Archive for Sierpień, 2016

okra curry

okra4

Pamiętam, jak dawno temu, oglądając program kulinarny o kuchni wschodniej, pierwszy raz zobaczyłam okrę. Padło tam stwierdzenie, że, jeśli chodzi o smak, ma coś w sobie z fasolki szparagowej. Wiadomo, jako oddanej wielbicielce fasolki, to zdanie zawładnęło moją wyobraźnią. Poza tym, podczas gotowania, widać było, że wydziela specyficzną, kleistą substancję, a poza tym, jest dość urocza w przekroju – to wszystko złożyło się na przemożną chęć spróbowania okry.

W naszych szerokościach geograficznych, nie jest to jednak warzywo, które leży pierwsze z brzegu na każdym straganie. Jednak pewną część tegorocznego sierpnia przyszło mi spędzić w Albanii, a tam, ku mojemu zaskoczeniu, jest ona pierwszym z brzegu warzywem na każdym straganie, a panie sprzedające chrupią ją na surowo! No to rzuciłam się z torbą i obkupiłam, jakby miał nadejść kataklizm. A po powrocie do domu przerobiłam moją okrę (a raczej to, co z niej pozostało, bo idąc za przykładem albańskich sprzedawczyń, 3/4 zjadłam na surowo) na proste curry, o jakim śniłam od dawna 🙂

okra3 okra6 okra2


miso-phở ramen

ramen

Ramen, ramyun i wszelkie wariacje tej płynnej eksplozji smaków znajdują się na pewno w moim top 5 ulubionego jedzenia ever. Przeszłam wszystkie krakowskie ramenowe lokale, żeby pokosztować i zawsze jak przechodzę koło któregoś, to chociażbym nie wiem jak się spieszyła, muszę wstąpić na szybką zupę noodlową. Generalnie kocham zupy, zwłaszcza na bazie bulionu i żeby były ostre. Ramen spełnia wszystkie te założenia, a w dodatku ma pyszny makaron i tyle różnych aromatów, że nigdy, przenigdy nie mam dość! A i z wariantami można poszaleć, zwłaszcza kiedy robi się w domu. Z ortodoksyjną wersją ma to niewiele wspólnego, ale ja kieruję się głównie własnym smakiem – w końcu to ja to będę konsumować;)

Odkąd w sklepie z azjatycką żywnością nabyłam pastę phở, wszystkie moje rameny to tak po prawdzie miks miso i phở. Pokochałam tę pastę miłością żywą i gorejącą, a jej bogaty, anyżowy smak jest głęboko uzależniający. W jej skład wchodzi rzeczony anyż, cebula, czosnek, chili, kumin, imbir, cynamon, szalotka i olej sojowy. Jak dla mnie, lepiej być nie może!

Dziś, złożona chorobą, zrobiłam wersję najprostszą, bo na więcej kreatywności nie pozwoliła gorączka i noga z alergią (chociaż na dobrą sprawę nogą się nie gotuje;)). Podaję więc mój przepis, chociaż niczego nowego nim nie odkrywam.

Ramen (miso-phở)

400 ml bulionu krewetkowego
(zawsze go róbcie z pancerzy po zjedzonych krewetkach i zamrażajcie, jest boski!)
2 łyżki jasnej pasty miso (shiromiso 白味噌)
1 łyżka pasty phở
1/2 pęczka szczypiorku
1 łyżka wodorostów wakame
1/2 łyżki pasty tamaryndowej
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
błyskawiczny makaron ramen

Podgrzewam bulion. Doprawiam sosem sojowym, rybnym, pastą z tamaryndową i pastą phở.
Wrzucam makaron, glony i szczypiorek i gotuję przez 5 minut.
Na sam koniec, kiedy już wyłączę zupę, dodaję pastę miso i dokładnie ją rozcieram.
Zwykle nie obejdę się bez krewetek, albo chociaż jajka na miękko, ale tym razem musiałam się obejść, gdyż i jedno i drugie wyszło;)


gigantyczne pielmieni z ośmiornicą

ośmiornica1

Ostatnie 10 miesięcy spędził w Polsce mój przyjaciel, tajwański Brazylijczyk – Wu. Dzielimy tę samą pasję – gotowanie i podążanie gdzie bądź za dobrym jedzeniem. Mama Wu jest restauratorką, więc pomimo że on sam kończy doktorat z zakresu metalurgii, kuchnię ma w genach i zdaje się, to jest jego powołanie (czekajcie na naszego food trucka! 😛 ). Teraz, po powrocie do Brazylii, otworzył sushi bar, dla którego miałam dziką przyjemność przygotowywać zdjęcia (a potem zajadać te pyszności, bo Wu to mistrz!) – relacja wkrótce 🙂

Przez te 10 miesięcy, gotowaliśmy więc jak szaleni, odwiedzaliśmy sklepy, targi, miejsca i kraje szukając produktów, przypraw i przepisów. Eksplorowaliśmy zaciekle cały Kraków pod względem kulinarnym, zwłaszcza street foodowym, żeby i tak lądować na jego ukochanym tatarze (jakkolwiek to brzmi ;)), w lokalu „za 8 zł” 😀

Wu nauczył mnie wszystkiego, co sam wie na temat sushi (robiliśmy co najmniej raz na tydzień. O, wspaniałe czasy!) i bbq, które jest w Brazylii wyniesione do rangi sztuki. Jadłam więc ze smakiem, nawet to o co bym siebie nie podejrzewała: kurze serca z czerwonym octem i szałwią, słodkie kości szpikowe i ryby wraz z ościami. Nic nie może się zmarnować!

Wu studiował kuchnię polską. Pokochał żurek do tego stopnia, że w szczytowym momencie kisił po 3 butelki tygodniowo. Masowo produkował ogórki małosolne i lepił ze mną pierogi.

Jednak naszą główną aktywnością było sushi. Wiedząc, że wraca do Brazylii, musiałam się nacieszyć jego mistrzowskimi wyrobami do wiwatu. Jejuniu, ileż mieliśmy radości ze wspólnego gotowania! Czekam już jak na szpilkach, aż znów odwiedzi mnie w listopadzie i wkroczy do mojej kuchni!

Ten długi wstęp był po to, aby wyjaśnić nieco moją nieobecność i poświadczyć, że absolutnie nie rzuciłam gotowania – wręcz przeciwnie, ale także dlatego, by usprawiedliwić obecność ośmiornicy w pielmieniach. Podyktowana była ośmiornicą (a jakże!), która została samotna w garnku, po tym jak Wu wyjechał, nie zdążywszy przerobić jej na sashimi. Nic innego, jak zrządzenie losu sprawiło, że miałam akurat w planach wypróbowanie pierogowego ciasta na bazie mąki kokosowej. No i bum! Połączenie szalone, ale godne naszych wcześniejszych eksperymentów. Ośmiornica nie pójdzie więc na niechybne stracenie, a co więcej – nie będzie zjedzona, ot tak, bez pomysłu, a przerobiona na fuzję Wschodu z jeszcze dalszym Wschodem – pielmieni na orientalną nutę!

ośmiornica2

Podane wyżej składniki, to mój farsz. Ośmiornica dusiła się godzinę pod przykryciem i w niewielkiej ilości wody z dodatkiem czosnku, skórki z limonki, anyżu, cynamonu, kuminu i szczypty soli himalajskiej.
Gotową i ostudzoną pokroiłam drobno. Tak samo cebulę, pieczarki, czosnek, chili i szczypiorek. Przesmażyłam wszystko na niewielkiej ilości oleju kokosowego. Doprawiłam olejem sezamowym i sosami: rybnym i sojowym, dodając nieco wywaru z gotowania ośmiornicy. Farsz wystudziłam.

ciasto:

1 szklanka mąki kokosowej
1 szklanka mąki gryczanej
woda
sól
4 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego

Z tych składników, nie bez walki, zagniotłam ciasto. Nieco się kruszy, więc trzeba kontrolować ilość wody i oleju kokosowego. Gotowe ciasto odłożyłam na pół godziny w pod ściereczką. Po tym czasie wałkowałam cienko, wycinałam koła, a na każde koło nakładałam nieco farszu i zlepiałam jak duże uszka. Próbowałam również małe, ale ciasto nie jest tak sprężyste jak pszenne, a farsz dość wilgotny, co zdecydowanie nie ułatwia sprawy.
Pielmieni gotowałam w dużej ilości osolonej wody, około 5 minut.
Podałam skropione olejem sezamowym, posypane posiekanym chili i natką kolendry z sosem sojowym do zamaczania.

ośmiornica3