publikacja

niu rou mian – rosół wołowy z makaronem (牛肉麵)

Ta zupa, to jest istny killer! Zwłaszcza pośród, delikatnie ujmując, niespecjalnej aury, która spowiła ostatnio Kraków. Jest tak dobra, że ma się ochotę niczego innego już nie jeść, tylko ją na wszystkie posiłki 😀 Zawiera pieprz syczuański i skórkę z mandarynki, które czynią ją absolutnie wyjątkową. Do tego te wszystkie pyszne dodatki, warzywa, smażona skóra z kurczaka (!), domowe kiełki i makaron ryżowy… Serio, 10-litrowy gar, to za mało 😛

Przyznaję bez bicia, że znów gotował głównie Wu, a głównie ja konsumowałam 😀 A po przepis zapraszam na fanpejdż TaoTao!


run bing – tajwańskie burrito (潤餅)

Muszę przyznać, że w większości gotował tym razem Wu. On pamięta ten smak jeszcze z Tajwanu, więc kimże bym była, żeby mu przeszkadzać? 😉 Po przepis zapraszam na profil facebookowy TaoTao, dla której to marki przygotowywaliśmy (my… mhm 😉 ) to burrito. Jest zaskakująco pyszne, a dodatek swego rodzaju jajecznicy i masła orzechowego daje niesamowity efekt. Zasmakowało mi to danie na tyle, że postanowiłam je powtórzyć i zrobić zdjęcia również do książki 🙂


hua jiao bing – tajwańskie bułeczki pieprzowe (胡椒餅)

Tegoroczna jesień wzięła mnie z zaskoczenia. Wziąwszy pod uwagę mój powolny tryb życia, trudno mówić o ferworze wyzwań, ale mimo wszystko, jak na moje standardy tak ostatnio się czuję. Nabyliśmy z Wu vana, czym już się chwaliłam, a w związku z niewładaniem przez Wu naszym ojczystym językiem, wszelkie formalności spadły na mnie. A ja mam do tego dwie lewe ręce, żeby nie powiedzieć nogi (zamiast rąk…) No to zwlekam się co rano i załatwiam ile fabryka dała. A to mechanik mi opowiada, że trzeba wymienić sworzeń, a to wdaję się w dyskusję o uszczelkach z panem z geometrii kół, przybijanie i odkręcanie tablic rejestracyjnych (jak również zdrapywanie pazurami tej rejestracyjnej naklejki na szybę) – to dla mnie chleb powszedni. Nie mówiąc o tym, że goniłam dodatkowo jak z piórem po urzędach, celem zalegalizowania pobytu Wu w Polsce jeszcze na trzy miesiące, bo działamy i trudno nam przestać 😉 Com się więc wysiedziała w biurowcach, to moje. No to gdzieś trzeba zadzwonić? Jakieś pismo wystosować? Gorąco polecam swoje usługi w razie powyższych 😀 Jak pomyślę co przyjdzie mi jeszcze wyczyniać, kiedy rozpoczniemy przeróbkę naszego wozu, żeby był zdatny sprzedawać jedzenie, to włos jeży mi się na głowie 😀 Tak bardzo chciałbym, żeby już wszystko było gotowe, żeby zotała tylko najprzyjemniejsza praca nad logo i identyfikacją wizualną, ale koncepcje ciągle się zmieniają, co i rusz świtają w głowie nowe rozwiązania. I chociaż mamy ciągle tyle do przemyślenia, nie ustajemy w kuchni! Gotujemy, testujemy, szperamy za przepisami i składnikami i próbujemy kontynuować pracę nad naszą książką. Mama Wu przywiozła z Tajwanu kolejną książkę kucharską, więc nie wiem, czy kiedyś ukończymy nasze „dzieło”, bo dania do przeeksperymentowania mnożą się w postępie geometrycznym 😀

Jeden z przepisów, który z pewnością znajdzie miejsce w książce (a może i w foodvanie), miałam przyjemność przedstawić czytelnikom rossmannowego miesięcznika Skarb. Są to rozgrzewające pieprzowe bułeczki, idealne na jesień i to nie tylko dla fanów ostrego, bo wbrew nazwie wcale nie są ostre – różne rodzaje pieprzu nadają jedynie wyjątkowego aromatu. W przepisie podstawowym używa się pieprzu czarnego i białego, ale bardzo popularny jest również dodatek pieprzu syczuańskiego, który, jeśli macie, dodajcie koniecznie, bo uczucie lekkiego mrowienia i znieczulenia języka jest nie do podrobienia :

Po szczegóły zapraszam do drukowanej lub internetowej wersji magazynu Skarb 🙂

http://www.rossmann.pl/skarb/e-wydanie,102017#


tajwańskie zongzi 肉粽

Chińczycy i Tajwańczycy obchodzili przedwczoraj swoje Święto Smoczych Łodzi (端午节), więc na tę okazję przygotowałam dla TaoTao tradycyjnie jedzone w ten dzień pierożki z kleistego ryżu owinięte w liście bananowca – zongzi (肉粽). Są zupełnie niesamowite! Kleisty ryż po ugotowaniu rozpada się zupełnie tworząc swego rodzaju „ciasto”. Środek smakuje przyprawą 5 smaków, a całość przesiąknięta jest aromatem liści bananowca. Niestety, są głęboko uzależniające. Bezskutecznie próbowałam zakończyć na trzech…

Pierwszy raz przygotowywałam je z Wu, pod jego okiem. Od tamtej pory robiłam już kilkukrotnie. Nawet dla jego rodziców, rodowitych Tajwańczyków, w podzięce za użyczenie mi mieszkania na miesiąc 😀

Przygotowanie tej specyficznej sakiewki w kształcie piramidki wymaga nieco wprawy i lubi się to rozłazić, ale sznurek i trochę wprawy załatwia sprawę. Zróbcie koniecznie i pokochajcie je! A po przepis wpadajcie na fanpejdża TaoTao!


xis coração

Przygotowałam tego „burgera” dla marki TaoTao, ale muszę się nim podzielić i tutaj, gdyż to moja, uważam bardzo udana próba, odtworzenia jednego z największych przysmaków, jakiego dane mi było spróbować w Brazylii. Xis coração (szis korasą, gdzie szis pochodzi od słowa cheese, jako skrótu od cheese burger), czyli burger z sercami drobiowymi (i milionem innych dodatków), został moją miłością od pierwszego kęsa, chociaż zdaję sobie sprawę, że serca mogą być elementem dość kontrowersyjnym. Są jednak tak pysznie zesmażone i tak aromatycznie przyprawione, że można stracić dla nich głowę. Najlepsze, największe i najbardziej kultowe podają w sieci Speed Lanches w Porto Alegre. Mieszkańcy szczycą się, że w całej Brazylii nie ma drugiego tak wielkiego xisa, jak na Południu. I fakt jest faktem – mój rekord, to zjedzenie połowy, a i tak z niemałym wysiłkiem i walną pomocą Wu 😛 A całość nabędziemy za równowartość 17 złotych (o bogowie!). Inne lokale oferują tańsze i mniejsze okazy – najtańszy, jakiego jadłam, to taki za 8 zł, ale podołałam całemu bez musu popuszczania pasa i chociaż dobry, to do giganta ze Speed Lanches nie miał startu. Ale ja, to zjem wszystko, zasłaniając się „imieniem eksperymentu” 😛

Żeby jeszcze dobitniej wyrazić, jak bardzo xis coração zawładnął moim sercem dodam, że zdarzyło mi się namówić Wu, żebyśmy wsiedli w samochód o 5 rano i jechali zjeść jednego na pół. A pragnę podkreślić, że nie – nie wracaliśmy właśnie z imprezy, ani tym bardziej nie mieliśmy problemów z insomnią, a wiedzieć również należy, że wbrew nazwie, zamówienia wcale nie otrzymywało się tam ekspresowo. Raz, że tłumy w kolejce zawsze były nieprzebrane, a dwa, że to Brazylia, więc mają czas 😉

Xis charakteryzuje się wielką i puszystą bułką pszenną. Taką starałam się przygotować. Przygotowałam zwykłe ciasto drożdżowe, z częścią wody gazowanej i częścią mleka. Pozwoliłam ciastu długo rosnąć. Uformowanym bułom również pozwoliłam rosnąć i to dość długo, żeby zrobiły się naprawdę ogromne. Wtedy upiekłam na blado, żeby nie stwardniały za bardzo i nie straciły puszystości, na której najbardziej mi zależało.

Teraz dodatki. Najważniejsze – serca drobiowe. Mocno przysmażone i równie mocno doprawione. Solą, słodką papryką i tajemną mieszanką przypraw, której nie znam, ale pokombinowałam z tym co miałam na stanie i dało radę (śląska mieszanka przypraw Oma świetnie się zmaczowała z brazylijskim burgierem 😉 ). Do usmażonych serc dodajemy ziarna kukurydzy konserwowej i starty wyrazisty ser żółty. Kroimy kawałek pomidora w kostkę, a na drugiej patelni smażymy jajko z dwóch stron (w prawdziwym xisie nie ma płynnego żółtka). Przekrojoną bułkę smarujemy obficie majonezem i wkładamy w nią wszystko, cośmy właśnie przygotowali. Będzie się to wysypywać niemiłosiernie, ale nie dajemy się wyprowadzić z równowagi i kładziemy bułkę na patelnię mocno dociskając, przekładamy na drugą stronę i to samo – chodzi nam o jej przytostowanie i spłaszczenie. I tu wchodzi rewolucyjne rozwiązanie Brazylijczyków – bułę umieszczamy w foliowym, małym worku. Wtedy dokładamy wszystko, co nam wcześniej wypadło i możemy konsumować bez stresu, że utracimy jakiś pyszny kąsek, który zamiast na ziemię/ubranie/buty/stół, wpadnie nam do worka – tadam! 😀

Muszę się wytłumaczyć, gdyż na zdjęciu widać burgera przed spłaszczeniem, a i można prędzej oczy wypatrzeć, niż dostrzec worek. No cóż, chciałam, żeby chociaż trochę widać było zawartość, a po spłaszczeniu xis nie wygląda aż tak spektakularnie 😉 Jednak tutaj oto prawdziwy, najprawdziwszy brazylijski xis:


kilka prac

chleb-okragly2

Jako że dawno nie wrzucałam żadnych komercyjnych prac, dziś postanowiłam pokazać kilka zdjęć, które w ostatnich miesiącach wykonałam dla magazynu KUCHNIA. Wymieszane jak sto pięćdziesiąt, ale to dlatego, że wybrałam moje ulubione;) Ilość może być nieco przytłaczająca, niemniej jednak zapraszam:)
bagietka1 margarita chlebek burgery2 langosz kaczka ciasto gryczane sakiewki z-jajkiem z-cukinia podplomyk-z-pomidorami suflety ptysie2 rogaliki kamyki gruszkowe amaretti


orientalne spaghetti z dyni dla HelloZdrowie

dynia2

Odkąd nabyłam ząbkowaną obieraczkę do warzyw, szaleję z jarzynowymi makaronami! Najczęściej w wersji klasycznej, z cukinii. Ale skoro teraz sezon, to i dynia okazała się świetna do tego celu. Taki warzywny makaron lubię w zupie, a najbardziej w stir-fry. Króciutko smażone, cienkie słupki warzywne, jędrne i pełne smaku powodują, że mimo iż kocham pszenny makaron nad życie, to w smażonych potrawach ten przyprawia mnie o szał kubków smakowych. Zwłaszcza, jak się porządnie przyprawi!

Taki makaron, bardzo pikantny i z orientalnym akcentem przygotowałam wczoraj dla HelloZdrowie! Zatem zapraszam tu po przepis 🙂

dynia3

dynia1

 


Voyage na Dolny Śląsk

vy1

Niedawno przyszło mi zgłębiać receptury kuchni dolnośląskiej, a to za sprawą zlecenia, jakie otrzymałam od magazynu VOYAGE. Pełno tam mięs i ryb, więc nie miałam problemu z przepisami. Gorzej z wyborem potraw, bo spośród tych pyszności  naprawdę ciężko zdecydować się na cztery, a tyle właśnie przewiduje na ten cykl Redakcja.

Nie mogłam oprzeć się pstrągowi, którego wielbię miłością żywą i gorejącą, spróbowałam swoich sił w wędliniarstwie, a do tego dołożyłam pochodzący z Łemkowszczyzny żur zwany keselicą. Wszystko godne uwagi, ale nie ukrywam, że najszybciej „migło się” mięso w słoiku. Ze świeżym chlebem i grubą warstwą galaretki mogłoby zastąpić wszelkie dobra tego świata!

vy2 vy3 vy5


„Kulinarne opowieści”

opow1

Niedawno wspominałam, że miałam ogromną przyjemność wykonać zdjęcia potraw przygotowanych przez zwyciężczynię ostatniego MasterChefa, Dominikę Wójciak, do jej autorskiej książki kulinarnej. Mało czasu, sporo obostrzeń wynikających z konwencji masterchefowych publikacji, ale również dużo świetnej zabawy i satysfakcji, a co najważniejsze – setki rozmów i cudownie spędzony czas w kuchni Dominiki z niesamowitym widokiem na Kraków. Co wieczór zwieńczeniem naszej pracy była degustacja żarła przygotowanego przez „szefową” i oglądanie usypiającego, jesiennego Krakowa – naprawdę, niezapomniane chwile!

Część zdjęć jest dość charakterystyczna dla mnie, część natomiast, to zupełnie inny styl, ale starałam się przyjąć wyzwanie na klatę;)

opow2 opow3 opow4 opow5 opow6i


kuchniowy karmel

karmel1

Styczniowy numer magazynu KUCHNIA od jakiegoś czasu jest w sprzedaży, a ja, z tradycyjnym już opóźnieniem do niego zapraszam:) Ode mnie tym razem karmel, czyli coś, co nawet jako antyfanka słodyczy kocham miłością żywą i gorejącą! Sosy, nadzienia, orzechy w karmelu – o mamuniu, tego nie odmówię sobie nigdy, dlatego materiał powierzony mi przez Redakcję przyjęłam z całym dobrodziejstwem inwentarza i wielką radością. Wielbiciele palonego cukru będą zachwyceni – to mogę obiecać, ale myślę, że cała zacna reszta też nie będzie narzekać;)

A w nawiązaniu do mojego poprzedniego posta pragnę nadmienić, a nawet się pochwalić, że uszka, pierogi i knysze na minione właśnie Święta mam odhaczone:D Zawzięłam się i wśród rozpierającej mnie dumy, dałam radę!

karmel2 karmel3 karmel4

A na koniec chciałam podzielić się fotką z kolędowego koncertu, który miałam przyjemność zagrać z fragmentem damskiej części mojej Rodziny, z którym tworzymy folkowy zespół NOWOCKI🙂

10


zimowe pierniki

piern3

Jestem tak monotematyczna, że mnie samej nie chce się tego dłużej słuchać, ale co zrobić, jeśli z faktami nie da się dyskutować? Nawał pracy, podobnie jak w tym okresie w ubiegłym roku, spowodował, że prawie nie zauważyłam, że już nastał grudzień i ten cudowny, ukochany czas oczekiwania na Święta. Pierniki, pierniczki i dania przygotowane z ich wykorzystaniem, które przygotowałam na zlecenie magazynu KUCHNIA, będą chyba jedynymi, które pachniały w mojej kuchni w tym roku. Nie łudzę się, że zdążę z kolejną porcją, ale na szczęście zostało mi trochę tych gwiazdek, wiec z pewnością spotkają swoje przeznaczenie zawisnąwszy na choince. W cichości serca, ale także głośno stukając w klawiaturę, marzę, że będzie mi dane w tym roku zakosztować tej świątecznej magii, która ostatnio w ferworze pracy jakoś przeszła niezauważona. Śniegu w Krakowie jak na lekarstwo, co i tak jest wyolbrzymieniem z mojej strony, ale uzbrajam się w niezłomną wiarę, że sypnie na samo Boże Narodzenie. Potem, jak dla mnie może stopnieć. Pod tę wiarę podpięłabym jeszcze nadzieję, że ulepię uszka, pierogi i knysze. Nie lubię się niepotrzebnie wpędzać w nerwówkę, ale nie da się ukryć, że nieulepieniem dałabym sama sobie dość sążnistego plaszczaka w policzek. Co roku to robię, to moja dola i przyrzekam uroczyście, że wyrzeknę się prezentu spod choinki jeśli tym razem nie uciągnę!

Ostatnie miesiące upłynęły mi pod znakiem deadline’ów i walki z czasem. Obfitowały w stres i ciśnienie, ale również w radość i satysfakcję, że zdążyłam. Ale bardziej, że nie zemdlałam ani razu z nerwów i nie wyrzuciłam w spektakularnym akcie desperacji komputera przez okno;) Nie tylko na gruncie zawodowym, ale i prywatnym dużo się działo i dużo zrozumiałam. Głupio to mówić mając tyle lat, ale mam wrażenie, jakbym w pewnych aspektach (ale tylko tych koniecznych;)), jakkolwiek to brzmi, dojrzała (brrr!), co w rezultacie poczytuję za osobisty sukces:P

Jednym z powodów mojego wytężonego wysiłku była praca nad ilustracjami do książki zwyciężczyni ostatniej edycji programu MasterChef, Dominiki Wójciak (oto książka: klik). Presja czasu była tak ogromna, że obie harowałyśmy w pocie czoła od świtu do zmierzchu, ale mimo napięcia i zdejmującej nas co chwila trwogi, bawiłyśmy się tak przednio, że po skończonej robocie trudno nam się było rozstać;) Nie potrafiłam też nie popadać w zachwyt nad kolejnymi potrawami, które po skończonych zdjęciach przyszło mi kosztować. Stwierdziłam, że chociażbym myślała sto lat, na niektóre zaskakująco pyszne połączenia smakowe i tak bym nie wpadła! Dominika ma ogromną wyobraźnię kulinarną i cieszę się, że dzięki książce może zaprezentować ją szerszemu gronu:) Co do samych fotografii, to oczywiście musiałyśmy się poddać wymogom wydawnictwa i właścicielowi marki MasterChef, ale i tak wiele udało nam się wynegocjować, by jednak zdjęcia mogły bardziej oddawać charakter kuchni Dominiki i posiadać znamiona mojego stylu:) Mam nadzieję, że niebawem będę mogła powiedzieć coś więcej o tej publikacji i zaprezentować chociaż parę zdjęć:)

A tymczasem zapraszam na trochę zimowych i piernikowych zdjęć:) Przepisy oczywiście w magazynie Kuchnia.

piern4 piern1 piern5 piern6 piern2


ostatnie prace, czyli zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia :)

sr5

Dziś serwuję zmasowany atak zdjęć:)

Pyszne rzeczy przyszło mi ostatnimi czasy gotować dla KUCHNI i dla VOYAGE. Była kuchnia portugalska z regionu Alantejo, to dla VOYAGE. Były i wyborne dania na bazie bulionu rybnego, przysmaki z marcepanem i domowy makaron – dla KUCHNI. Koniec więc gadania, zapraszam na zdjęcia:)

sr1 sr2 sr3 sr4 sr6 sr7 sr8 sr9 sr91 sr92 sr93 sr94 sr96 sr97 sr98 sr99


orkiszowa pizza z kurkami

kury2

Pierwsze tegoroczne kurki zakupione tradycyjnie na moim ukochanym stoisku na Kleparzu wykorzystałam do zrobienia wyjątkowo dobrej i zdaje się, że nawet zdrowej pizzy na orkiszowym spodzie pokrytym lekkim sosem na bazie jogurtu. Przepis przygotowałam specjalnie dla portalu He!!o Zdrowie, tam też zapraszam po szczegóły, więc wspięłam się na wyżyny swojej wyobraźni i tak kombinowałam, żeby użyć do tego dania kojarzącego się mimo wszystko z fast foodem, najzdrowszych składników. W końcu nazwa portalu zobowiązuje;)

No i cóż, po raz dwunasty trwam dumnie w moim miesiącu abstynencji. Jako człowiek niestroniący od biesiady, dosyć ciężko zniosłam pierwszy tydzień, ale zawsze sobie powtarzam, że początki są najtrudniejsze. Nie szkodzi, że w drugim i trzecim tygodniu również dorabiam ideologię dla wytłumaczenia sobie dlaczego to taka orka na ugorze. Bo, że ostatni tydzień zakrawa na tzw. masakrę, to się chyba rozumie samo przez się;)

I jeszcze wyznanie prosto z serca. Coraz większa chrapka bierze mnie na dynię. Więc walczę z sobą, bo to dla mnie od lat niezmiennie symbol jesieni i boję się utracić tego melancholijnego wyobrażenia, bo jak powszechnie wiadomo, jestem dość sentymentalną bestią (chociaż ostatnio jakby trochę mi zelżyło na tym polu). Pewnie się złamię, o ta kusicielka ma nade mną tajemną moc, a żeby zwalczyć pokusę trzeba jej po prostu ulec. A w dodatku ileż to już razy na własny użytek wypisywałam tu, na łamach mojego bloga kalumnie jakoby sierpień był wczesną jesienią? Czuję się więc zupełnie rozgrzeszona i z czystym sumieniem mam zamiar pomaszerować po dynię:)

A dziś jeszcze kurki, kumpiak i pizza:)

kury1 kury3


sierpniowa KUCHNIA i ja

u1

Chociażby nie wiem jak ukrywać, ukryć się nie da, że ostatnio mało tu przepisów, a jak już coś, to przedstawiam moje projekty pozablogowe. Co tu dużo mówić, pracy mam sporo, więc niestety blog cierpi. Ale nie zapominam o nim i cały czas mam go w sercu;) Mam nadzieję, że jeszcze przyjdą dla niego tłuste lata! A dziś znów parę słów o moim udziale w najnowszym sierpniowym numerze KUCHNI. Tym razem przygotowywałam desery na bazie ciasta ucieranego z sezonowymi owocami i różnymi ciekawymi dodatkami. Wszystko rozeszło się w tempie błyskawicy, gdyż taka klasyka chyba nigdy się nie nudzi:)

Zapraszam na garść fot z ostatniej sesji, a po przepisy oczywiście do magazynu:)

u2 u3 u4 u5 u6


lipcowa KUCHNIA i ja

czerw1

Od dziś w kioskach dostępna jest już nowa KUCHNIA. Tym razem wzięłam na warsztat beszamel, czyli ładniej nazwaną zasmażkę, mówiąc po mojemu;) Beszamel uwielbiam za jego kremowość i wszechstronność, toteż wieść, że będę miała przyjemność „z nim” współpracować przywitałam szerokim uśmiechem na ustach. No cóż, rewelacyjnie współgrał z moimi ukochanymi kanapkami croque madame, które i bez niego mają milion kalorii, jednak smak i konsystencja beszamelu, mówiąc potocznie, „robi robotę”, robi, że hej, a kalorie jakoś schodzą na drugi plan. Hitem jednak okrzyknięta jednogłośnie przez komisję w składzie ja i szanowny Małżonek, została młoda marchewka i botwinka pieczone w skorupce z grubej soli aromatyzowanej ziołami i skórkami cytrusów. Jak jestem gadatliwa z natury, tak w tym wypadku brakuje mi słów, by oddać głębię smaku tych rarytasów maczanych w sosie na bazie beszamelu:) Przelałam hektolitry mleka, stopiłam kilogramy masła i o mały włos nie doprowadziłam do wybuchu mąki w mojej kuchni, ale przyznać muszę bez bicia, że wszystkie przepisy, z którymi przyszło mi się zmierzyć warte są uwagi (zwłaszcza te marchewki i buraczki – no nie mogę się powstrzymać:)), więc serdecznie zapraszam do nowego numeru miesięcznika:)

I parę fotek, jak nakazuje tradycja:)

czerw2 czerw3 czerw4 czerw5


łosoś ze szparagami

łos3

Tę zacną rybę przygotowałam już dość dawno temu, a konkretnie koło jesieni dla portalu Vers 24. Pierwotnie dodatkiem do niej nie były szparagi, a skorzonera, ale teraz robię małe machniom, bo nie śmiem proponować skorzonery, kiedy sezon na szparagi w rozkwicie! Ogólnie nic wyszukanego, jak to u mnie, ale bardzo smaczna potrawa powstała z połączenia łososia, nazwijmy to szparagów i słodkiej figi.

Wieści z frontu nie mam dziś za dużo, bo ostatnio tylko praca, praca, sporo koncertów z moją kapelą (a raczej występów, bo jak mawia mój stryjek muzyk – pozdrawiam uncle Johnie! – „koncert, to jest w filharmonii”) i co wtorek piwerko – dla zdrowotności, zwłaszcza psychicznej (chętnych zapraszam;)). Z turpistycznych nowinek tylko to, że odezwał się mój rozwalony niegdyś w szkaradny sposób palec i niestety niebawem muszę w związku z tym pójść pod nóż. Ale są i przyjemniejsze sprawy. Mianowicie mój wspomniany band zajął w miniony weekend trzecie miejsce na bardzo fajnym przeglądzie kapel Motorockowisko:) Jest ten fejm;) A na to konto trochę prywaty i nasz krótki filmik ze studia:) Serdecznie zapraszam!

Pieczony łosoś ze szparagami
(2 porcje)

150 g świeżego łososia (filet)
4 ziemniaki
pół pęczka skorzonery
2 figi
skórka i sok z cytryny
2 ząbki czosnku
2 łyżki masła
4 łyżki mleka
2 łyżki miodu
sól, świeżo zmielony czarny pieprz, gałka muszkatołowa
pergamin
pół pęczka posiekanej natki pietruszki

Łączymy sok i skórkę z cytryny ze zmiażdżonymi ząbkami czosnku, solą i pieprzem. Mieszanką tą nacieramy łososia przekrojonego na dwa kawałki i odstawiamy na 15 minut w chłodne miejsce, by ryba wchłonęła smaki.

Skorzonerę obieramy (najlepiej w rękawiczkach, gdyż jej sok może spowodować przebarwienie dłoni) i gotujemy na półtwardo w osolonej i posłodzonej wodzie z dodatkiem odrobiny octu.

Na dużym arkuszu pergaminu (potrzebne będą nam dwa) układamy po kawałku łososia, po parę kawałków skorzonery i po jednej rozkrojonej fidze. Skrapiamy miodem i przyprawiamy. Pergamin szczelnie zwijamy, a pakunki pieczemy przez około 15 minut w mocno rozgrzanym piekarniku. Gotowe danie podajemy z ugotowanymi i przeciśniętymi przez prasę ziemniakami wymieszanymi z masłem, mlekiem, solą, pieprzem oraz gałką muszkatołową. Posypujemy natką pietruszki.

łos2 łos1


czerwcowa ‚Kuchnia’ i ja :)

lody

Nowa, czerwcowa KUCHNIA jest już w sprzedaży, więc serdecznie zapraszam:) Mnie tym razem przypadły w udziale lody! Ucieszyłam się niczym dziecko, gdyż, jak za słodyczami niespecjalnie przepadam, tak lody uwielbiam.

Tym razem nie poszło tak gładko, jak podczas przygotowywania wcześniejszego materiału dla KUCHNI. Ale w ostatecznym rachunku, uważam, że tym lepiej. Po takich sesjach z przygodami zawsze czuję dumę, że mimo przeciwności i walki z czasem udało mi się doprowadzić zdjęcia do szczęśliwego finału. A poza tym, te niespodziewane emocje zawsze wprowadzają element komiczny do traktowanej przeze mnie z pełną powagą pracy;)

Po pierwsze, kiedy przygotowywałam sesję, trwał w najlepsze remont elewacji mojej kamienicy, toteż, jak już wspominałam na łamach mego blogaska, zacni panowie robotnicy pokryli okna ciemnymi foliami zabezpieczającymi szyby przed umorusaniem ich farbą. Pięknie z ich strony, ale mnie w szkodę weszli wielką uniemożliwiając mi dość skutecznie fotografowanie przez egipskie ciemności, które spowodowali. No cóż, była to prawdziwa ekwilibrystyka, ale po generalnym przemeblowaniu w pracowni Męża mego, która była jedynym relatywnie jasnym pomieszczeniem w naszym mieszkaniu, udało mi się rozstawić parę teł i w warunkach partyzancko-polowych dokończyć swoją pracę;) Lody, jak można się domyślić, nie chcą współpracować, a tu jeszcze trzeba było akurat koszyczek święcić i lecieć na ‚obchód po grobach Pańskich’, więc określenie ‚na wariackich papierach’ pasuje do tej sesji jak żadne inne:) No ale! Koniec końców, udało się! A lody były tak nieziemsko dobre, że wynagrodziły mi każdą sekundę sesyjnej nerwówki:)

A poniżej parę moich ulubionych shotów:)

lodi1 lodi3 lodi2 lodi4


sałatka z botwiny

botwa

Niedawno stanęłam przed wyzwaniem przygotowania zdrowej botwinkowej potrawy dla portalu Hello zdrowie. Przyjęłam ją z radością, gdyż buraczki od niedawna, będąc szczerą, są bliskie memu sercu. Postawiłam na dość klasyczne, ale wyjątkowo udane, w moim mniemaniu, połączenie. Trochę słodkości, trochę  pikanterii – to nie może nie zadziałać:)


Kuchnia w maju

kur1

Ze znacznym poślizgiem, biję się w pierś, zapraszam do nowego numeru Magazynu Kuchnia. W związku z tą sesją mój dom przemienił się na kilka dni w prawdziwą, pachnącą piekarnię. Ciasta i chleby rosły na potęgę i momentami wręcz nie mogłam ich ujarzmić, ale muszę przyznać, że przepisy, które otrzymałam od Redakcji były wybitnie świetne i wszystkie wypieki znikały w zastraszającym tempie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Okrągły chlebek z pesto wszedł już na stałe do mojego kulinarnego repertuaru i zdążył obskoczyć parę imprez budząc powszechny zachwyt. Jak dodać, że jego przygotowanie jest banalnie proste, czego zupełnie nie zdradza spektakularny efekt końcowy, to po prostu nie można go nie spróbować:)

kur4 kur2 kur3


Voyage do Szkocji

paski z whisky1

Dziś zapraszam na parę zdjęć, które, wraz z przepisami miałam przyjemność przygotować dla magazynu Voyage. Jak Szkocja, to mroczny klimat i mięsne potrawy – coś w sam raz dla mnie:D Szukanie przepisów na popularne w tym kraju jednogarnkowe dania, a potem fotografowanie tych smakołyków dały mi nadspodziewanie wiele radości. To było zdecydowanie to, co lubię. A same potrawy? Delicje! Przyciężkawe, przytłustawe, ale dalej delicje! Paski wołowiny podsmażone z whisky zawojowały moje podniebienie do szaleństwa, ale duszone warzywa z kiełbasą, gęsty krupnik i jajka po szkocku w chrupiącej skórce także „dały radę” i to bardzo. Zachęcam zatem do lektury magazynu, a tam znajdziecie przepisy i więcej zdjęć:)

scotch broth1 jajka3 stovies2


ciasteczka owsiane z truskawkami

ciacho2

O ile szczerze nie cierpię owsianki – chociaż dawałam jej niejedną szansę, o tyle ciasteczka owsiane podbiły moje podniebienie i nieprzerwanie towarzyszyły mi przez całą jesień i zimę. Do płatków owsianych, jako takich, mimo usilnych prób i naprawdę otwartego serca, nie zdołałam się przekonać. Jednak przeistoczone w cudowny sposób w ciastka zyskują zupełnie nowe oblicze. To aż niewiarygodne, jak pod pływem temperatury te niepozorne ziarenka przepoczwarzają się w istną ambrozję o chrupiącej, złotej skórce i miękkim, lekko ciągnącym się wnętrzu!

Jesienią dorzucałam do nich orzechy włoskie i laskowe, a kiedy za oknem nie topniał śnieg i rozbrzmiewał dźwięk kolęd – przyprawy korzenne, kandyzowaną skórkę pomarańczową albo suszoną żurawinę. Teraz, kiedy nareszcie cieszymy się wiosną, postanowiłam dodać do nich nieco świeżości. Pokrojone drobno truskawki sprawdziły się znakomicie. Wprowadziły kwaskową, orzeźwiającą nutę i sporo smaku wiosny!

A porzucając ten błogi temat i wracając do turpizmu –  ja znów „leżakuję” złożona chorobą. Tym razem rumień guzowaty na nodze. Nie pierwszy w tym roku. Ale na szczęście mam sporo nagotowanego niedawno dosyć dobrego gulaszu, więc głód nam w oko nie zajrzy dopóki się nie wyliżę z tej niemocy. No i wreszcie założyłam Instagram🙂 Jeszcze mało się tam dzieje, bom zupełnie raczkująca, ale planuję wrzucać tzw. bekstejdże oraz jakieś krakowskie i nie-krakowskie migawki, więc serdecznie zapraszam:)

A dzisiejszy przepis wykonałam dla nowego numeru prześlicznego Magazynu Spring Plate pod redakcją wyjątkowo zdolnej Veroniki Grzegorzewskiej. W magazynie jest tak dużo cudownych zdjęć polskich blogerów i blogerek, że po prostu muszę polecić zaglądniecie do tej wiosennej publikacji:)

ciacho1

Ciasteczka owsiane z kosem i truskawkami

200 g miękkiego masła
¾ szklanki cukru trzcinowego
1 jajko
1 łyżeczka esencji waniliowej
1 szklanka mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
2 szklanki płatków owsianych
1 i ½ szklanki wiórków kokosowych
4-5 truskawek
cukier puder do posypania

Masło ubijamy z cukrem na puszysty krem, dodajemy jajko oraz esencję waniliową i mieszamy. Dodajemy mąkę, proszek do pieczenia, sól, płatki owsiane i kokos oraz pokrojone w drobną kostkę truskawki i ponownie dokładnie mieszamy. Powinniśmy otrzymać gęstą, dość lepką masę.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia, a z masy formujemy kulki, które następnie nieco spłaszczamy.

Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180°C przez 12 minut.

Kiedy ciastka przestygną, posypujemy je cukrem pudrem.

ciacho3


Voyage do Tel Awiwu

1 kopia

Dziś znów krótko i nie-przepisowo (chociaż jeden słodki i bardzo prosty koktajl ostatnio udało mi się przygotować i sfotografować. Czeka na swoją kolej:)). Dziś natomiast chciałam pokazać mussachan na plackach z mąki z ciecierzycy, który przygotowałam do materiału o Tel Awiwie dla magazynu Voyage. Jak zwykle, Kinga z bloga Green Morning zajęła się przepisami wegetariańskimi, a ja na warsztat wzięłam mięcho kuraka. Przepis z cyklu prostych i smacznych, tak jak lubię, więc polecam:)

A co do wieści z frontu, to muszę się pożalić, że alergia dała tego roku znać o sobie bardzo wcześnie i otwieranie oczu nie jest obecnie moją mocną stroną. Potwornie opuchnięte powieki i wysypka na policzkach przemieniają moją twarz w oblicze monstrum, dlatego chcąc wyjść na ulicę i ponapawać się wiosną, musiałam się zaprzyjaźnić z ciemnymi okularami, by uniknąć przerażonych mym widokiem okrzyków przechodniów. I serio – nie przesadzam! Przez parę najbliższych tygodni będę się jednak starać znosić to z godnością;)

2 kopia


kwietniowa Kuchnia i ja

ser1

Dla najnowszego numeru Magazynu Kuchnia miałam okazję zmierzyć się z serami i sernikami. Tym razem nie mam żadnych „pikantnych” historyjek z mojego domowego zakładu produkcyjnego, gdyż poszło zadziwiająco gładko. Serniki i ciastka zaproponowane przez Redakcję były wyjątkowo łatwe w przygotowaniu, więc z czystym sercem mogę polecić je nawet początkującym. Moim faworytem, w sam raz na nadchodzące (dość powoli;)) Święta, była pascha, którą o mały figiel byłabym zjadła, zanim wsadziłam masę do formy:)

A poniżej, tradycyjnie, kilka zdjęć z sesji:)

ser2 ser3 ser4 sery5 sery7


‚Kuchnia’ w marcu

marzec3

Magazyn KUCHNIA przeszedł ostatnimi czasy mały lifting i najnowszy numer, który od kilku dni jest do nabycia, to już odświeżona Kuchnia w nowej odsłonie:)

Ja tym razem zmierzyłam się z klasyką, a mianowicie z crème pâtissière. Pomysł Redakcji był taki, by przygotować podstawowy krem cukierniczy, a następnie wykorzystać go do produkcji smakołyków znanych na całym świecie. Były więc eklery, mille-feuille i inne pyszności, które, mając bazowy krem, robi się szybko, łatwo i przyjemnie. Przyjemnie też się zjada – nie będę ukrywać;)

Przygód, jak zwykle, było kilka, ale najboleśniejsza była ta, kiedy zamiast pięknie wyrośniętych eklerków, z piekarnika wyjęłam naleśniki… Okazało się, że nie wystudziłam należycie masy ptysiowej i ciacha ni mniej ni więcej, po prostu klapły! Dlatego jeśli zdecydujecie się skorzystać z przepisów, a tak jak ja jesteście eklerkowymi lajkonikami, nie powtórzcie przypadkiem mojej gafy i dajcie ciastu trochę czasu:) Samego kremu natomiast dwukrotnie musiałam dorabiać. Był tak pyszny, że jedna łyżka trafiała do deserów, a druga wprost do mojej paszczy. Dlatego też nauczona doświadczeniem, polecam przygotować od razu więcej!

Polecam zatem nową Kuchnię, bo tam już zdecydowanie pachnie wiosną! A poniżej parę dodatkowych zdjęć z sesji.

marzec6 marzec1 marzec5 marzec4

Miałam też okazję przygotować zdjęcie promocyjne dla marki TaoTao, z którą również współpracuję:)

marzec2