Archive for Listopad, 2012

tołpyga z duszoną rukolą

Jak dotąd z tołpygą nie miałam bezpośrednich relacji. Nasłuchałam się natomiast o niej przeróżnych okropieństw. A to, że niezdrowa, a to, że puszkowana za PRL-u zupełnie niejadalna (co wtedy było jadalne…), a to, że obca, nie nasza. Cóż, przyszedł moment, że mając za nic alarmujące przestrogi, podjęłam ryzyko. Nie wiem jakie walory (nie)zdrowotne wniosła ta ryba do mojej diety, ale swoim smakiem zdecydowanie mnie uwiodła.

smażona w mącznej panierce tołpyga z duszoną rukolą
(dla 2 osób)

2 filety z tołpygi
połowa cytryny
2 łyżki mąki pszennej
olej do smażenia
sól, czosnek granulowany, imbir, pieprz cytrynowy

250 g rukoli
2 (lub więcej;)) ząbki czosnku
1 łyżeczka masła
sól & pieprz

Umyte filety tołpygowe posypałam przyprawami, przykryłam plastrami cytryna i wstawiłam na godzinę do lodówki.

Po tym czasie ‚opanierowałam’, a raczej obsypałam rybę mąką i usmażyłam na niewielkiej ilości oleju po parę minut z każdej strony na złoty kolor.

Rozpuściłam na patelni masło, dodałam przyprawy, zmiażdżony czosnek oraz liście rukoli. Udusiłam.

Podałam wespół w zespół 😉

Reklamy

pieczarki zapiekane z kumpiakiem

O tych pysznych pieczarkach już prawie zapomniałam, w tak zamierzchłych czasach uległy spożyciu. Ale nie, doczekały się publikacji i niniejszym przeżywają (chociaż co to za życie?) swoje 5 minut:)

Ich przygotowanie jawi się jako wyjątkowo nieskomplikowane i takie w istocie jest. Jednak wyjątkowy aromat przypieczonego kumpaiku oblanego masłem ziołowym niezwykle przyjemnie i całkiem wykwintnie współgra z soczystą pieczarką. Dlatego tym bardziej warto, chociażby na przegryzkę imprezową:)


Good Food Fest 2012

W zeszły weekend na warszawskim Żoliborzu odbyła się premierowa edycja Good Food Fest. Jet to swego rodzaju połączenie targów żywnościowych i warsztatów kulinarnych. W ciekawie usytuowanym Forcie Sokolnickiego kupcy mieli okazję zaprezentować swoje regionalne, ekologiczne wyroby począwszy od serów, ryb, wędlin i wypieków, a na trunkach skończywszy. Fascynaci gotowania natomiast próbowali swych sił pod okiem zawodowców znanych z telewizji, wykonując specjały kuchni świata.

Mnie w udziale przypadło prowadzenie mikro warsztatów fotografii kulinarnej – było mi niezwykle miło, kiedy zgłosił się do mnie Organizator całego przedsięwzięcia z prośbą o opowiedzenie o tym jak fotografuję i obrabiam zdjęcia, pomimo że nie jestem ani trochę profesjonalnym fotografem. Warsztaty stały się świetną okazją do poznania Blogerów kulinarnych i wymienia się z nimi doświadczeniami i problemami, jakie napotykamy podczas naszej ‚pracy’. Sama wiele się nauczyłam:)

Na Good Food Fest udał się ze mną również G., gdyż razem otrzymaliśmy poważne zadanie zarejestrowania całego wydarzenia i przygotowania paru krótkich ‚filmów promocyjnych’. Zanim filmy będą złożone, zapewne nieco wody w Wiśle upłynie, ale mam nadzieję, że nam się uda pokazać ‚festiwal’ od jak najlepszej strony;)

Uwielbiam Warszawę, więc korzystam z każdej nadarzającej się okazji, by spędzić tam chociaż odrobinę czasu. Tym bardziej więc ucieszyłam się z tego wyjazdu. Wieczorem, po skończonej pracy ruszyliśmy z G. w miasto by poszlajać się po warszawskich przybytkach piwnych. A widok podświetlonego na fioletowo niknącego w gęstej mgle Pałacu Kultury zdecydowanie ubarwił i osłodził tę wyjątkowo zimną noc!


‚filmowa’ jesień II

 

Późna pora, a ja siedzę ciągle przed ekranem (i sobie jeszcze posiedzę;)), gryzę palce, jak to mam w zwyczaju, gdy mnie gryzą nerwy – równowaga musi być! Przeżywam bowiem ostatnio dość burzliwy okres – zawodowo i emocjonalnie. Winne tu jest głównie moje podejście oraz trwający przy mnie wiernie od samego pacholęctwa, a narastający z wiekiem  galopujący brak wiary w siebie. Życie stawia przede mną nowe wyzwania, a ja, miast się cieszyć i przyjmować na klatę, co los daje, oblewam się zimnym potem z góry na dół w dziwnie wyrazistej obawie przed niepowodzeniem na każdym możliwym polu. To właśnie kwintesencja mego charakteru, a widoków na jakieś pozytywne zmiany nie ma. A przynajmniej ja nie przewiduję. Przyzwyczaiłam się do niego, w końcu ciągniemy razem ten kulawy wózek już kilka… dziesiąt lat;)

Pozostając jeszcze na trochę w nostalgicznym klimacie, nim śnieg zmieni go w równie śliczny oszroniony, ale jednak zupełnie inny, zapraszam na mój drugi jesienny film:) Tym razem piosenka i tzw. ‚wykon’ mój. Zdecydowałam się na ten jakże odważny krok z powodu problemów dotyczących praw autorskich z wykorzystywaniem cudzych utworów. To akurat piosnka, którą gramy na występach razem z kapelą, ale swojej młodzieńczej jeszcze ‚twórczości’ posiadam w nutach dość sporo, więc może i jakaś część tej mojej ‚spuścizny’ ujrzy światło dzienne;)

A smyczki i ‚operatorstwo’ zawdzięczam G.:)

Ps. Chciałam jeszcze z radością donieść, iż drogą kupna nabyłam dziś statyw, więc istnieje uzasadniona nadzieja, iż obraz w kolejnych filmach będzie bardziej stabilny:)


jesienna Stróża 2012

Jak co roku. Jesień w Stróży. Bez zbędnego gadania. Dym z ogniska, długie cienie, zimne słońce i nostalgia zamknięta w tych paru słowach.


krewetki w sosie curry

Dziś jedna z moich ulubionych dat wydarzeń historycznych – rocznica upadku Muru Berlińskiego. Nie świętuję jakoś specjalnie, ale zawsze przy tej okazji chętnie oglądam stare zdjęcia z 1989 kiedy to lud wreszcie postawił się reżimowi. Ojciec, który był wtedy parę dni wcześniej w Berlinie mówi, że mimo iż wszystko ‚wyglądało ładnie’, czuć już było na obrzeżach miasta buzującą rewolucję. Czasem żałuję, że sama nie widziałam tego na żywo.Może obejrzę znowu ‚Królika po berlińsku’?

A żeby nie było tak zupełnie poważnie, przygotowałam dziś superaromatyczne i superkolorowe krewetki. Nie przeczę, że najlepsze są w najprostszym wydaniu, przysmażone z czosnkiem, solą, pieprzem, sokiem z cytryny i natką pietruszki, ale czasem nachodzi ochota na jakąś inną wersję. U mnie ta ‚inna wersja’ ogranicza się zwykle do sporządzenia sosu na bazie mleka kokosowego, pasty curry i uduszonej szalotki. Jak dla mnie równie dobre, co klasyka.

krewetki w sosie curry
(dla jednej osoby)

10-15 krewetek (u mnie Black Tiger)
1 szalotka
2 (lub więcej;)) ząbki czosnku
150 ml mleka kokosowego
1 łyżeczka pasty curry (lub przyprawy curry w proszku)
sok z połowy cytryny
1 łyżeczka oleju rzepakowego
sól, czerwony pieprz, suszona natka pietruszki

Świeże lub rozmrożone krewetki pozbawione pancerzy i ‚wnątrza’;) zamarynowałam przez pół godziny w soku z cytryny a następnie podsmażyłam na niewielkiej ilości tłuszczu. Dodałam poszatkowaną szalotkę, zmiażdżone ząbki czosnku i pastę curry. Chwilę poddusiłam, dodałam mleko kokosowe i przyprawy i gotowałam aż sos odparował i zgęstniał (ale nie za długo, by krewetki nie straciły konsystencji).


śledź z granatem

Niedawno, na potrzeby pewnego projektu, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, powtórzyłam mój zeszłoroczny przepis na śledzia z granatem. Myślałam chwilę co by w nim zmodyfikować, co by ulepszyć, jednak pozostałam przy „klasycznej” wersji, w której ubiegłej zimy tak zasmakowałam. Dziś przypominam mój przysmak:)

Przepis tu