przepisy

omlety śniadaniowe

racuchy1

Kiedyś bym prychała z dezaprobatą, a teraz słodkie śniadania to dla mnie normalka. Albo jajko na miękko, ma się rozumieć. Pomysł na to rzuciła mi moja siłkowa koleżanka Pipeta, która spis porannych proteinowych zastrzyków ma w jednym palcu. Trochę pozmieniałam, trochę pokombinowałam i mam swoje obecnie ulubione śniadanie. Zacząć zimny dzień od puszystego, ciepłego i słodkiego placuszka, to prawie tak dobre jak zimne piwo w upalny wieczór!

bezglutenowe omlety śniadaniowe

1 banan
1 jajko
2 łyżeczki stewii
1 łyżka mąki kokosowej

olej kokosowy

masło orzechowe
konfitura z jarzębiny

Banana obrałam i rozgniotłam widelcem. Dodałam rozbełtane jajko, stewię i mąkę kokosową. Dobrze wymieszałam.

Na patelni rozgrzałam odrobinę oleju kokosowego (tłoczonego na zimno, dla smaku) i nakładałam po kopiastej łyżce masy, tworząc placuszki. Smażyłam z obu stron po 2 minuty.

Każdy posmarowałam masłem orzechowym i polałam konfiturą z jarzębiny.

racuchy2

racuchy3


ramen na bulionie z perliczki

makaronik3

Niedawno trafiłam w moim okolicznym sklepie na porcję rosołową z perliczki. Nie trzeba było mnie namawiać, by wylądowała w moim koszyku. Wyposażona w takie działo, już wiedziałam, że będzie ramen. Pognałam więc pomiędzy półkami, by do porcji rosołowej dołączyła kapusta pekińska, kolendra i rzodkiewka. Tak też się stało, a ja wracałam do domu już z głową w chmurach, a raczej garach, myśląc o tym jak gorący i aromatyczny ramen błogo rozlewa się po moich trzewiach.

ramen na bulionie z perliczki

porcja rosołowa z perliczki
1 cebula
1 marchewka
2 pietruszki
5 cm imbiru
6 ząbków czosnku
2 papryczki chili
gwiazdka anyżu
5 goździków
1 kawałek cynamonu
2 łyżki jasnego sosu sojowego
1 łyżka soli
1 łyżeczka cukru kokosowego
woda

suszony makaron alkaliczny

jajko ugotowane na półtwardo
garść wodorostów wakame
4 liście kapusty pekińskiej
pęczek rzodkiewki
pęczek kolendry

Perliczkę wsadziłam do garnka i zalałam wodą. Gotowałam, aż zaczęły pojawiać się szumy, które zdjęłam.

Dodałam marchewkę, pietruszkę, chili, imbir oraz przypaloną na piecu cebulę i czosnek.

Podprażyłam cynamon, goździki i anyż na suchej patelni i również dodałam do garnka.

Doprawiłam solą, cukrem i sosem sojowym i gotowałam na małym ogniu przez 4 godziny. Przecedziłam.

Glony zalałam zimną wodą, a kiedy napęczniały – odcedziłam. Wrzątkiem zalałam makaron i gotowałam przez 5 minut, – również odcedziłam, kapustę pekińską poszatkowałam i zblanszowałam.

Rzodkiew poszatkowałam, przygotowałam listki kolendry.

Do miseczki (miseczek) włożyłam porcję makaronu, zalałam bulionem. Dodałam listki kolendry, rzodkiewkę, kapustę pekińską, glony wakame i połówkę jajka.

makaronik6 makaronik5 makaronik2 makaronik1 makaronik4


smoothie pietruszkowo-grejpfrutowo-aloesowy

napoj2

Wu, kiedy ostatnim razem przybył mnie odwiedzić, nawiózł mi z Brazylii grube i mięsiste liście aloesu. Jako fanatyk medycyny naturalnej, zalecił mi przygotować z nich zdrowotną nalewkę a resztę wsmarowywać w newralgiczne partie ciała celem poprawy ich jędrności. Nie sprzeciwiałam się, ale parę liści zachomikowałam do własnych eksperymentów kulinarnych. A że odporność mam jaką mam, to poczęłam przygotowywać sobie orzeźwiający (jak to w zimie;)) drink ku pokrzepieniu. Smak może wydawać się niektórym kontrowersyjny, mnie jednak przypadł do gustu, a i nie rozdrabniam na miazgę, bo chropowata konsystencja też mi pasuje (jak to smoothie;))!

drink pietruszkowo-grejpfrutowo-aloesowy

1 czerwony grejpfrut
pęczek natki pietruszki
1/3 liścia aloesu
1 łyżka startego imbiru
szczypta chili
2 łyżki stewii

Grejpfruta obrałam, ale nie pozbawiłam białych błonek. Porozrywałam na mniejsze cząstki i wrzuciłam do blendera kielichowego. Następnie dorzuciłam natkę pietruszki, aloes pokrojony na kawałki, imbir, stewię i chili oraz nieco wody.

Miksowałam, aż uzyskałam gęste smoothie, z wyczuwalnymi kawałkami. Wypiłam z dodatkiem kostek lodu.

napoj3 napoj1 napoj4


kim chi

kim-chi2

Przygotowywanie kim chi to swego rodzaju tradycja. Moja i Dorotki (tej, co mi od kuchennych tyranów wymyśla). Spotykamy się, łotamy cydr miodowy, dyskutujemy o sprawach wysokich i siekamy warzywa. Potem następuje ceremonia przygotowania tej ostrej papki, która łączy jarzyny, a potem mieszanie, nacieranie i smakowanie, czy aby nie mdłe.

Tyle z fantastyki. Prawda jest taka, że to Dorotka zwykle robi nasz kim chi, bo ja w tym czasie gotuję coś innego, co nie może zaczekać. Ale asystuję dzielnie Dorotce i walnie wspieram ją słowem. Rzadziej czynem.

Dorotka dobrze wie, gdzie szukać w moich szafkach przypraw i worka z zawsze wysypującą się skrobią ryżową. Pewnie ciśnie jej się na usta: „wewaliłabyś tę skrobię do jakiej puszki, czy jakoś! Nie kopciłoby tak na wszystkie strony!” Jednak strach zwycięża i cała biała jak ta córka młynarza z niezmąconym spokojem miesza przy kapuście.

Kim chi powinno fermentować. Wtedy nabiera właściwości i (ponoć) smaku. Mnie trudno ocenić, bo uwielbiam kiedy wszystko jest jeszcze chrupiące i nie jestem w stanie dać czasu by dojrzało. Zachodzę do lodówki i wyjadam, aż wyjem. Takiego należycie fermentowanego było mi jedynie więc dane pokosztować w koreańskim barze. Domowe nigdy nie może doczekać tego momentu.

Dobrze, nie będę więc kłamać w żywe oczy. Dzisiejsze kim chi, to wytwór Dorotki. Za mój wkład w przedsięwzięcie uznajmy to, że nie przeszkadzałam;)

kim chi by Dorotka

1 kapusta pekińska
2 marchewki
1 biała rzodkiew
pęczek szczypiorku

pasta vel. „papka”

1/2 szklanki wody
2 łyżki skrobi ryżowej
1 łyżeczka cukru
4 starte ząbki czosnku
4 łyżki sosu sojowego
2 łyżki koreańskiej pasty gochujang
3 posiekane papryczki chilli
1 łyżka słodkiej papryki
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki startego imbiru

Kapustę szatkujemy, zalewamy w dużym garnku wodą z solą, przykrywamy obciążonym talerzem i zostawiamy na godzinę.

Przygotowujemy „papkę”. Podgrzewamy wodę ze skrobią i cukrem aż postanie gęsty „kisiel”. Kiedy ostygnie dodajemy resztę składników i dokładnie mieszamy.

Marchew i rzodkiew kroimy w słupki, szczypior na niezbyt małe kawałki.

Odciskamy kapustę, łączymy z warzywami i pastą. Wcieramy pastę dokładnie w warzywa, najlepiej dłońmi w rękawiczkach.

Wkładamy do pojemników lub słoików, zamykamy i odstawiamy na dwa dni w ciepłe miejsce. Po tym czasie powinniśmy zauważyć bąbelki. Wtedy wkładamy słoiki do lodówki i używamy do ryżów, makaronów, zup, jako surówki, lub wyjadamy moim sposobem, zanim jeszcze wszystko zacznie fermentować:P

kim-chi1


grzanki i olomoucké tvarůžky

twaruzek

Dorotka, moja frenda, spędziła ostatni weekend w Brnie. A wiadomo, co należy przywieźć blogerowi kulinarnemu z podróży. Jedzenie;) Dostałam więc paczkę twarożków ołomunieckich, których jestem wielbicielką. Znane są powszechnie jako dość kontrowersyjne i nie da się ukryć, że aromat mają wyjątkowo wyrazisty. Są za to niskokaloryczne, a rozpuszczając się tworzą coś na kształt plastikowej folii, albo andrzejkowego wosku co jakoś dziwnie mnie cieszy.

Swego czasu robiłam z nich zupę serową albo dodawałam do past do smarowania pieczywa. Jednak tym razem zaświtała mi wizja chrupiącej grzanki i tego rozpieczonego wosku. Przepatrzyłam internety sprawdzając, czy czasem ten pomysł to nie szarlataneria i czy już byli śmiałkowie, którzy próbowali takich praktyk. No naturalnie, że próbowali! Pełna animuszu, kompilując to, co znalazłam w sieci, przystąpiłam do dzieła.

grzanki z twarożkiem ołomunieckim

4 twarożki ołomunieckie
4 kromki ulubionego pieczywa
2 łyżki oleju kokosowego
4 ząbki czosnku
1/2 łyżeczka wędzonej papryki
szczypta soli
natka pietruszki

Ząbki czosnku przecisnęłam przez praskę i połączyłam z olejem kokosowym.

Kromki posmarowałam olejem, a następnie ułożyłam na nich serki przekrojone na cieńsze kółka. Posypałam solą i wędzoną papryką.

Zapiekałam 5 minut w piekarniku rozgrzanym do 160 stopni, z termoobiegiem.

Posypałam natką pietruszki.


phở bò

pho1

Jestem wielką fanką tak zwanego „chińczyka”, co w rzeczywistości jest ogólnie przyjętą potoczną nazwą lokali serwujących kuchnię wietnamsko-chińską. Jeśli tylko mają w ofercie phở bò, co niestety, nie wiedzieć czemu, nie jest standardem (przynajmniej w Krakowie), to rzucam się na tę zupę jak wścieknięta. Ubolewam, że nie jest stałym punktem w menu, bo to niemal wietnamska potrawa narodowa, a z pewnością duma tamtejszej kuchni.

Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wykonać własną wersję. Zgódźmy się – oryginał to nie jest, ale namiastka może być bardzo udana. Ja, naturalnie, zawsze robię trochę inaczej, coś dorzucę, coś pominę. Przez pewien czas najmocniejszą stroną mojej zupy była „kupcza” pasta do phở bò, którą nabyłam w lecie w Hamburgu. Służyła mi wiernie i była wspaniała, chociaż to może wstydzior posiłkować się półproduktem. Jednak pasta ta zawierała jedynie naturalne składniki, a w jakoś tak mistrzowsko dobranych proporcjach, że miałam ochotę jeść ją łyżkami. No niestety, wyszła, co było nieuniknione. Więc teraz robię bulion sama.

wietnamska zupa phở bò

500 g wołowiny z kością
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżeczka cukru kokosowego
główka czosnku ze skórką
przepołowiona
1 cebula
4 cm imbiru
1 kawałek cynamonu
3 goździki
2 gwiazdki anyżu

500 g szerokiego makaronu ryżowego

parę listków mięty
parę listków kolendry
posiekany szczypiorek
pędy bambusa pokrojone na cienkie słupki
200 g chudej wołowiny pokrojonej w cienkie plasterki

Mięso wkładamy do garnka, dodajemy sos sojowy. Anyż, goździki i cynamon podprażamy na suchej patelni i dodajemy do garnka. Cebulę, czosnek i pokrojony na grube plastry imbir opalamy i również wkładamy do garnka. Zaczynamy gotować usuwając wszelkie szumy. Dodajemy sos rybny oraz cukier i gotujemy na małym ogniu przez 3 godziny, po czym przecedzamy, by uzyskać czysty wywar.

Makaron namaczamy w gorącej wodzie, zostawiamy na 5 minut i odcedzamy.

Do miseczek wkładamy makaron i po parę plasterków surowej wołowiny. Zalewamy bulionem, w którym mięso się ugotuje. Dodajemy miętę, kolendrę, szczypiorek oraz pędy bambusa.

Doprawiamy sosem sojowym (lub rybnym) oraz ewentualnie sokiem z limonki.

pho3 pho2


bulion z kaczki z makaronem udon

udon2

Chiński Nowy Rok, a ja świętuję japońskim udonem… no w końcu makaron wywodzi się z Chin, c’nie? 😉

Chyba nie ma sensu, żebym kolejny raz rozpisywała się nad tym jak niesamowicie kocham zupy noodlowe. A kocham jak stąd do Azji! Jak się dobrze przyjrzeć, to podstawa mojej diety. Zmieniają się oczywiście rodzaje makaronu, bulionu i dodatki. Żeby nie było nudy. Chociaż nuda, to chyba ostatnie słowo, jakie przychodzi mi do głowy myśląc o pysznym rosole. To nie ma prawa się znudzić.

bulion z kaczki z makaronem udon

porcja rosołowa z kaczki
1 marchew
1 por
1 pietruszka
1 kawałek kory cynamonu
2 gwiazdki anyżu
4 strączki kardamonu
4 ząbki czosnku
2 grzyby shiitake
4 cm imbiru
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka chińskiej mieszanki 5 smaków
1/2 łyżeczki płatków chili
sól himalajska

makaron udon

jajko ugotowane na półtwardo
kiełki fasoli mung
1 płat nori
kolendra
szczypiorek
sezam

Kaczkę wkładamy do dużego garnka. Dodajemy warzywa pokrojone na spore kawałki, imbir pokrojony w plastry, czosnek oraz przyprawy, oprócz sosu sojowego.

Gotujemy na małym ogniu przez około 3 godziny, aż wywar stanie się bardzo esencjonalny, usuwając szumy. Przecedzamy i doprawiamy sosem sojowym.

Oddzielamy mięso z kaczki od kości, rwiemy na kawałki wzdłuż włókien.

Przygotowujemy udon według opisu na opakowaniu. Wkładamy do miseczek. Wkłądamy również mięso. Zalewamy bulionem. Dodajemy połówkę jajka, posiekany szczypiorek, listki kolendry, kiełki, pokrojony na małe kwadraty płat nori, pokrojoną marchew i grzyby shiitake. Posypujemy podprażonym sezamem.

udon1