Archive for Styczeń, 2011

pełnoziarniste naleśniki z berlinkami i gęstym sosem śmietanowym

Rozmawiając dziś z Mateńką przez telefon, wyznałam, że nie mam jeszcze pomysłu na obiad. Rodzicielka właśnie przeglądała prasę kobiecą i w którymś z magazynów napatoczyła się na naleśniki z parówkami, dzieląc się ze mną oczywiście znaleziskiem. Jako parówkowy jawnożerca, którego jakoś nigdy nie odstręczały opowieści o rzekomych dodatkach smakowych w postaci sierści, oczu, kopyt i tym podobnych osobliwych ingrediencji użyczonych przez trzodę chlewną, ochoczo przystałam na pomysł:) No nie mogło być niedobre!:)

Składniki (dla 2 osób):

– 4 naleśniki z mąki razowej z kurkumą (mąka razowa, mleko, woda mineralna, jajko od szczęśliwej kurki, sól, kurkuma)

– 3 parówki (berlinki)

– 10 pieczarek

– 2 białe cebule

– 2 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– 150 g śmietany (12%)

– 100 g serka topionego (ementaler)

– łyżeczka oleju rzepakowego

– przyprawy: sól, biały pieprz, gałka muszkatołowa, suszona natka pietruszki

Na rozgrzanym oleju poddusiłam poszatkowaną cebulę i pokrojone w plastry pieczarki. Następnie dodałam śmietanę i serek topiony i gotowałam na małym ogniu aż wszystko przemieniło się w gęsty sos. Na oddzielnej patelni podsmażyłam pokrojone w krążki berlinki i dorzuciłam do sosu. Przyprawiłam czosnkiem, solą, białym pieprzem i świeżą gałką muszkatołową. Sosem polałam naleśniki, posypałam natką pietruszki i podałam z sałatą rzymską.

Reklamy

makaron ryżowy i owoce morza

Wczorajszy obiad był niskokaloryczny, ale pełen aromatu. ‚Odświeżone’ sokiem z limonki morskie żyjątka podrasowane klasycznymi dodatkami w postaci ostrej papryki i czosnku (dobrze by było dołożyć boczku, ale, że piątek, to się powstrzymałam;)), to coś, co lubię raz na czas wszamać . Gregor może trochę mniej, ale nie marudzi:)

Składniki (dla 2 osób):

–  250 g owoców morza (krewetki, pierścienie kalmarów, małże, macki ośmiornic)

– 100  g suchego makaronu ryżowego

– 3 szalotki

– 6 (lub więcej;)) ząbków czosnku

– 1 cm kłącza imbiru

– 1 czuszka

– 1 suszona papryczka chilli lub 1/2 łyżeczki płatków chilli

– 1 łyżka sosu sojowego

– skórka otarta z jednej limonki i jednej cytryny

– sok z połowy limonki

– łyżka oliwy z oliwek

– przyprawy: czerwony pieprz, sól, suszony czosnek niedźwiedzi, suszona natka pietruszki

Na rozgrzaną na patelni oliwę z oliwek wrzuciłam drobno pokrojoną czuszkę, płatki chilli, poszatkowaną szalotkę i czosnek oraz utarty imbir. Gdy wszystko się poddusiło, dodałam sos sojowy, otartą skórkę z limonki i cytryny oraz sok z limonki. Następnie dołożyłam owoce morza i dusiłam około 5 minut. Na koniec dodałam zalany wcześniej wrzątkiem, napęczniały i odcedzony makaron ryżowy. Pozostało tylko dorzucić przyprawy i gotowe:)


tarta z szynką szwarcwaldzką à la quiche lorraine

Nadzienie tarty ma trochę więcej składników niż tylko szynka szwarcwaldzka, ale to ona nadaje charakterystyczny aromat. W tarcie jest natomiast wszystko, co zadowoli NIE-wegetarianina;) Brak za to czosnku, co stanowi wielką rewolucję w mojej kuchni! Ale nie ma strachu, to tylko jednorazowy wybryk:)

Bazowałam na przepisie wypatrzonym kiedyś w programie ‚4 składniki’.

Składniki (dla 4 osób, albo dla 2 wilczogłodnych):

– 1 opakowanie gotowego ciasta francuskiego

– 1/2 kg białej cebuli

– 4 szalotki

– 4 plastry szynki szwarcwaldzkiej

– 20 dkg boczku wędzonego

– 15 dkg utartego miękkiego sera żółtego (np. Edam)

– 4 jajka (od szczęśliwych kurek:))

– przyprawy (czarny pieprz, suszona natka pietruszki)

Boczek i szynkę szwarcwaldzką pokroiłam w drobną kostkę i wysmażyłam na suchej patelni. Gdy się przyrumieniły, dorzuciłam na patelnię pokrojoną w piórka cebulę i szalotkę, posypałam czarnym pieprzem oraz suszoną natka pietruszki i dusiłam wszystko do miękkości. Żaroodporne naczynie wyłożyłam ciastem francuskim, przełożyłam na nie farsz, posypałam wiórkami żółtego sera, a na wierzch wbiłam 4 jajka. Tartę piekłam ok. 20 min w rozgrzanym do 200 st. C piekarniku z termoobiegiem.


staromodne koreczki w nowej odsłonie

W skład moich ‚nowoczesnych’ koreczków wchodzi naleśnik, śmietankowy serek i wędzony łosoś. Lista dość skromna, ale połączenie wprost genialne w swojej prostocie, jak to się mówi:)

Przepis wygrzebało Matczysko w jakim kulinarnym magazynie i z miejsca wszedł do kanonu przekąsek imprezowych. A co więcej, przyjął się był i cieszy niesłabnącą popularnością podczas naszych karnawałowych spotkań:) (np. podczas niedawnej wizyty mojej Chrzestnej i małej impry z tej okazji:)) Przygotowujemy te koreczki na zmianę, raz Matczysko, raz ja. Nowa świecka tradycja, hehe:) Oby trwała jak najdłużej!

Składniki:

Naleśniki:

– 3/4 szklanki mąki pełnoziarnistej

– jedno jajko (od szczęśliwej kurki:))

– ok. pół szklanki gazowanej wody mineralnej

– ok. pół szklanki mleka (lub tyle, by ‚ciasto’ uzyskało konsystencję gęstej śmietany)

– szczypta soli/’warzywka’

Podane składniki połączyłam i zmieszałam przy pomocy trzepaczki kuchennej na jednolitą masę. Smażyłam naleśniki (po jednej chochli ciasta) na rozgrzanej patelni teflonowej, bez dodatku tłuszczu, po ok. 30 sekund z każdej strony.

Farsz i reszta (na 4 naleśniki):

– 200 g wędzonego łososia w plastrach (Salmo salar;))

– 125 g śmietankowego serka (np. Philadelphia, Ostrowia, Turek…:))

– pęczek koperku

– wykałaczki

Przestudzone naleśniki posmarowałam cienką warstwą serka, posypałam poszatkowanym koperkiem. Na to wszystko poszły plastry łososia. Potem wszystko uległo zrolowaniu, pokrojeniu w grube plastry i nabiciu na wykałaczki:)

A wszystkim Babciom i Dziadkom składam życzenia WSZYSTKIEGO BABCIO i DZIADKODNIOWEGO:)


czarcia zupa fasolowa

Ja i moja odporność. A właściwie jej brak. Grypa mnie ‚dościgła’, można się było tego spodziewać;) By ratować nadwątlone zdrowie ugotowałam stawiającą na nogi, rozgrzewającą  i naszpikowaną czosnkiem oraz chilli zupę. Ostra jak brzytwa, celem wytępienia wszelkich drobnoustrojów!

Składniki (na 2 duże porcje):

– ok. 250 g fasoli (Phaseolus) – najlepiej w zalewie, z puszki

– 2 ziemniaki

– pół czerwonej cebuli

– 5 (lub więcej;)) ząbków czosnku

– czerwona papryczka chilli (u mnie suszona) lub płatki chilli suszone

– 2 łyżki sosu sojowo-grzybowego

– ok. 150 g pomidorów pellati

– laska kabanosa drobiowego

– 400 ml bulionu warzywnego

– łyżeczka oliwy

– natka pietruszki (suszona)

– przyprawy: czerwony pieprz, sól, czerwona czubryca, czosnek niedźwiedzi, majeranek, ‚diabelskie korzenie’, curry

Na oliwie poddusiłam poszatkowaną cebulę z pokrojoną drobną papryczką chilli (wraz z pestkami lub bez nich, jak kto woli. Ja z pestkami:)) i przyprawami. Zalałam bulionem i dodałam obrane, pokrojone w kostkę ziemniaki. Gdy ziemniaki zmiękły, dołożyłam odsączoną fasolę, pomidory pellati, rozgnieciony czosnek i sos sojowo-grzybowy. Dla zagęszczenia, 1/3 zupy zblendowałam. Po ok. 15 minutach, pod koniec gotowania wrzuciłam do zupy pokrojony w krążki kabanos drobiowy i suszoną natkę pietruszki.


grzanki mojej Babci zwane tostami francuskimi

Moja Babcia D. przyrządzała takie grzanki mojemu Tacie i jego rodzeństwu gdy byli dziećmi. Mnie smażył je Tata. Wtedy nie wiedziałam, że są to ‚tosty francuskie’, raczej nazywałam je właśnie ‚grzankami Babci’. Jednak jak zwał, tak zwał, były dla mnie wręcz świąteczną ucztą. Bo jak inaczej nazwać chrupiącą, słodką od cukru pudru i aromatyczną od cynamonu ‚skórkę’ w niezwykłym połączeniu z miękkim, rozpływającym się w ustach wnętrzem? Do dziś czasem kuszę się na taką małą, śniadaniową ucztę:)

Składniki (dla 1 osoby):

– 3-4 kromki czerstwego pszennego pieczywa (tostowego)

– 1 jajko

– ok. 100 ml mleka

– esencja waniliowa

– cukier puder

– cynamon

– 1 łyżeczka niesolonego masła (w wersji zdrowotnej, ale mniej pysznej może być olej rzepakowy;))

Jajko należy rozbełtać z mlekiem i esencją waniliową w głębokim talerzu. Następnie powstałą mieszaniną trzeba dobrze nasączyć pieczywo (przez zamaczanie;)) i smażyć każdą kromkę na rozgrzanym maśle (po ok. 2 min. z każdej strony). Gorące grzanki posypuje się cukrem pudrem i cynamonem.

P.S. A jutro urodziny Gregora:)  Już dziś, w tym oto miejscu składam Mu zaoczne i tradycyjne WSZYSTKIEGO URODZINOWEGO:)


karnawałowy chrust od „Śliwy”

„Śliwa”, czyli krakowska Cukiernia Królewska, to lokal z bardzo długą tradycją. Całe moje dzieciństwo jest niejako „naznaczone” przez słodkości z tej ciastkarni. Nigdy nie zapomnę babeczek w kształcie i kolorze zielonych żabek, które, poetycko rzecz ujmując, ubarwiały PRL-owską rzeczywistość;) Zawsze tam kupowało się napoleonki, hiszpany i tort fedory. A z ciast, to najlepszy orzechowiec i kakaowiec. Do dziś mi kawałek Babcia na Boże Narodzenie kupuje.

Pierwszy karnawałowy chrust też musi być od Śliwy. Trochę nadkruszony i nadjedzony, ale trudno mu się oprzeć;)