– 3 cebule (u mnie, jak widać, czerwone;))

– 3 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– 250 ml bulionu warzywnego

– 250 ml mleka

– garść startego parmezanu

– łyżka masła czosnkowego

– przyprawy: sól, biały pieprz, gałka muszkatołowa

Obrane szparagi pokroiłam w mniejsze kawałki. Cebulę obrałam i pokroiłam w drobną kostkę. Do rozgrzanego masła wrzuciłam cebulę i kawałki szparagów (oprócz główek). Zalałam bulionem i gotowałam do miękkości (ok. 15 min). Dodałam przeciśnięty przez praskę czosnek. Całość potraktowałam blenderem. Dodałam mleko, parmezan i przyprawy oraz główki szparagów. Gotowałam jeszcze ok. 7 min, by główki również zmiękły.


wiosenne łazanki

Kapusta, to kolejne warzywo, które dawniej omijałam szerokim łukiem i w dodatku czyniłam to z ostentacyjnym niesmakiem. Ale te czasy minęły były bezpowrotnie:) Już jakiś czas temu przeprosiłam się z kapustą i spożywam ją w ilościach, jak na mnie, ponadprzeciętnych. Najbardziej lubię taką młodą, słodką i z dużą dawką cebuli.

Robię zawsze więcej takiej delikatnie zasmażanej, z boczkiem, żeby dać trochę Mamie i Babci odwdzięczając się za różne pyszności, którymi one mnie raz po raz raczą:)

Moja kapusta jest zupełnie zwykła, bez żadnych specjalnych przypraw, nawet bez kminku, bo Gregor za nim nie przepada. Jest za to kremowa, jeśli tak można powiedzieć o tym warzywie, i bosko słodka. Robię ją tak, żeby smakiem jak najbardziej przypominała charakterystyczną kapustę, którą najczęściej się zajada w Czechach – z ziemniaczanymi knedlikami i duszonym mięsem. Tam się właśnie z kapustą przeprosiłam:)

Składniki:

– główka młodej kapusty

– 0,5 kg żółtej cebuli

– 200 g boczku

– łyżka oleju rzepakowego

– zasmażka: łyżka masła + łyżka mąki pszennej

– przyprawy: sól, czarny pieprz, 2-3 łyżki cukru trzcinowego

Kapustę poszatkowałam, obficie posoliłam, a po 20 minutach przelałam wrzącą wodą, by pozbyć się goryczy i lekko zmiękczyć liście. Cebulę pokroiłam w drobną kostkę i podsmażyłam na odrobinie oleju rzepakowego. Dorzuciłam kapustę i dolałam nieco wody. Dusiłam pod przykryciem około godziny, by kapusta całkowicie zmiękła (ja lubię lekko rozgotowaną. Czas gotowania można oczywiście skrócić). Dodałam cukier i przyprawy oraz zasmażkę sporządzoną z łyżki masła i mąki pszennej dobrze zmieszanymi z paroma łyżkami wywaru spod kapusty. Po dodaniu zasmażki kapustę jeszcze raz zagotowałam by pozbyć się smaku surowej mąki. Do gotowej kapusty dodałam pokrojony w kostkę, wysmażony boczek.

Makaron łazankowy ugotowałam al dente w osolonej wodzie. Wymieszałam z kapustą i już:)


sop ketimun – indonezyjska zupa ze świeżych ogórków

Albo raczej wariacja na temat;)

Zarys przepisu pochodzi z bardzo starej broszury ‚Potrawy egzotyczne’ Katarzyny Pospieszyńskiej. Pisząc ‚bardzo stara broszura’, strzeliłam sobie niejako w kolano, gdyż sama jestem równolatką broszury;) W każdym razie, w odróżnieniu ode mnie, broszura jest pożółkła i nieco potargana (taka też w sumie bywam;)), no ale wiadomo, niemłoda;);) Przekazała mi ją niedawno Babcia, która w czasach mojego dzieciństwa, u schyłku PRL-u i szarej rzeczywistości nieraz serwowała nam ‚potrawy egzotyczne z Gospody pod gorącym słońcem’ wykonane według tych przepisów. Teraz ja eksperymentuję i oczywiście nieco modyfikuję.

Na pierwszy ogień poszła zupa ze świeżych ogórków. Już dawno przymierzałam się do wykonania takiej, gdyż zupa z kiszonych nie jest moją faworytką (chociaż za kiszonymi ogórami przepadam, owszem. Zwłaszcza jak Oćce zakiszą lub też Gregor. W jego wersji ogórce smakują bardziej czosnkiem, niźli niemi sememi – a to się chwali:)) Fakt, że może nie jest to najszczęśliwszy moment na świeże ogórki, ale jak alarm minie, to szczerze polecam, bo smak jest dosyć uzależniający i przywodzi na myśl mizerię z dzieciństwa.

Składniki w mojej wersji (dla 4 osób):

– 2 duże zielone świeże ogórki

– 2 białe cebule

– 1 nać selera naciowego (lub kawałek korzenia selerowego – tak stoi w oryginale)

– 2 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– 1 łyżka masła (czosnkowego)

– 500 ml bulionu warzywnego

–  250 ml mleka

– pół pęczka kolendry

– przyprawy: czarny pieprz, sól, prażone płatki cebulowe

Dobrze umyte (!) i obrane ogórki przekroiłam w poprzek i wydrążyłam nasiona. Ogórki, cebulę i seler naciowy pokroiłam w małe kawałki. W garnku rozgrzałam masło, wrzuciłam ogórki, cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek. Smażyłam wszystko na złoty kolor. Następnie zalałam bulionem i gotowałam do miękkości warzyw, przez około 15 minut. Zblendowałam część warzyw, by zagęścić zupę, dodałam mleko, (można również dodać pokrojoną w kostkę szynkę). Zupę podałam posypaną płatkami cebulowymi i posiekaną kolendrą.

W oryginale zupa została zagęszczona rozbełtanymi jajkami. Ja jednak preferuję blendowanie i mleko:)