Archive for Styczeń, 2014

Voyage do Meksyku

Niedawno miałam okazję przygotowywać kulinarny materiał dla podróżniczego magazynu Voyage. Praca była tym przyjemniejsza, że wykonywałam ją do spółki z Kingą, autorką bloga Green Morning. Kinga jest wegetarianką i z mięsem nie chce mieć nic do czynienia, dlatego też ten ważny składnik kuchni meksykańskiej, która była naszym tematem, wzięłam na swoje bary.

Zatem ode mnie mięcho i krewety, a od Kingi – coś na słodko i coś na ostro:) Dania w każdym razie są iście karnawałowe, więc gorąco polecam! A po przepisy i więcej zdjęć zapraszam oczywiście do lutowego numeru Voyage:)

voyage2

Reklamy

walentynkowa ‚Kuchnia’

kuu2

KUCHNIA w lutym jest wyjątkowo smaczna! Karnawałowa i walentynkowa. Jako że jestem raczej mało romantyczna – ubolewam! – bardzo się ucieszyłam, że tym razem w udziale przypadły mi grzeszne, bo smażone w głębokim tłuszczu przysmaki, a nie kolorowe serduszka;) Tuczące to koszmarnie, ale polecam, bo sama zajadałam się tymi smakołykami, aż mi się uszy trzęsły! Doszłam do wniosku, że raz w roku, w karnawale można zaszaleć. A nawet trzeba! Po przepisy odsyłam oczywiście do magazynu:) A dla tych, co lubują się w serduszkowych i słodszych klimatach również w nowym numerze się sporo znajdzie:)

A poniżej tradycyjnie parę ujęć z sesji:)

kuu3 kuu4 kuu5 kuu6 kuu1


czekoladowe łyżeczki

łyżeczki czekoladowe1

W Krakowie zima nadal nie zaszczyciła nas swoją obecnością. Sama nie wierzę, że to piszę, ale teraz to już chyba wolałabym wiosnę, nawet kosztem pominięcia śniegu. Śnieg, to ja lubię na Święta. I mam tu na myśli Boże Narodzenie;) Teraz już mi nie zależy. I chociaż temperatura, jak dla mnie, panuje wymarzona, to – dziwnie mi to pisać – chciałabym trochę słońca na ołowianym niebie.

Zimy nie ma, ale od tak dawna marzyłam o zimowych czekoladowych łyżeczkach do rozpuszczania w gorącym mleku, które już dość dawno zauroczyły mnie na blogu Call Me Cupcake, że przymknęłam oko na fakt, że rogrzanie po powrocie z pracy czy zakupów nie jest mi konieczne. Niby nic, przepis w zasadzie żaden, bo cóż to za filozofia rozpuścić trochę czekolady? A jednak cieszy. Cieszy swoją urodą, a jeszcze bardziej tym, jak po zanużeniu w mleku zmienia je w gorącą czekoladę.

łyżeczki czekoladowe2 łyżeczki czekoladowe5 łyżeczki czekoladowe4 łyżeczki czekoladowe3


wiśnie w czekoladzie

wiśnie4

Wiśnie się wyczekały. I to bardzo. Raczyłam się nimi bez opamiętania grubo przed Świętami, ale nie było okazji wspomnieć o nich tutaj. Cóż, klimat zdjęć nie pozostawia złudzeń co do tego, że miały znaleźć się tu nieco wcześniej. Są natomiast później i co im zrobicie?;)
Pyszne, soczyste wiśnie przesycone alkoholem ostały się po pędzonej przez Oćca latem wiśniówce, po której również pozostało już tylko wspomnienie. Mgliste, choć w odcieniach purpury. Wisienki mają jednak ten niezaprzeczalny plus, że i nimi idzie się nabombić, a w dodatku jest w co wbić ząb. Są niezwykle mięsiste i pełne letnich aromatów, a jak jeszcze je oblać czekoladą, to nawet nie chcę mówić!
Jeśli więc dysponujecie zapasem alkoholizowanych wiśni, koniecznie zamoczcie je w płynnym przysmaku Montezumy;) To zdecydowanie przysmak godny bogów;)

wisienki1 wiśnie3

 


retro

retro

Dziś pracuję w takich retro-klimatach :))
Przy okazji przedstawiam trochę mojej Rodziny: ten wąsacz na pierwszym planie, to Pradziadek Antoni. Widać też Prababcię Kasię, Dziadka Zbyszka jako niemowlaka i Babcię Danusię. Nawet Ociec mój i Stryk z czasów pacholęcych się załapali:)


praca, praca

pom z imbirem1c

No i przyszedł Nowy Rok. O dziwo kiedy odchodził Stary, nie lamentowałam i nie rozrywałam szat, jak to miewałam drzewiej w zwyczaju. Nie robiłam żadnych podsumowań, a tym bardziej postanowień. Wreszcie nie czuję tego przymusu „oczekiwania na coś”, „przygotowywania się”, chociaż wcześniej taki stan mnie cieszył.

Święta były cudowne. Pyszna (to nie tylko moje zdanie;)) wigilia u nas, tradycyjna pasterka i równie tradycyjne rodzinne kolędowe muzykowanie w ubiegły weekend. Nie wiem czy to brak śniegu odbiera Bożemu Narodzeniu odrobinę magii, czy dorosłość (żeby nie powiedzieć podstarzałość), ale mimo że trudno mi nawet przed samą sobą przyznać, to okołoświąteczne doznania nie są już tak intensywne jak dawniej. Nie jest tak, że nie cieszę się tym całym pachnącym cynamonem i dźwięczącym dzwoneczkami zamieszaniem. Uwielbiam je i robię literalnie wszystko by wycisnąć całą „magię” z każdego aspektu Świąt. Ale mam wrażenie, że to już jednak nie to samo. A co gorsza, wydaje mi się, że moja postawa jest nie tyle normalna, co wręcz naturalna (sic!). I chociaż oczywiście trochę zwiesiłam nos na kwintę kiedy Święta minęły, to jednak jakoś gładko przeszłam nad tym faktem do porządku dziennego i było mi lżej. Lżej niż dawniej. Dziwnie, ale lżej.

Porzucając ten, tak czy siak nieco nostalgiczny ton, wracam do spraw bieżących. Ostatnio nie mam zbyt wiele czasu na blogowanie, nad czym ubolewam, za to udało mi się go trochę wykroić, by zrealizować kilka bardzo ciekawych zleconych sesji fotograficznych. Jedną z niedawno zakończonych była ta dla firmy Scandic Food (dla marki dżemów Owocowa Rozkosz, które szczerze mogę polecić, nie tylko ze względu na wyborność, ale również ciekawe, a nieraz bardzo zaskakujące połączenia smakowe:)). Ze zdjęciem, które dziś prezentuję najdłużej walczyłam (a konkretnie to z gofrem), więc uznałam, że to właśnie ono zasługuje na to, by być ilustracją do tej opowiastki;)

A jako, że mamy już ten Nowy Rok, życzę Wam wszystkiego noworocznego:)