Posts tagged “azjatyckie

niu rou mian – rosół wołowy z makaronem (牛肉麵)

Ta zupa, to jest istny killer! Zwłaszcza pośród, delikatnie ujmując, niespecjalnej aury, która spowiła ostatnio Kraków. Jest tak dobra, że ma się ochotę niczego innego już nie jeść, tylko ją na wszystkie posiłki 😀 Zawiera pieprz syczuański i skórkę z mandarynki, które czynią ją absolutnie wyjątkową. Do tego te wszystkie pyszne dodatki, warzywa, smażona skóra z kurczaka (!), domowe kiełki i makaron ryżowy… Serio, 10-litrowy gar, to za mało 😛

Przyznaję bez bicia, że znów gotował głównie Wu, a głównie ja konsumowałam 😀 A po przepis zapraszam na fanpejdż TaoTao!

Reklamy

run bing – tajwańskie burrito (潤餅)

Muszę przyznać, że w większości gotował tym razem Wu. On pamięta ten smak jeszcze z Tajwanu, więc kimże bym była, żeby mu przeszkadzać? 😉 Po przepis zapraszam na profil facebookowy TaoTao, dla której to marki przygotowywaliśmy (my… mhm 😉 ) to burrito. Jest zaskakująco pyszne, a dodatek swego rodzaju jajecznicy i masła orzechowego daje niesamowity efekt. Zasmakowało mi to danie na tyle, że postanowiłam je powtórzyć i zrobić zdjęcia również do książki 🙂


hua jiao bing – tajwańskie bułeczki pieprzowe (胡椒餅)

Tegoroczna jesień wzięła mnie z zaskoczenia. Wziąwszy pod uwagę mój powolny tryb życia, trudno mówić o ferworze wyzwań, ale mimo wszystko, jak na moje standardy tak ostatnio się czuję. Nabyliśmy z Wu vana, czym już się chwaliłam, a w związku z niewładaniem przez Wu naszym ojczystym językiem, wszelkie formalności spadły na mnie. A ja mam do tego dwie lewe ręce, żeby nie powiedzieć nogi (zamiast rąk…) No to zwlekam się co rano i załatwiam ile fabryka dała. A to mechanik mi opowiada, że trzeba wymienić sworzeń, a to wdaję się w dyskusję o uszczelkach z panem z geometrii kół, przybijanie i odkręcanie tablic rejestracyjnych (jak również zdrapywanie pazurami tej rejestracyjnej naklejki na szybę) – to dla mnie chleb powszedni. Nie mówiąc o tym, że goniłam dodatkowo jak z piórem po urzędach, celem zalegalizowania pobytu Wu w Polsce jeszcze na trzy miesiące, bo działamy i trudno nam przestać 😉 Com się więc wysiedziała w biurowcach, to moje. No to gdzieś trzeba zadzwonić? Jakieś pismo wystosować? Gorąco polecam swoje usługi w razie powyższych 😀 Jak pomyślę co przyjdzie mi jeszcze wyczyniać, kiedy rozpoczniemy przeróbkę naszego wozu, żeby był zdatny sprzedawać jedzenie, to włos jeży mi się na głowie 😀 Tak bardzo chciałbym, żeby już wszystko było gotowe, żeby zotała tylko najprzyjemniejsza praca nad logo i identyfikacją wizualną, ale koncepcje ciągle się zmieniają, co i rusz świtają w głowie nowe rozwiązania. I chociaż mamy ciągle tyle do przemyślenia, nie ustajemy w kuchni! Gotujemy, testujemy, szperamy za przepisami i składnikami i próbujemy kontynuować pracę nad naszą książką. Mama Wu przywiozła z Tajwanu kolejną książkę kucharską, więc nie wiem, czy kiedyś ukończymy nasze „dzieło”, bo dania do przeeksperymentowania mnożą się w postępie geometrycznym 😀

Jeden z przepisów, który z pewnością znajdzie miejsce w książce (a może i w foodvanie), miałam przyjemność przedstawić czytelnikom rossmannowego miesięcznika Skarb. Są to rozgrzewające pieprzowe bułeczki, idealne na jesień i to nie tylko dla fanów ostrego, bo wbrew nazwie wcale nie są ostre – różne rodzaje pieprzu nadają jedynie wyjątkowego aromatu. W przepisie podstawowym używa się pieprzu czarnego i białego, ale bardzo popularny jest również dodatek pieprzu syczuańskiego, który, jeśli macie, dodajcie koniecznie, bo uczucie lekkiego mrowienia i znieczulenia języka jest nie do podrobienia :

Po szczegóły zapraszam do drukowanej lub internetowej wersji magazynu Skarb 🙂

http://www.rossmann.pl/skarb/e-wydanie,102017#


tajwański omlet ostrygowy 蚵仔煎

tajwański omlet

Tajwański street food, to moja niesłabnąca miłość. Czegokolwiek by się nie chwycić, to pyszne. Niektóre smaki, czy zapachy można uznać za kontrowersyjne (jak osławione stinky tofu 😛 ), ale przemierzając nocne markety nie można nie pokosztować. Tajwańczycy kochają tekstury. Kochają chrupiące, ale nade wszystko kochają „ciągnące”. Dlatego gumowe kuleczki tapioki zatopione w mlecznej herbacie są ich ukochanym napojem, a skrobia, najczęściej ze słodkich ziemniaków, to standardowy dodatek do potraw, nadający im właśnie tę specyficzną konsystencję. Tak jest z tym omletem – oprócz fazy jajecznej, mamy fazę skrobiową. Do tego ostrygi, warzywa i niesamowity sos, bez którego tajwański omlet nie byłby tajwańskim omletem 😀 Ja poszłam o krok dalej i wewaliłam do niego jeszcze resztkę krewetek, które prosiły się (wręcz błagały!) o zagospodarowanie. Przez to wersja nie jest w stu procentach ortodoksyjna, ale nic nie traci! Raczej zyskuje 😉

Obejrzałam dużo filmików o tajwańskim omlecie na jutubach, ale ostatecznie oparłam się na przepisie z mojej kochanej książki The Food of Taiwan Cathy Erway.

tajwański omlet ostrygowy 蚵仔煎

sos

1/4 szklanki ketchupu
1/4 szklanki octu
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1 łyżka cukru
1 łyżeczka skrobi (najlepiej kukurydzianej)
1/2 szklanki wody

omlet

2 jajka
szczypta soli
szczypta białego pieprzu
1 łyżeczka skrobi ze słodkich ziemniaków
(można z powodzeniem zastąpić skrobią ze zwykłych ziemniaków)
1/4 szklanki wody
4 świeże ostrygi
parę świeżych krewetek
4 liście (czego tam mamy, może być sałata, kapusta pekińska, pok choy…)
posiekana dymka
1 łyżeczka oleju do smażenia

Przygotowujemy sos. Do garnka wkładamy wszystkie składniki oprócz skrobi i wody. Podgrzewamy. Skrobię łączymy z wodą i dodajemy do mikstury chwilkę gotując na małym ogniu, aż sos zgęstnieje.

Jajka łączymy z solą i pieprzem. W oddzielnym naczyniu łączymy skrobię z wodą i dokładnie mieszamy.

Rozgrzewamy olej na patelni. Wrzucamy ostrygi oraz krewetki i smażymy przez 30 sekund. Wlewamy skrobiową miksturę, pozwalamy jej się lekko ściąć, następnie wlewamy jajka, przykrywamy liśćmi porwanymi na mniejsze kawałki i posiekaną dymką. Omlet odwracamy na drugą stronę. Nawet jeśli się rozpadnie, przyklepujemy go trochę i dosmażamy, wtedy powinien się znów połączyć we względną całość 😉

Podajemy z sosem i dodatkową porcją dymki.


tajwańskie zongzi 肉粽

Chińczycy i Tajwańczycy obchodzili przedwczoraj swoje Święto Smoczych Łodzi (端午节), więc na tę okazję przygotowałam dla TaoTao tradycyjnie jedzone w ten dzień pierożki z kleistego ryżu owinięte w liście bananowca – zongzi (肉粽). Są zupełnie niesamowite! Kleisty ryż po ugotowaniu rozpada się zupełnie tworząc swego rodzaju „ciasto”. Środek smakuje przyprawą 5 smaków, a całość przesiąknięta jest aromatem liści bananowca. Niestety, są głęboko uzależniające. Bezskutecznie próbowałam zakończyć na trzech…

Pierwszy raz przygotowywałam je z Wu, pod jego okiem. Od tamtej pory robiłam już kilkukrotnie. Nawet dla jego rodziców, rodowitych Tajwańczyków, w podzięce za użyczenie mi mieszkania na miesiąc 😀

Przygotowanie tej specyficznej sakiewki w kształcie piramidki wymaga nieco wprawy i lubi się to rozłazić, ale sznurek i trochę wprawy załatwia sprawę. Zróbcie koniecznie i pokochajcie je! A po przepis wpadajcie na fanpejdża TaoTao!


ramen na bulionie z perliczki

makaronik3

Niedawno trafiłam w moim okolicznym sklepie na porcję rosołową z perliczki. Nie trzeba było mnie namawiać, by wylądowała w moim koszyku. Wyposażona w takie działo, już wiedziałam, że będzie ramen. Pognałam więc pomiędzy półkami, by do porcji rosołowej dołączyła kapusta pekińska, kolendra i rzodkiewka. Tak też się stało, a ja wracałam do domu już z głową w chmurach, a raczej garach, myśląc o tym jak gorący i aromatyczny ramen błogo rozlewa się po moich trzewiach.

ramen na bulionie z perliczki

porcja rosołowa z perliczki
1 cebula
1 marchewka
2 pietruszki
5 cm imbiru
6 ząbków czosnku
2 papryczki chili
gwiazdka anyżu
5 goździków
1 kawałek cynamonu
2 łyżki jasnego sosu sojowego
1 łyżka soli
1 łyżeczka cukru kokosowego
woda

suszony makaron alkaliczny

jajko ugotowane na półtwardo
garść wodorostów wakame
4 liście kapusty pekińskiej
pęczek rzodkiewki
pęczek kolendry

Perliczkę wsadziłam do garnka i zalałam wodą. Gotowałam, aż zaczęły pojawiać się szumy, które zdjęłam.

Dodałam marchewkę, pietruszkę, chili, imbir oraz przypaloną na piecu cebulę i czosnek.

Podprażyłam cynamon, goździki i anyż na suchej patelni i również dodałam do garnka.

Doprawiłam solą, cukrem i sosem sojowym i gotowałam na małym ogniu przez 4 godziny. Przecedziłam.

Glony zalałam zimną wodą, a kiedy napęczniały – odcedziłam. Wrzątkiem zalałam makaron i gotowałam przez 5 minut, – również odcedziłam, kapustę pekińską poszatkowałam i zblanszowałam.

Rzodkiew poszatkowałam, przygotowałam listki kolendry.

Do miseczki (miseczek) włożyłam porcję makaronu, zalałam bulionem. Dodałam listki kolendry, rzodkiewkę, kapustę pekińską, glony wakame i połówkę jajka.

makaronik6 makaronik5 makaronik2 makaronik1 makaronik4


kim chi

kim-chi2

Przygotowywanie kim chi to swego rodzaju tradycja. Moja i Dorotki (tej, co mi od kuchennych tyranów wymyśla). Spotykamy się, łotamy cydr miodowy, dyskutujemy o sprawach wysokich i siekamy warzywa. Potem następuje ceremonia przygotowania tej ostrej papki, która łączy jarzyny, a potem mieszanie, nacieranie i smakowanie, czy aby nie mdłe.

Tyle z fantastyki. Prawda jest taka, że to Dorotka zwykle robi nasz kim chi, bo ja w tym czasie gotuję coś innego, co nie może zaczekać. Ale asystuję dzielnie Dorotce i walnie wspieram ją słowem. Rzadziej czynem.

Dorotka dobrze wie, gdzie szukać w moich szafkach przypraw i worka z zawsze wysypującą się skrobią ryżową. Pewnie ciśnie jej się na usta: „wewaliłabyś tę skrobię do jakiej puszki, czy jakoś! Nie kopciłoby tak na wszystkie strony!” Jednak strach zwycięża i cała biała jak ta córka młynarza z niezmąconym spokojem miesza przy kapuście.

Kim chi powinno fermentować. Wtedy nabiera właściwości i (ponoć) smaku. Mnie trudno ocenić, bo uwielbiam kiedy wszystko jest jeszcze chrupiące i nie jestem w stanie dać czasu by dojrzało. Zachodzę do lodówki i wyjadam, aż wyjem. Takiego należycie fermentowanego było mi jedynie więc dane pokosztować w koreańskim barze. Domowe nigdy nie może doczekać tego momentu.

Dobrze, nie będę więc kłamać w żywe oczy. Dzisiejsze kim chi, to wytwór Dorotki. Za mój wkład w przedsięwzięcie uznajmy to, że nie przeszkadzałam;)

kim chi by Dorotka

1 kapusta pekińska
2 marchewki
1 biała rzodkiew
pęczek szczypiorku

pasta vel. „papka”

1/2 szklanki wody
2 łyżki skrobi ryżowej
1 łyżeczka cukru
4 starte ząbki czosnku
4 łyżki sosu sojowego
2 łyżki koreańskiej pasty gochujang
3 posiekane papryczki chilli
1 łyżka słodkiej papryki
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki startego imbiru

Kapustę szatkujemy, zalewamy w dużym garnku wodą z solą, przykrywamy obciążonym talerzem i zostawiamy na godzinę.

Przygotowujemy „papkę”. Podgrzewamy wodę ze skrobią i cukrem aż postanie gęsty „kisiel”. Kiedy ostygnie dodajemy resztę składników i dokładnie mieszamy.

Marchew i rzodkiew kroimy w słupki, szczypior na niezbyt małe kawałki.

Odciskamy kapustę, łączymy z warzywami i pastą. Wcieramy pastę dokładnie w warzywa, najlepiej dłońmi w rękawiczkach.

Wkładamy do pojemników lub słoików, zamykamy i odstawiamy na dwa dni w ciepłe miejsce. Po tym czasie powinniśmy zauważyć bąbelki. Wtedy wkładamy słoiki do lodówki i używamy do ryżów, makaronów, zup, jako surówki, lub wyjadamy moim sposobem, zanim jeszcze wszystko zacznie fermentować:P

kim-chi1