Archive for Listopad, 2010

andrzejkowe fondue

Z okazji andrzejkowego lania wosku, postanowiliśmy polać i serek:) A jak wiadomo, na konsumpcję serka każda okazja jest dobra:) Podążając za sugestią propagatora polskich produktów, miłośnika kuchni i kucharza, Grzegorza Łapanowskiego, postanowiłam również wesprzeć rodzime serowarstwo, w związku z czym w andrzejkowym fondue szwajcarski gruyère zamieniłam na nasz długodojrzewający bursztyn. Był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę! Słodki, płynny serek złamany alkoholem to idealne połączenie, jak znalazł na andrzejkowy wieczór:)

Nasze andrzejkowe fondue serowe (składniki dla 2 osób):

– 10 dkg utartego sera bursztyn

– 10 dkg utartego sera ementaler

– ząbek czosnku

– pół kieliszka białego wytrawnego wina

– kieliszek wiśniówki lub kirszu (u nas zamiast nich było Fuoco dell’ Etna:D)

– łyżka mąki ziemniaczanej

– przyprawy: sól, biały pieprz

– pieczywo pokrojone w kostkę i przypieczone w piekarniku lub tosterze (u nas chlebek Tramezzini)

Rozgrzałam natarte czosnkiem żeliwne naczynie do fondue, wlałam wino i stopniowo dorzucałam utarte sery. Gdy sery się rozpuściły dolałam do nich mieszankę mąki ziemniaczanej i ‚ognistej lawy Etny’;). Kiedy sery przekształciły się w jednolitą masę, całość doprawiłam i podałam na podgrzewaczu z przypieczonym chlebkiem:)

Na koniec wróżylismy z lanego przez klucz francuski;) wosku… ciekawe rzeczy nam wylazły… tylko nie jestem pewna czy chciałabym, żeby moja wróżba rychło się spełniła;) Może kiedyś…;)


‚multikulturalne’ spaghetti napoli

Ostatnimi czasy cierpię na chroniczny brak czasu na gotowanie. Natłok zajęć każe mi ratować się półproduktami albo gotowymi daniami oraz wspaniałym bigosem mojej Mamy, który czekał w zamrażalniku na ‚czarną godzinę’… Niedawno natomiast, z nieoczekiwaną odsieczą przybyła Babcia racząc nas ogromną porcją domowych krokietów z mięsem i jeszcze pokaźniejszą dawką zasmażanej kapusty. Kamień spadł mi z serca – śmiercią głodową nie sczeźniemy;)

Dziś jednak, przy niedzieli, ugotowałam pyszny, prosty makaron. Napoli. Niezbyt wegetariański, za to z ‚autorskimi’ dodatkami;)

Składniki (na 2 porcje):

– ok. 200 g makaronu spaghetti (u nas śliczne sprężynki fusilli bucati lunghi)

– pomidory pelati  (ok. 300 g)

– 3 kiełbaski berlinki

– pół cebuli

– 3 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– odrobina oliwy

– przyprawy: sól, czarny pieprz, suszone bazylia, oregano i pietruszka

Makaron ugotowałam al dente w osolonej wodzie z dodatkiem soli i oliwy. Również na oliwie poddusiłam poszatkowaną cebulę i czosnek, dodałam pomidory i pokrojone w krążki berlinki. Sos przyprawiłam i gotowałam aż zgęstniał. Podałam z odcedzonym makaronem:)


zapiekanka pasterska lub galicyjska;)

Kiedyś taką jedliśmy w krakowskiej restauracji Chłopskie Jadło. Było to latem i mimo skwaru smakowała wyśmienicie, dlatego spodziewałam się, że jesienną porą jej walory smakowe cudownie się zwielokrotnią. I fakt, taka ciepła, jakby nie patrzeć, przyciężkawa, jednogarnkowa potrawa idealnie sprawdza się podczas chłodów, mgieł i słoty. Pokrojone w duże, nierówne kawałki warzywa i boczek nadają rustykalnego charakteru. Do tego koniecznie kufel spienionego piwa pszenicznego i już wszystko wygląda bardziej galicyjsko;)

Postanowiłam zrobić ją po swojemu.

Składniki (dla 2 osób):

– 4 średnie ziemniaki

– 2 cebule

– 2 jajka ugotowane na twardo

– 20 dkg pieczarek

– 4 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– 10 dkg boczku

– łyżeczka oleju rzepakowego

– natka pietruszki

– przyprawy: sól, czarny pieprz, ostra papryka, czosnek niedźwiedzi, majeranek

Obrane ziemniaki ugotowałam i pokroiłam w grube plastry. Z pokrojonego w spore kawałki boczku wytopiłam tłuszcz i odsączyłam. Na teflonowej patelni o dużej średnicy, na łyżce oleju rzepakowego podsmażyłam pokrojoną w piórka cebulę i posiekany czosnek. Następnie dorzuciłam pokrojone pieczarki oraz plastry ziemniaków i boczek. Gdy potrawa ładnie się przyrumieniła dodałam przyprawy i posypałam pokrojonym w plastry jajkiem na twardo oraz natką pietruszki.

Brak słońca czy chociażby dostatecznie jasnego światła dziennego wybitnie kiepsko wpływa na jakość zdjęć… To jeden z niewielu aspektów jesieni, który nie napawa mnie radością…


jabłecznik ze stróżańskich jabłek i zaległe Święto Niepodległości

Przywiezione ze Stróży, małe, kwaśne, ale pyszne i bardzo aromatyczne jabłuszka postanowiłam przerobić na jabłecznik:)
Przepis znalazłam w  Kwestii Smaku. Wypróbowałam od razu i zachwyciłam się. Teraz tylko taki placek z jabłkami będę piekła! Lekko wytrawny, z rozpływającą się w ustach kruszonką. Po prostu smak jesieni:)

Składniki (na tortownicę):

– ok. 1,5 kilograma jabłek

– 250 g mąki tortowej

– żółtko jednego jajka

– 125 g niesolonego masła

– 1 łyżka gęstej kwaśnej śmietany

– 100 g cukru trzcinowego (lub miodu) i ok. 10 dodatkowych łyżek do posypania jabłek

– 1 łyżeczka proszku do pieczenia

– esencja waniliowa

– cynamon

– cukier puder

– odrobina soku z cytryny

Jabłka obrałam i poszatkowałam w cienkie plasterki a następnie skropiłam sokiem z cytryny. Z mąki, cukru, śmietany, masła, żółtka i esencji waniliowej zagniotłam ciasto. Odstawiłam do lodówki do schłodzenia. Następnie 1/3 ciasta pozostawiłam do zrobienia kruszonki, natomiast resztę rozwałkowałam i przełożyłam do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy. Na cieście rozłożyłam plasterki jabłka, posypałam je cukrem oraz cynamonem a na wierzch starłam na grubych oczkach tarki resztę ciasta, która utworzyła kruszonkę. Placek wstawiłam do lekko nagrzanego piekarnika i piekłam przez 45 minut w temperaturze 180 st.C.

Podałam moją ‚szarlotkę’ posypaną cienką kołderką cukru pudru oraz z gałką orzeźwiającego sorbetu mandarynkowego:)

A wczorajsze Święto Odzyskania Niepodległości spędziliśmy najpierw w gronie Rodziny (w przygotowywaniu obiadu pomagał mi mój niezawodny Brat, Antek, a w porządkach niezawodny Mąż, Gregor:)) a następnie w gronie Przyjaciół i smakowitości zrychtowanych przez Chrobotka. Wszystko w asyście powiewającej polskiej flagi 😀


babie lato w Stróży i… upadek Muru Berlińskiego

Zaraz przed dniem Wszystkich Świętych pojechaliśmy z Rodzicami i Bratem podziwiać jesień w Stróży. Było ognisko z kiełbaskami i chlebem, były ziemniaki pieczone w popiele. Była melancholia i nostalgia. I niewytłumaczalna magia długich cieni.

A głównym fotografem był oczywiście Gregor:)

A dziś, mimo kataru, świętuję rocznicę upadku Muru Berlińskiego:)


krem z zielonego groszku

Wszystko, co teraz robię do jedzenia muszę nazywać ‚jesiennym’;) Dlatego dziś ‚jesienna’ zupa z zielonego groszku w iście wiosennych barwach;)

Piękną mamy jesień w tym roku…

Składniki (na 4 porcje):

– 450 g zielonego groszku (może być mrożony)

– duża biała cebula

– 500 ml bulionu warzywnego

–  250 ml mleka

– 4 (lub więcej;)) ząbki czosnku

– łyżeczka oliwy z oliwek

– sól, czarny pieprz, płatki chili, natka pietruszki

Poszatkowaną cebulę zeszkliłam na łyżeczce oliwy z oliwek, dodałam zielony groszek i całość zalałam bulionem. Gotowałam do momentu gdy groszek stał się miękki. Dodałam rozgnieciony czosnek i przyprawy a następnie zblendowałam wywar zostawiając nieco ‚grudek’ dla urozmaicenia konsystencji. Na końcu uszlachetniłam smak świeżym mlekiem.