Archive for Sierpień, 2010

ryż i jajko w koszulce

Od razu, na wstępie przyznam się bez bicia, że przepis na to pyszne danko podpatrzyłam w kuchni.tv, a jego autorem jest Gary Rhodes. Moja wariacja nie prezentowała się tak efektownie, jak wersja oryginalna, ale smak nie pozostawiał żadnych wątpliwości – pyszne!

Składniki (dla 2 osób, za kuchnią.tv):

– 100 g suchego ryżu arborio

– 2 pory

– 2 jaja

– 1 cebula

– bulion warzywny (tyle, by ryż go wchłonął i był ugotowany ‚na lepisto’;))

– 100 g parmezanu

– 2 plastry masdamera

– oliwa/olej

– łyżka pasty czosnkowej/rozkrojony ząbek czosnku

– 2 kromki bagietki

– przyprawy – sól i czarny pieprz

Posiekaną cebulę należy zeszklić na odrobinie tłuszczu, dodać ryż i zalać bulionem. Gdy zawrzy, należy szczelnie przykryć ryż i wstawić na 20 minut do piekarnika rozgrzanego do 200st. C. Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy i dorzucamy pory pokrojone w cienkie plasterki, doprawiamy i podsmażamy. Jajka trzeba ugotować na miękko w koszulkach (najlepiej w dużej ilości wody z dodatkiem octu – wtedy szybciej się ‚zetną’), odcedzić, posypać solą i pieprzem. Do ryżu należy dodać utarty parmezan i pory oraz dokładnie wymieszać. Podajemy w miseczkach na zupę lub naczyniach do sufletów, w następującym szyku: warstwa ryżu, jajko, kolejna warstwa ryżu, plaster masdamera. Całość można wstawić na kilka minut pod rozgrzany grill piekarnikowy, celem rozpuszczenia się wierzchiej warstwy sera. Jako chrupki dodatek występuje grzanka, sporządzona z kromki bagietki nasmarowanej oliwą i pastą czosnkową/przekrojonym ząbkiem czosnku, opieczona na złoto w piekarniku lub opiekaczu do pieczywa.

Moment, w którym przebija się jajko, a jego żółta zawartość oblewa ryż, jest tym, na który warto czekać;)

P.S. Za parę godzin wyjeżdżam na wakacje:) Nad morze:) Planowo, przez 10 dni będę napawać się cudownym widokiem naszego zimnego wybrzeża i smakować efekty porannych połowów. Nie tęsknijcie:);)

Reklamy

zioła

Dawno nie było decoupage’u, dlatego dziś mała robótka w postaci kuchennej łopatki urozmaiconej ziołami. Robiona była (już jaakiś czas temu) jako podarunek dla znajomej mojej Mamy:)

A tak w ogóle, to dziś są urodziny mojej Mateńki, dlatego WSZYSTKIEGO URODZINOWEGO dla Niej:)

Z okazji tego święta odwiedziliśmy Rodziców, a Oni ugościli nas przepysznymi plackami ziemniaczanymi z sosem ze świeżych kurek (dzieło Oćca) oraz biszkoptowym torcikiem z ananasem, galaretką i bitą śmietaną (autorstwa Mamy) – istne delicje:)

P.S. A wczoraj znów byłam w Zakopanem;) Po prostu strasznie lubię to miasto! Tym razem wybrałam się tam tylko na chwilę, a popołudnie spędziłam w towarzystwie Mamy, Babci i Brata Antka. Zjedliśmy tradycyjną rybę z frytkami pod Gubałówką, a jako ‚pamiątkę z wycieczki’, Brat sprezentował mi świetny drewniany ‚rozgniatacz’, który niechybanie znajdzie szerokie zastosowanie w mojej kuchni:)

Natomiast w zeszłą sobotę zwiedzaliśmy z Gregorem Tarnów – niedługo dokumentacja. Zwłaszcza z obiadu;)


nocne muffinki

Niedawno, trochę przypadkowo, z czeluści mojej kuchennej szafy, wydobyłam zapomniane przeze mnie wspaniałe silikonowe foremki do muffinków (tak, preferuję męską wersję nazwy tego ciasteczka), które kiedyś dostałam od Mateńki:) Postanowiłam więc wykorzystać znalezisko i upiec babeczki. Zanim jednak przeszłam od planów do czynów, upłynęło trochę czasu i rozpoczęłam rychtowanie ciasteczek o 23:30;) Z racji pory i pozamykanych sklepów, posiłkowałam się tym, co napotkałam w ‚spiżarni’: zamiast wymarzonych wiśni, dałam też pyszne, bo kwaskowe śliwki, żurawiny, kokos i gorzką czekoladę. Może taki mariaż komuś wydawać się lekką lub większą przesadą, jednak ja miałam ochotę zaszaleć;)

Podstawowy przepis na ciasto muffinkowe znalazłam na wspaniałym blogu kulinarnym Kuchnia Agaty🙂

Ciasto (wg Kuchni Agaty):

1,5 szklanki mąki pszennej

1 szklanka cukru (ja dałam trochę mniej i w dodatku puder, pół na pół z miodem)

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki soli

2 jaja

1/3 szklanki oleju rzepakowego

250g jogurtu naturalnego

Dodatki (po mojemu):

2 łyżki esencji waniliowej

pół tabliczki posiekanej gorzkiej czekolady

2 łyżki wiórków kokosowych

6 pokrojonych w kostkę śliwek

garść żurawin (ja miałam ‚kandyzowane’ w syropie klonowym)

Do jednej miski wsypałam składniki suche: mąkę, cukier, proszek do pieczenia i sól, do drugiej wlałam mokre: jajka, jogurt i olej. Następnie wymieszałam je razem i połączyłam z dodatkami w jednolite ciasto. Masę przelałam do formy muffinkowej i piekłam przez 25 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 st.C. Gotowe wypieki studziłam na kracie a na koniec posypałam babeczki cienką warstwą cukru pudru. Ponoć wybornie smakują z lodami waniliowymi:)

Muffinki były prima sort! Tu podziękowania dla Kuchni Agaty:)

P.S. Ostatnio natrafiłam (oczywiście w internecie) na katalog wspaniałej firmy ubraniowej z Antwerpii, której ciuchory wpasowują się idealnie w mój styl: WARSTWY, falbany, koronki, draperie, wstążeczki, cudne kolory! Piszę o tym, bo to się w moim wypadku nie zdarza – zwykle mało co do mnie przemawia. Ubrania tej firmy są zapewne bardzo kosztowne (a najbliższy sklep w Ołomuńcu – nie omieszkam odwiedzić, tak dla ogólnej erudycji, przy następnej wizycie;)), ale to jest kwestia jak najbardziej drugorzędna, bo i tak nie planuję zakupu. Najważniejsze jest to, że zobaczenie tego katalogu otworzyło mi oczy na ogromny potencjał moich własnych ubrań! Rozpoczęłam więc ochoczo chałupniczą działalność spod znaku przeróbek krawieckich i od dwóch dni szaleję z igłą, nożyczkami i kokardkami:)


wytrawne naleśniki

W ostatni piątek nie mogłam pozbyć się wrażenia, że już jest sobota i cały czas nosiłam się z zamiarem przygotowania na obiad jakiegoś mięska. A kiedy uświadomiłam sobie wreszcie, że oto jednak nastał postny dzień, sytuacja (i zawartość lodówki) nie pozostawiła mi wyboru – naleśniki. Z warzywami.

Z przygotowanego wcześniej ciasta usmażyłam naleśniki, które wypełniłam następnie prostym farszem składającym się z posiekanych, podprażonych i przyprawionych solą i pieprzem pieczarek i cebuli. Oprócz tego nadzienia, w każdym ‚trójkąciku’ (a raczej ‚ćwiartce koła’;)) znalazła się łyżka sosu tatarskiego i plasterek ementalera. A do popitki (przynajmniej w moim wypadku, gdyż propaguję sierpniową abstynencję alkoholową), bezalkoholowy kwas chlebowy:)

P.S. U nas ostatnio ‚aktywnie’…;) Nabyliśmy dywan, spotkaliśmy się z moimi Kuzynkami i ich mężami, zakupiliśmy bilety pociągowe na nasz helski wyjazd, zakończyliśmy teoretyczny kurs przybliżający nas do posiadania prawa jazdy, a ja dodatkowo, podczas ‚honorowej rundy’ po mieście z Chrobotkiem, wyszperałam w moim ukochanym sklepie indyjskim śliczną czarno-złotą bluzkę oraz przewspaniałą spódnicę, na którą czekałam przez całe życie: jest długa, szeroka, falbaniasta, drapowana, warstwowa, z koronkowymi wstawkami, w kolorze, hmm… ‚ciałkowym’ i, co nader istotne, tworzy idealne wprost (w moim mniemaniu) połączenie z nieśmiertelnym elementem mojego wystroju, w postaci czarnych spodni:D Gdyby się przyjrzeć, to prawie wszystkie moje spódnice odznaczają się (sic!;)) podobnymi cechami, no może z wyłączeniem koloru, ale cieszę się z nowego nabytku:) Hyhy, to chyba najdłuższe zdanie jakie wygenerowałam;) A uczyli w szkole, żeby nie tworzyć takich tasiemcowatych bydlaków…


szaszłyki po raz wtóry

Jakoś wyjątkowo lubię przygotowywać szaszłyki. Lubię kroić warzywa i kiełbaskę lub mięso, nabijać na patyczki i za każdym razem tworzyć nieco inną, że tak górnolotnie ujmę, kompozycję. Nie ma możliwości, że coś się nie uda, za to obiad robi się pieronem:) A jak jeszcze wszystko ‚ugrillować’ bez dodatku tłuszczu, to już nic innego, jak tylko same profity.

Moje szaszłyki tym razem składały się z plasterków kiełbasy toruńskiej, cukini, cebuli, zwiniętych w swego rodzaju rulony, podłużnych pasków pora i małych pieczarek. Bez marynaty. Tylko z najprostszymi przyprawami:)

A do tego gotowane ziemniaczki z prażoną cebulką, odrobiną masła czosnkowego, przypiekanymi pieczarkami i klasycznym sosem tatarskim.

P.S. Ostatnie parę dni znów upłynęło nam pod znakiem imprez rodzinnych;) Najpierw zostaliśmy zaproszeni przez Szwagierkę na sushi, zaraz potem złożyliśmy wizytę mojemu Kuzynowi i Jego uroczej Żonie:) Na kolejny dzień przypadały odwiedziny u moich Teściów w Oświęcimiu. A weekend uwieńczyliśmy spotkaniem z przyjaciółmi (Dumnymi i Bladymi;)) w naszym ukochanym krakowskim barze piwnym, który to, ku naszej niepohamowanej radości lub też zagładzie – czas pokaże;), odrodził się jako feniks z popiołów po paru smutnych miesiącach niebytu. Już przesądzone, gdzie spędzimy jesień. I zimę;)


szybki kuskus z warzywami

Bardzo lubię kuskus. Ale czego ja nie lubię (oprócz flaczków – choć wierzę, że i w tej, hmm, materii moje preferencje ulegną kiedyś zmianie)?;) Najchętniej przyrządzam go sobie jako dodatek do jakichś jarzyn. Tak jarsko.

Do mojego kuskusu dodałam przypieczony, a wcześniej zamarynowany w oliwie, miodzie i przyprawach miks warzyw: cukinia (musowo!), por, cebula czosnek. Dla podkreślenia świeżości potrawki były jeszcze kawałki pomidora, które dorzuciłam już po wykonaniu fotografii, dlatego na nich nie figurują;) Całość spryskałam, żeby nie powiedzieć: obryzgałam;),  jogurtem naturalnym i znalazłam jako wyjątkowo orzeźwiającą:)

P.S. Moi Rodzice z Bratem i Babcią wypoczywają sobie na słonecznej Sycylii. A tymczasem ja już nie mogę się w żaden sposób doczekać naszego wyjazdu na Hel. Jestem koszmarnie stęskniona za naszym morzem. I za jesienią. Ale dla mnie jesień na szczęście zaczyna się już w sierpniu. Słońce rzuca już inne cienie i czuć słodko-gorzki ‚zapach nostalgii’ – jak wspaniale ujął to Chrobotek.


zeszłowakacyjne przysmaki znad morza:)

Uświadomiłam sobie, że zawsze, jak gdzieś wyjeżdżamy, to muszę mieć zdjęcie podczas jedzenia;) Odchył jaki, czy co?;) Ale zwyczajnie lubię pamiętać, czego próbowałam w miejscach, w których przyszło mi przepędzać, na ten przykład, wakacje. Sprawia mi radość wspominanie miłych wyjazdowych chwil skojarzonych ze spożywaniem przysmakowych zdobyczy. Dlatego dziś postanowiłam cofnąć się w czasie do naszego ubiegłorocznego urlopu. Kaszuby (ojojoj, jak ja już chcę tam znowu być!): Władysławowo i Trójmiasto. Mój jadłospis składał się, co zrozumiałe i w pełni uzasadnione, w przeważającym stopniu z ryb, no bo jakże inaczej?! Ale, jak widać poniżej, i ziemniak przyozdobiony kwiatem, a wypełniony serkiem żółtym, szyną i sosem jogurtowym ze szczypiorkiem, się omsknął;)

A na drugim zdjęciu moja rozwarta paszcza, występująca na tle niszczyciela ORP Błyskawica, zaraz z rozkoszą skonsumuje, mające, w moim prywatnym rankingu, status nadmorskiej delicji, filety z flądry i z okonia morskiego:)

Smażalnia, tekturkowe, lekko podtłuszczone tacki, plastikowe sztućce, sól w słoiku z podziurawionym wieczkiem, no i, ma się rozumieć, panierowana ryba z frytkami, to dla mnie właśnie TEN klimat, o którym jak pomyślę, to mi się ciepło robi na sercu – ze wzruszenia. Tak mam:) To kwintesencja, żeby nie powiedzieć nadrzędny powód, wyjazdu nad polskie morze;)

P.S. A przedwczoraj gościliśmy u mojej kuynki na przyjęciu z okazji 5-tych urodzin mojej Chrześnicy:)