Archive for Kwiecień, 2012

tykwa

Taką oto tykwę do parzenia i picia yerba mate otrzymaliśmy niedawno od Brata i Bratowej Gregora, którzy przywieźli ją nam prosto z Argentyny:) Naczynie zostało od razu przetestowane i użyte zgodnie z ‚yerba matowym’ przeznaczeniem, jednak z powodu nieposiadania owych listków obecnie na stanie, z powodzeniem i lubością profanuję mą tykwę parząc w niej szałwię i rumianek:)

Reklamy

ostro-słodka kapusta z szynką szwarcwaldzką

Po latach szczerej niechęci (podsycanej przez mego Oćca;)), jakiś czas temu przekonałam się do kapusty. Lubię ją w zupie, surówką również nie pogardzę. Już nawet nie odwijam gołąbków, tylko spożywam je tak, jak Pan Bóg przykazał. Ale najchętniej przyjmuję ją w postaci zasmażanej. Na słodko. Żeby jednak nie znudzić kubków smakowych stawiam na różne wariacje. Tym razem padło na dodatek chilli i podsmażonej szynki szwarcwaldzkiej. Wątroba się nie ucieszyła, ale udobruchałam ją sporą dawką raphacholinu. Nadprogramową tkankę tłuszczową powstałą po spożyciu potraktowałam natomiast rowerkiem treningowym;)

ostro-słodka kapusta z szynką szwarcwaldzką

główka kapusty
3 cebule
2 małe strączki chilli (lub według uznania;))
100 g szynki szwarcwaldzkiej
zasmażka (zmieszane 2 łyżki mąki, 2 łyżki masła, odrobina ciepłej wody)
1 łyżeczka oliwy
1 łyżeczka koncentratu pomidorowego
sól, czarny i ziołowy pieprz, sproszkowana papryka, 2 łyżki cukru

Kapustę poszatkowałam, zasypałam łyżką soli i odstawiłam. Po ok. pół godzinie spłukałam sól gorącą wodą.

Cebulę pokroiłam w piórka i zrumieniłam na odrobinie oliwy w dużym garnku. Do cebuli wrzuciłam kapustę i dolałam nieco wody i dusiłam pod przykryciem. Gdy kapusta zmiękła dodałam zasmażkę i nadal gotowałam, by pozbyć się smaku surowizny. Następnie dorzuciłam pokrojone chilli, cukier, koncentrat pomidorowy i przyprawy. Dokładnie wymieszałam i gotowałam, aż smaki się połączyły, a kapusta była miękka, ale jędrna.

Pokroiłam szynkę szwarcwaldzką na kawałki, podsmażyłam na suchej patelni i posypałam nimi kapustę.

Smak okazał się bardzo inny od tego, który już znałam – chilli wykonało dobrą robotę, ale trzeba z nim uważać;) Kapusta dobrze sprawdziła się jako dodatek do mięsa, ale również wymieszana ze zwykłym makaronem, tworząc coś na kształt łazanek.


lody bakaliowo-ajerkoniakowe

Sezon lodowy uważam za otwarty:) Co tu dużo gadać, bardzo lubię ten przysmak, z tym zastrzeżeniem, że porcja musi być nieduża. Jest to moje pierwsze podejście do lodów sensu stricto po paru naprawdę udanych zeszłorocznych sorbetach (arbuzowym, bananowym i brzoskwiniowym). Szukałam odpowiednio prostego przepisu, na miarę moich możliwości sprzętowych (czyli braku maszynki do lodów). Taki właśnie zaprezentowała Feeria Smaków. Zachęcił mnie na tyle, że postanowiłam spróbować. Od siebie dodałam bakalie w postaci rodzynek, orzechów arachidowych i pistacji, ponieważ lubię, gdy w lodach coś chrupie:)

lody bakaliowo-ajerkoniakowe

100 ml ajerkoniaku
175 ml mleka
4 łyżki cukru pudru
375 ml śmietanki 36%
dodatkowo: rodzynki, tłuczone orzechy
arachidowe i pistacje

Likier wymieszałam z mlekiem. Schłodzoną śmietankę ubiłam na puszystą pianę, pod koniec ubijania dodałam cukier puder. Następnie delikatnie połączyłam śmietankę z likierem oraz mlekiem i równie delikatnie wmieszałam bakalie.

Przelałam masę do pojemnika i wstawiłam do zamrażalnika na 3 godziny. W trakcie mrożenia parokrotnie mieszałam masę, by ją spulchnić i zapobiec powstawaniu bryłek lodu.


paruchy z czekoladą

Nawarstwiania się spraw i obowiązków ciąg dalszy. Ale staram się walczyć z wrodzonym fatalizmem powtarzając sobie, że nie ma się czym przejmować. Proste, ale powtórzone odpowiednią ilość razy, zadziwiająco skuteczne. I mimo że nadal kompulsywnie skubię palce, to nerwowość jakby mniejsza, jak sobie uświadomię, że w ostatecznym rozrachunku nic tak naprawdę nie jest aż tak ważne, żeby się zamartwiać. Ale koniec tych rozważań w duchu eschatologicznym. Czas zająć się sprawami doczesnymi i obiadem na słodko, który w naszym domostwie jest rzadkością. Ale paruchy z czekoladą (i z klasycznym dodatkiem soli morskiej) są stałym punktem programu, zwłaszcza, gdy zostanie mi nieco drożdży.

A drążąc kwestię nomenklatury, u nas nazywano to danie właśnie paruchami, ale z doświadczenia wiem, że w zależności od regionu można usłyszeć takie wariacje, jak: kluski na parze, buchty, pampuchy czy parowańce. Nie daję głowy, że wszystkie oznaczają to samo, ale istotne jest, że rozchodzi się o coś puszystego i z drożdży;)

paruchy z czekoladą

500 g mąki pszennej
50g drożdży
ok. 200 ml mleka (w zależności ile ‚zabierze’ mąka)
2 łyżki cukru
2 łyżki oleju
odrobina soli

polewa

tabliczka gorzkiej czekolady
2 łyżki słodkiej śmietanki
1 łyżeczka gruboziarnistej soli morskiej

Drożdże rozrobiłam z cukrem, solą, odrobiną mleka i mąki, tworząc zaczyn. Następnie dodałam resztę mąki i mleka oraz dodałam olej. Zagniotłam ciasto i wyrabiałam ręcznie aż stało się elastyczne. Odstawiłam w ciepłe miejsce na pół godziny do wyrośnięcia. Następnie podzieliłam ciasto na równej wielkości kuleczki i ponownie pozwoliłam im wyrosnąć.

Parowałam je na nakładce na garnek przeznaczonej specjalnie do gotowania na parze przez ok. 8 minut pod przykryciem. (Można również układać kluski na gazie zawiązanej nad garnkiem z gorącą wodą).

Aby zrobić polewę, rozpuściłam pokruszoną czekoladę w kąpieli wodnej. Dodałam śmietankę i sól morską i dokładnie wymieszałam.

P.S. Spotkałam się również z przepisami, które zalecają dodanie do ciasta jajek. U mnie jednak taki sposób nie był dotąd praktykowany – czas spróbować:)

Paruchy można jadać na milion sposobów, a oprócz tych najbardziej rozpowszechnionych: z konfiturą lub przyrumienioną na maśle bułką tartą, ja przepadam za ich wersją wytrawną, np. z sosem grzybowym lub gulaszem. Wtedy przypominają mi mój ukochany český houskový knedlík, którego w Rodzinie oprócz mnie nikt nie lubi;)


świąteczna retrospekcja

Krakowskie kramy na Rynku, to miejsce (lub też wydarzenie), którego mogłabym nie opuszczać przez całe Święta. A gdy targi dobiegają końca, smutek napawa moje sjerce i z utęsknieniem czekam na kolejną okazję:) Uwielbiam te warkocze serowe i grillowane oscypki, grzane wino i wszelkie ludowe rękodzieło. Drewniane akcesoria kuchenne i biżuterię i tę atmosferę Święta i wyjątkowości. Lubię też ten rój ludzi przewalający się gwarnie pomiędzy budkami, nawet turyści wpychający się do kolejki specjalnie mi nie przeszkadzają;)

Do naszych tradycji wielkanocnych należy także Emaus i Rękawka, a przede wszystkim obowiązkowy ‚obchód po Grobach Pańskich’ – im więcej, tym lepiej. Tego roku pogoda nieco pokrzyżowała nam plany i nie padł kolejny rekord, ale ustawowe minimum udało nam się wyrobić;)


krem z zielonych warzyw

Po wspaniałych Świętach zostało mi sporo przywiędłej zieleniny – szpinaku, rukoli, bazylii i koperku. Ratując je przed zagładą, stworzyłam z nich energetyczny, zielony krem. Gęsty, ale na tyle lekki, że dobrze sprawdza się w roli poświątecznego panaceum;)

Nie byłabym sobą gdybym nie dodała do tej zupy cebuli i czosnku, więc dodałam;) Zagęszczaczem zostały tym razem ziemniaki.

zielona zupa-krem

pęczek koperku
szklanka liści rukoli
szklanka liści szpinaku
szklanka liści bazylii
3 ziemniaki
2 cebule
4 (lub więcej;)) ząbki czosnku
700 ml bulionu warzywnego
1 łyżeczka oliwy z oliwek
sól & biały pieprz, suszona bazylia

W garnku rozgrzałam oliwę i poddusiłam na niej pokrojono drobno cebulę. Dodałam pokrojone w kostkę ziemniaki i zalałam bulionem. Gdy ziemniaki zmiękły dorzuciłam koperek, szpinak, rukolę i bazylię oraz rozgniecione ząbki czosnku. Przyprawiłam i gotowałam jeszcze chwilę. 3/4 zupy zmiksowałam, a resztę zostawiłam w stanie niezmienionym dla nadania jej faktury.


wszystkiego wielkanocnego/żur

No to Wszystkim wszystkiego wielkanocnego:)

Melduję, że knysze z nadzieniem pieczarkowym upieczono, wafle przekładane masą kajmakową przygnieciono encyklopedią, jajko wydrapano, wywleczono koszyczek i przygotowano do niego wszelkie koszyczkowe wiktuały:)

A główny bohater – żur, czeka przykryty szmatką na swoją kolej. Pewnie się nie pomylę twierdząc, że każdy ma swój przepis na tę zupę, a słyszałam nawet, że w niektórych regionach wcale się ona nie pojawia na wielkanocnym stole (np. na rzecz rosołu;)). Dlatego nie mam zamiaru nikogo namawiać na moją wersję, która zresztą jest dość standardowa. W dodatku za każdym razem zmieniam nieco proporcje mojego zakwasu żurkowego. Nie bójmy się tego powiedzieć – robię go ‚na oko’. Modyfikacje dotyczą głównie ilości czosnku – z roku na rok jego ilość się oczywiście zwiększa skokowo;)

zakwas żurowy

5 łyżek mąki żytniej z pełnego przemiału
5 (lub więcej;)) ząbków czosnku
kawałek podsuszonej skórki chleba żytniego
500 ml przegotowanej, ciepłej wody

Żurek ponoć najlepiej jest przygotowywać w glinianym naczyniu, jednak ja z powodu jego braku posiłkuje się słoikiem.

Do słoika wsypałam mąkę, dodałam drobno pokrojony czosnek, skórkę z chleba i zalałam wodą. Przykryłam bawełnianą ściereczką i mieszałam raz dziennie przez 3 dni. (Pomieszam jeszcze jutro:)). Zakwas powinien być gotowy do użycia po 4 dniach.

Gotowy zakwas dodaję zwykle do bulionu, dodaję jeszcze więcej czosnku i podaję tradycyjnie – z kiełbasą i jajkiem.