Archive for Listopad, 2013

Obrazek

epatowanie Świętami, część I ;)

boże


robocizna i pierwsze płatki śniegu

robocizna

Dziś znów szybka klatka strzelona podczas zmiany scenerii do fotografowania. Nie da się ukryć, że już nieco zimowa. Miałam w tym miesiącu masę pracy, ale zdaje się, że jeśli kolejny raz uda mi się wygrać tę nierówną walkę ze ścigającymi terminami, to będzie znacznie więcej tak zwanego luzu. W zanadrzu mam placek marchewkowy ze świątecznymi nutami, który nawet dorobił się kilku zdjęć, więc jeśli okoliczności będą sprzyjać, może i wystąpi na łamach mego skromnego bloga:)

Dziś natomiast, kiedy udawałam się do pracy z torbą pełną instrumentów perkusyjnych dla moich malców (dźwięki wydobywające się z mojej torby sprawiły, że zostałam wzięta za św. Mikołaja z falstartem;)), spadły na mnie pierwsze śniegowe płatki. Sezon epatowania Świętami uważam więc za oficjalnie rozpoczęty!;)


:)

praca

Coraz chłodniej, więc zaczynam się przymierzać do zimowych klimatów:)


orzechy w karmelu

orzechy1

W stróżańskiej hacjendzie moich Rodziców orzech w tym roku obrodził co nie miara. Gdzie się nie postawiło stopy, słychać było w trawie charakterystyczne „chrupnięcie” łamanej łupiny. Takie świeże, wilgotne i brudzące palce podczas zdzierania w pocie czoła nawet reszteczki gorzkiej skórki są narkotycznie wciągające. Ostatnio siedziałm na ziemi wśród stosu orzechów, jak okiem sięgnąć, i zapamiętale wyłuskiwałam słodkie kawałeczki, chociaż i kolor i ból mych palców wołały o pomstę do nieba. Niestety, nie mogłam się powstrzymać:)

O ile Ojce me zacne chętnie eksperymentują z nalewkami i destylatami owocowymi, tak orzechy włoskie nie doczekały się nigdy przerobienia na alkohol, dlatego zwykle lwia ich część ulega zepsuciu. W tym roku, jako że chłód tęgi zawitał w bramy Krakowa, przypomniał mi się zapach unoszący się nad świątecznym jarmarkiem. Zapach korzeni, grogu i orzechów w karmelu. A Matczysko moje, jakby mi w myślach czytało, przekazało mi całą torbę wyłuskanych już orzechów włoskich, do których dorzuciłam zalegające na półce laskowe i nie mniej, ni więcej, usmażyłam je w karmelu. Z solą. Jest to połączenie bardzo popularne (nawet nie wiem, czy czasem moda ta już nie przebrzmiała), ale jakże udane! A to pisząc właśnie delektuję się smakującym świętami orzeszkiem i cieszę się, że tyle ich tego roku uratowałam:)

A tymczasem pracy znowu fura, więc zaciskam zęby i jak mogę staram się znów zdążyć przed ścigającymi mnie terminami. Koniec roku, więc jak zwykle wszystko się nawarstwia. Nawet ja się „nawarstwiam” kolejnymi swetrami, grubymi skarpeciochami i moim ciepłym, wojskowym plaszczem. Myślę nawet nad wygrzebaniem baraniej czapy;)

orzechy2 orzechy3jpg


grenadyna

grenadyna1

Dziś, w rytmie pieśni patriotycznych, zapraszam na parę słów o syropie z granatów:)

Jako dziecko żyjące w PRL-u, nie miałam zbyt wielu okazji, by zetknąć się z owocem granatu. Trudno mi sobie teraz przypomnieć, ale mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że przez długi czas nawet nie wiedziałam o jego istnieniu. Może więc dlatego tak dobrze pamiętam i dobrze wspominam grenadynę. Czerwony eliksir o zniewalającym zapachu, na poły słodki, na poły kwaskowy, rozpuszczany w wodzie, to był prawdziwy rarytas! Nie wiem czy był ogólnodostępny na sklepowych półkach, czy ktoś go nam przywiózł, grunt, że landrynkowy napój, jaki z niego sporządzałam, był istną ambrozją. Albo, dajmy na to, taka herbata z czerwonym, choć granatowym syropem w zimny wieczór… lub też polana nim legumina… mmm, tego się nie zapomina!

Mój Brat jest nałagowym granatożercą, ja, muszę przyznać, również uwielbiam te przezroczyste, pełne smaku ziarenka. Najczęściej wyjadam jak leci, prosto z łupiny lub dodaję do sałatek, ale tym razem zamarzyłam o domowej grenadynie. Nie wyszło mi jej dużo, bo dysponowałam jedynie czterema owocami, ale nawet taka ilość przypomniała mi sok sprzed lat. Na stanie znalazłam jeszcze trzy zielone mandarynki, które, myślę, nie znajdują się w ortodoksyjnej wersji, jednak ich cierpki smak idealnie harmonizował z granatem i równoważył słodycz syropu. Sądzę, że z braku zielonej mandarynki, dodatek innych cytrusów też jak najbardziej mógłby być wskazany.

W przygotowaniu grenadyny nie ma żadnej filozofii, jednak dla pewności zajrzałam do tego przepisu. Cudownie smakuje z wodą mineralną i herbatą, a jeszcze lepiej w napoju zwanym Christmas Beer albo Queen Mary – czyli jako dodatek do piwa. Jest też oczywiście częstym składnikiem różnych innych wyskokowych i niewyskokowych koktajli. Przyda się nawet do deserów, jako słodka i orzeźwiająca polewa.

Ps. A tak w ogóle, nie wiedzieć czemu, strasznie lubię brzmienie słowa „granat”. Pamiętam ten napis na matalowej puszcze w kształcie walca. Taka właśnie stała latami na półce w naszym domu na Topolowej. Nawet długo po tym, jak ją opróżniliśmy. Nie tylko więc syrop traktowałam prawie z czcią, ale samo słowo również dodawało mu sporo magii:)

grenadyna2 grenadyna5 grenadyna4grenadyna3


domowy makaron pappardelle z sosem śmietanowo-kurkowym i boczkiem

kurki6

Grzyby powoli się kończą, więc trzeba się jeszcze nacieszyć. I chociaż wolę maślaki lub podgrzybki, w każdym razie grzyby z tym charakterystycznym klejem, to i kurką nie pogardzę. To, co dziś prezentuję, to klasyka gatunku i bardzo naturalne połączenie. Raczej mało zaskakujące, ale równie mało wysiłku wymagające. Za to wyjątkowo smaczne:)

Przepis pojawił się już w Magazynie Spring Plate, dlatego nie mogło go zaraknąć i tutaj:)

 

Domowy makaron pappardelle z sosem śmietanowo-kurkowym i boczkiem

Makaron

200 g mąki
2 żółtka
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka soli
ciepła woda

Przesiewamy mąkę na stolnicę, solimy i układamy ją w kopiec. Na środku robimy wgłębienie, do którego wlewamy żółtka, oliwę i wodę. Zagniatamy sprężyste ciasto dodając wodę lub mąkę, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Przykrywamy ściereczką i odkładamy na około 20 minut. Po upływie tego czasu posypujemy stolnicę mąką i rozwałkowujemy ciasto bardzo cienko. Kroimy na grube paski. W tym celu można wcześniej zrolować mocno posypane mąką ciasto. Makaron gotujemy w dużej ilości wrzącej, osolonej wody przez 2-3 minuty, w zależności od grubości ciasta.

Sos

30 dkg kurek
10 dkg wędzonego boczku
1 cebula
200 ml śmietany 18%
1 łyżka masła + 1 łyżka mąki na zasmażkę
sól, czarny pieprz
posiekana natka pietruszki

Boczek i cebulę kroimy w drobną kostkę, a grzyby na kawałki. Mniejsze sztuki możemy zostawić w całości. Boczek wrzucamy na mocno rozgrzaną patelnię i czekamy, aż wytopi się z niego tłuszcz. Wtedy dodajemy cebulę i pozwalamy się jej przysmażyć. Następnie dokładamy kurki. Przyprawiamy, dokładnie mieszamy i dusimy pod przykryciem (można dodać odrobinę wody). Gdy grzyby się ugotują, dodajemy śmietanę, jeszcze raz mieszamy i podgrzewamy na dużym ogniu, by sos się zredukował. Jeśli sos okaże się zbyt rzadki, możemy zagęścić go zasmażką przygotowaną z 1 łyżki masła połączonej z 1 łyżką mąki.

Odcedzony makaron podajemy z sosem i posypujemy posiekaną natką pietruszki.

kurki3 kurki4 kurki2


nasze morze 2013

gdańsk2

Fakt, że trochę czasu już minęło od drugiej, wrześniowej części moich wakacji, ale niestety dopiero teraz udało mi się wygrzebać z uporządkowaniem i ocenzurowaniem zdjęć;)

Nie wiem nawet co mam napisać o tych paru dniach spędzonych w Gdańsku i Gdyni i w dodatku wczesną jesienią! Czekałam dwa lata, by znów zobaczyć moje ukochane morze, a jak już je ujrzałam, zachwyciło mnie tak, jak tylko ono potrafi. Gdyby nie to, że pobyt był krótki, a chciałam odwiedzić parę starych kątów, to stałabym całymi dniami na brzegu i wpatrywała się w ten szary i bury horyzont. Sztormowa pogoda tylko podsycała nostalgię, która zawsze towarzyszy mi na naszym wybrzeżu. Lepiej nie mogło być.

Pierwszy raz byłam nad morzem właściwie po sezonie. Brakowało mi tych przewalających się tabunów turystów, które wpisane są w znany mi nadmorski krajobraz i które niezmiernie uwielbiam (wiadomo – tłum, to moje środowisko:)), ale z drugiej strony znikające po kolei budki z pamiątkami i coraz rzadziej wyczuwalny zapach smażalni też miał pewien urok kończącego się lata. Na szczęście nie wszystkie mi pozamykali i przez cały pobyt jadłam flądrę (co zostało uwiecznione na jednym z poniższych fotosów – ja z charakterystycznym „dzióbkiem” i flądrą;)). Zmieniały się tylko dodatki.

Wracając zahaczyliśmy wraz z Gregorem o Warszawę, gdzie w towarzystwie Przyjaciół spędziliśmy równie owocne dwa dni:)

gdańsk1

gdańsk3 gdańsk4 gdańsk5 gdańsk6 gdańsk7 gdańsk8 gdańsk9 gdańsk10 gdańsk11 gdańsk12 gdańsk13 gdańsk14 gdańsk15 gdańsk16 gdańsk17 war