Archive for Luty, 2012

Loštická polévka i pravé olomoucké tvarůžky

Kolejne podejście do zupy serowej, a zważywszy na moje zamiłowanie do serów, pewnie nie ostatnie. W tym przepisie łączy się właśnie moja sympatia do serów z tą wciąż niegasnącą do Ołomuńca. Recepturę wynalazła moja Mama w jednym z kobiecych periodyków, a następnie rychło wycięła, by nie zaginęła w odmętach koszyka na gazety. Dostał się oczywiście mnie, wraz z zapasem serów ołomunieckich:) Niestety nie potrafię przytoczyć źródła, a i przepisu nie trzymałam się wiernie, dlatego też zupę tę należy raczej traktować jako inspirowaną oryginałem.

Tym, którzy nie mieli okazji próbować, należy się informacja, iż serki ołomunieckie (Pravé olomoucké tvarůžky) są wyrobem o niezwykle silnym aromacie, który posiada zapewne tylu zwolenników, co przeciwników. Ja zaliczam się naturalnie do tych pierwszych, jednak jestem w stanie zrozumieć, że zarówno charakterystyczny zapach jak i specyficzna, lekko gumowata konsystencja mogą napotkać opór tych z wrażliwym powonieniem i nad wyraz rozwiniętym zmysłem estetyki. Spróbować mimo wszystko warto, nawet zatkawszy uprzednio nos;)

Dzisiejsza zupa, jak tłumaczyłam się wyżej, jest swego rodzaju wariacją na temat loštickiej polévki. Bazą jest cebula i ziemniaki, a roztopione serki wzbogacają zarówno smak, jak i konsystencję. A kolory jakieś takie jesienne.

loštická polévka z dodatkiem pravych olomouckich tvarůžków

2 duże ziemniaki

2 duże cebule

1 pietruszka

3 (lub więcej;)) ząbki czosnku

250 ml mleka

500 ml lekkiego (serki są słone) bulionu warzywnego
(może być po prostu woda)

125 g serka ołomunieckiego

posiekana natka pietruszki i szczypiorek

1 łyżka oleju rzepakowego (lub masła)

czarny pieprz, kminek

Cebulę pokroiłam w drobną kostkę i podsmażyłam na niewielkiej ilości oleju rzepakowego

Obrane ziemniaki i pietruszkę pokroiłam w kostkę, dodałam do cebuli i zalałam bulionem tak, by przykrył ziemniaki.

Gotowałam warzywa  aż zmiękły. Wtedy dodałam do nich mleko, przeciśnięty przez praskę czosnek, przyprawy i pokrojone na kawałki serki. Gdy serki się rozpuściły i zagęściły zupę posypałam ją natką pietruszki i szczypiorkiem.

Najlepsza z grzankami:)


‚kaszotto’ z borowikami

Suszone borowiki godnie zastępują w tym ultra rustykalnym daniu świeże, o które teraz raczej trudno. Do zalet wersji suszonej należy również wspaniały płyn, który tworzy się podczas ich moczenia przed obróbką termiczną. Można wykorzystać go jako bazę do zupy grzybowej, lub jak ja, dolać do ‚kaszotto’. Taki właśnie kaszowo-borowikowy specyjał, to ostatnio moje dyżurne jedzenie. Jednak będę prawdopodobnie zmuszona do ograniczenia się, albowiem ten niebiański smak przyprawia mnie o skok ciśnienia i palpitacje serca! I ja wcale nie żartuję;) Kto raz spróbuje, ten przejrzy na oczy, zapragnie odrzucić każde inne pożywienie i podąży ścieżką borowikowej kaszy;)

‚kaszotto’ z borowikami

woreczek (100g) kaszy jęczmiennej perłowej

2-3 garści suszonych borowików (mogą być oczywiście inne grzyby)

1 duża cebula

500 ml bulionu warzywnego (lub grzybowego)

50 g tartego parmezanu

1 łyżka oliwy (u mnie aromatyzowana jałowcem i rozmarynem)

tłuczony czarny pieprz

Namoczyłam grzyby (na 2 h) w niewielkiej ilości wody, którą po odciśnięciu grzybów zachowałam.

Cebulę pokroiłam w bardzo drobną kostkę. Przyrumieniłam ją na łyżce oliwy.

Do cebuli wsypałam kaszę i wymieszałam tak, by każde ziarno pokryło się tłuszczem. Dolałam pokrojone w kawałki grzyby, płyn z moczenia grzybów, oraz 1/4 bulionu, wymieszałam. ‚Kaszotto’ gotowałam na małej mocy często mieszając i dodając co jakiś czas po 1/4 bulionu, aż do momentu, kiedy kasza wchłonęła płyn. Na sam koniec wmieszałam do potrawy tarty parmezan i doprawiłam pieprzem.


pączki, pączki…

Ilość, nie bójmy się tego powiedzieć, dość symboliczna, tak tylko by uczynić zadość tradycji. Nawet przepis ten sam, co ubiegłego roku. W naszej Rodzinie akurat pączki nie cieszą się jakąś zawrotną popularnością, chociaż w ten jeden dzień nikt nie unika obowiązku skonsumowania przynajmniej jednego. Bywa, że jak kto się rozochoci, to i dwa wchłonie. Historia naszej Rodziny zna i takie sporadyczne przypadki:)

Tym razem nadzieniem jest dżem truskawkowy, a ta najmniejsza sztuka, to dla mnie:)


bułeczki czosnkowe

W Krakowie nastał szczęsny czas dla rzeszy młodzieży szkolnej – ferie!

Rok temu narodziła się świecka tradycja, że mój Brat zasiedla nasze domostwo na przynajmniej jeden feriowy dzień (i noc). Tradycją również jest pieczenie wtedy, jak nazwa wskazuje, pieczywa:) Poprzednim razem był to pikantny chleb z prażoną cebulką, a teraz wybór padł na wyjątkowo wyborne bułeczki z czosnkiem. Nie mogłam im przepuścić! Rzadko jadam białe pieczywo, ale w tym wypadku nie miałam skrupułów i skonsumowałam kompulsywnie pół świeżej, wyjętej prosto z pieca bułeczki.

Bułeczki, wyłączając czas oczekiwania aż drożdże zrobią swoje, przyrządza się niezwykle łatwo i szybko, a dodatek masła czosnkowego… jest wystarczającą rekomendacją:)

bułeczki czosnkowe
(z moimi niewielkimi modyfikacjami)

ok. 250 g mąki tortowej

10 g świeżych drożdży

1 łyżka cukru

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka oliwy z oliwek (aromatyzowanej czosnkiem)

ok. 200 ml mleka

nadzienie

3 łyżki masła

6-8 (lub więcej;)) ząbków czosnku

sól, pieprz, suszona natka pietruszki

Drożdże rozpuściłam z cukrem, solą i odrobiną mleka. Dodałam pozostałe składniki i zarobiłam ciasto. Wyrabiałam, aż stało się gładkie i sprężyste. Odstawiłam na 1,5 godziny w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

Przygotowałam nadzienie: miękkie masło zmieszałam z przeciśniętym przez praskę czosnkiem, przyprawami oraz natką pietruszki.

Z wyrośniętego cista uformowałam niewielkie bułeczki, każdą spłaszczyłam, podwinęłam od spodu formując podłużny kształt. Bułeczki rozłożyłam na blasze łączeniem do dołu. Pozostawiłam je na kolejne 30 minut. Po tym czasie każdą bułeczkę posmarowałam oliwą czosnkową, nacięłam ostrym nożem, i napełniłam nadzieniem za pomocą szprycki (można również użyć naciętego woreczka foliowego).

Piekłam bułeczki w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C przez 15 minut.


kanapki ‚4 sery’ + liczi

Każdy wie, że ser to moja miłość. A im więcej (rodzajów) sera, tym oczywiście lepiej:) Tym razem słodkim dodatkiem było liczi, które od paru dni czekało w lodówce na swoje przeznaczenie. To połączenie nie było mi dotąd znane, jednak nie wydawało mi się również nazbyt ryzykowne, gdyż wszystko, co słodkie dodane do sera zawsze i bezspornie dogadza mojemu podniebieniu. Zaskoczenia więc nie było;)

A u nas nadal zimno. Nie cierpię już jednak z tego powodu tak bardzo i wydaje mi się, że powoli zaczynam się przyzwyczajać do tych mrozów. Nawet wyjęłam lżejszy płaszcz! A co więcej, chodzę w nim! Co prawda spod spodu wyzierają kolejne warstwy bluzek i swetrów, ale jednak cieńszy płaszcz jest w użyciu. A w tv obiecują, że będzie cieplej;)

kanapki ‚4 sery’ + liczi

kromki ciemnego pieczywa

bryndza owcza

twarożek z rzodkiewką i cebulką (mojej Mamy:))

ricotta

lazur

owoce liczi

sos jogurtowo-czosnkowy (z mieloną papryką)

grubo zmielony pieprz, ew. listki mięty

Wszystko po kolei na kanapkę i voilà:)

 


sycąca sałatka z różnościami i wspomnienia

Wczoraj po pracy (a że pracuję krótko, to i godzina była dość wczesna, a mianowicie 11.) postanowiłam odwiedzić Dom Rodzinny i przejść się po mieście. Jadąc tramwajem minęłam okolicę, w której mieszkałam w latach 90-tych. Pod wpływem impulsu zerwałam się z miejsca i w ostatniej chwili wysiadłam na najbliższym przystanku. To tak niedaleko od centrum, a nie odwiedzałam tej okolicy od lat. Nie miałam po co. Szłam swoją dawną ulicą poprzez oślepiające promienie słońca i czułam się, jakby nic się nie zmieniło, jakby te 15 lat gdzieś się rozpłynęło. Pojawiło się oczywiście parę dodatkowych sklepów, a na krajobraz znacząco wpływa również niedawno odnowiony gmach opery, ale mimo tego wydawało mi się, że wracam ze szkoły i zaraz skręcę do znajomej bramy. Wejścia do niej teraz strzeże domofon, a i nasze nazwisko tam nie widnieje. Najbardziej jednak uderzył mnie widok ‚naszego’ sklepiku ze wszystkim – tak samo zaparowane szyby i niezmieniony od wtedy szyld ‚otwarte’, nawet nie wyblakł. Właśnie tam całą grupą kupowaliśmy Hubbę Bubbę w hurtowych ilościach, tam Rodzice wysyłali nas po proszek do prania, jeśli akurat się skończył, a my znów, udawaliśmy się całą delegacją w celu jego nabycia. Nie mogłam się pozbyć rosnącej w przełyku guli wzruszenia;) I chociaż mróz niemiłosiernie szczypał mnie w policzki, mimo że coraz ciaśniej związywałam futrzany kaptur, to jednak wydobyłam zgrabiałymi rękami aparat fotograficzny i nie odmówiłam sobie przyjemności uwiecznienia mojej kochanej ulicy młodych lat w tej zimowej aurze, z tymi gołymi gałęziami, skąpanej w słońcu:)

Po takich dzikich emocjach nie dziwne, że człowiek zgłodniał;) Z odsieczą przyszła pyszna i bardzo pożywna, bo naszpikowana niezliczoną ilością dodatków, sałata.

sałata z różnościami

opakowanie miksu sałat

marynowany i grillowany schab pokrojony na kawałki

płaty wędzonego łososia

pomidor pokrojony ‚w ósemki’

ser żółty (wyrazisty) pokrojony w kostkę

serek wiejski wymieszany z 1 (lub więcej;)) ząbkiem czosnku,
pieprzem, solą i ostrą papryką

No cóż, wmieszałam wszystkie składniki i zajadałam:)

 


gulasz z jelenia

Wyobrażam sobie, że przygotowanie prawdziwego gulaszu (w polskim rozumieniu tego słowa) jest swego rodzaju sztuką. Ale ja nie jestem ortodoksyjna i moje gulasze gotuję w najprostszy sposób. A tak właściwie, to gotują się same. Długo i na małym ‚ogniu’. Jeśli tylko mięso jest dobrej jakości, nie może się nie udać. Ja do mojego mięsa dodałam zielony groszek i ogórki kiszone, dla zrównoważenia nieco słodkawego smaku mięsa jelenia.

Mój gulasz wyszedł bardzo zimowy, jeśli można tak powiedzieć o jedzeniu. Ukoił moje zmarznięte trzewia, kiedy zajadałam go ze smakiem w moim ulubionym domowym kąciku.

gulasz z jelenia

600 g mięsa jelenia (u mnie polędwica)

2 cebule

150 g zielonego groszku (mrożonego lub konserwowego)

2 kiszone ogórki

3 (lub więcej;)) ząbki czosnku

150 ml czerwonego wytrawnego wina

łyżeczka oleju rzepakowego

sól, czarny pieprz, sproszkowana ostra papryka, parę liści laurowych,
nieco ziela angielskiego i owoców jałowca

Mięso pokroiłam w niewielką kostkę, cebulę natomiast w piórka. Mięso i cebulę wrzuciłam na rozgrzany olej, dodałam czosnek oraz przyprawy i nieco podsmażyłam. Kiedy mięso zbrązowiało, dodałam wino i dusiłam przez 40 minut pod przykryciem. Następnie dosypałam zielony groszek i pokrojone w drobną kostkę kiszone ogórki, dusiłam kolejne 15 minut do momentu aż mięso zmiękło, a sos się dobrze połączył i zgęstniał.

Najlepsze z tłuczonymi ziemniakami i gotowaną marchwią lub z ciemnym pieczywem i czerwonym winem:)