‘kaszotto’ z borowikami

Suszone borowiki godnie zastępują w tym ultra rustykalnym daniu świeże, o które teraz raczej trudno. Do zalet wersji suszonej należy również wspaniały płyn, który tworzy się podczas ich moczenia przed obróbką termiczną. Można wykorzystać go jako bazę do zupy grzybowej, lub jak ja, dolać do ‘kaszotto’. Taki właśnie kaszowo-borowikowy specyjał, to ostatnio moje dyżurne jedzenie. Jednak będę prawdopodobnie zmuszona do ograniczenia się, albowiem ten niebiański smak przyprawia mnie o skok ciśnienia i palpitacje serca! I ja wcale nie żartuję;) Kto raz spróbuje, ten przejrzy na oczy, zapragnie odrzucić każde inne pożywienie i podąży ścieżką borowikowej kaszy;)

‘kaszotto’ z borowikami

woreczek (100g) kaszy jęczmiennej perłowej

2-3 garści suszonych borowików (mogą być oczywiście inne grzyby)

1 duża cebula

500 ml bulionu warzywnego (lub grzybowego)

50 g tartego parmezanu

1 łyżka oliwy (u mnie aromatyzowana jałowcem i rozmarynem)

tłuczony czarny pieprz

Namoczyłam grzyby (na 2 h) w niewielkiej ilości wody, którą po odciśnięciu grzybów zachowałam.

Cebulę pokroiłam w bardzo drobną kostkę. Przyrumieniłam ją na łyżce oliwy.

Do cebuli wsypałam kaszę i wymieszałam tak, by każde ziarno pokryło się tłuszczem. Dolałam pokrojone w kawałki grzyby, płyn z moczenia grzybów, oraz 1/4 bulionu, wymieszałam. ‘Kaszotto’ gotowałam na małej mocy często mieszając i dodając co jakiś czas po 1/4 bulionu, aż do momentu, kiedy kasza wchłonęła płyn. Na sam koniec wmieszałam do potrawy tarty parmezan i doprawiłam pieprzem.

Dodaj komentarz

Filed under jedzonko, przepisy

pączki, pączki…

Ilość, nie bójmy się tego powiedzieć, dość symboliczna, tak tylko by uczynić zadość tradycji. Nawet przepis ten sam, co ubiegłego roku. W naszej Rodzinie akurat pączki nie cieszą się jakąś zawrotną popularnością, chociaż w ten jeden dzień nikt nie unika obowiązku skonsumowania przynajmniej jednego. Bywa, że jak kto się rozochoci, to i dwa wchłonie. Historia naszej Rodziny zna i takie sporadyczne przypadki:)

Tym razem nadzieniem jest dżem truskawkowy, a ta najmniejsza sztuka, to dla mnie:)

Dodaj komentarz

Filed under jedzonko, przepisy

bułeczki czosnkowe

W Krakowie nastał szczęsny czas dla rzeszy młodzieży szkolnej – ferie!

Rok temu narodziła się świecka tradycja, że mój Brat zasiedla nasze domostwo na przynajmniej jeden feriowy dzień (i noc). Tradycją również jest pieczenie wtedy, jak nazwa wskazuje, pieczywa:) Poprzednim razem był to pikantny chleb z prażoną cebulką, a teraz wybór padł na wyjątkowo wyborne bułeczki z czosnkiem. Nie mogłam im przepuścić! Rzadko jadam białe pieczywo, ale w tym wypadku nie miałam skrupułów i skonsumowałam kompulsywnie pół świeżej, wyjętej prosto z pieca bułeczki.

Bułeczki, wyłączając czas oczekiwania aż drożdże zrobią swoje, przyrządza się niezwykle łatwo i szybko, a dodatek masła czosnkowego… jest wystarczającą rekomendacją:)

bułeczki czosnkowe
(z moimi niewielkimi modyfikacjami)

ok. 250 g mąki tortowej

10 g świeżych drożdży

1 łyżka cukru

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka oliwy z oliwek (aromatyzowanej czosnkiem)

ok. 200 ml mleka

nadzienie

3 łyżki masła

6-8 (lub więcej;)) ząbków czosnku

sól, pieprz, suszona natka pietruszki

Drożdże rozpuściłam z cukrem, solą i odrobiną mleka. Dodałam pozostałe składniki i zarobiłam ciasto. Wyrabiałam, aż stało się gładkie i sprężyste. Odstawiłam na 1,5 godziny w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

Przygotowałam nadzienie: miękkie masło zmieszałam z przeciśniętym przez praskę czosnkiem, przyprawami oraz natką pietruszki.

Z wyrośniętego cista uformowałam niewielkie bułeczki, każdą spłaszczyłam, podwinęłam od spodu formując podłużny kształt. Bułeczki rozłożyłam na blasze łączeniem do dołu. Pozostawiłam je na kolejne 30 minut. Po tym czasie każdą bułeczkę posmarowałam oliwą czosnkową, nacięłam ostrym nożem, i napełniłam nadzieniem za pomocą szprycki (można również użyć naciętego woreczka foliowego).

Piekłam bułeczki w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C przez 15 minut.

2 komentarzy

Filed under jedzonko, przepisy

kanapki ’4 sery’ + liczi

Każdy wie, że ser to moja miłość. A im więcej (rodzajów) sera, tym oczywiście lepiej:) Tym razem słodkim dodatkiem było liczi, które od paru dni czekało w lodówce na swoje przeznaczenie. To połączenie nie było mi dotąd znane, jednak nie wydawało mi się również nazbyt ryzykowne, gdyż wszystko, co słodkie dodane do sera zawsze i bezspornie dogadza mojemu podniebieniu. Zaskoczenia więc nie było;)

A u nas nadal zimno. Nie cierpię już jednak z tego powodu tak bardzo i wydaje mi się, że powoli zaczynam się przyzwyczajać do tych mrozów. Nawet wyjęłam lżejszy płaszcz! A co więcej, chodzę w nim! Co prawda spod spodu wyzierają kolejne warstwy bluzek i swetrów, ale jednak cieńszy płaszcz jest w użyciu. A w tv obiecują, że będzie cieplej;)

kanapki ’4 sery’ + liczi

kromki ciemnego pieczywa

bryndza owcza

twarożek z rzodkiewką i cebulką (mojej Mamy:))

ricotta

lazur

owoce liczi

sos jogurtowo-czosnkowy (z mieloną papryką)

grubo zmielony pieprz, ew. listki mięty

Wszystko po kolei na kanapkę i voilà:)

 

3 komentarzy

Filed under jedzonko, przepisy

sycąca sałatka z różnościami i wspomnienia

Wczoraj po pracy (a że pracuję krótko, to i godzina była dość wczesna, a mianowicie 11.) postanowiłam odwiedzić Dom Rodzinny i przejść się po mieście. Jadąc tramwajem minęłam okolicę, w której mieszkałam w latach 90-tych. Pod wpływem impulsu zerwałam się z miejsca i w ostatniej chwili wysiadłam na najbliższym przystanku. To tak niedaleko od centrum, a nie odwiedzałam tej okolicy od lat. Nie miałam po co. Szłam swoją dawną ulicą poprzez oślepiające promienie słońca i czułam się, jakby nic się nie zmieniło, jakby te 15 lat gdzieś się rozpłynęło. Pojawiło się oczywiście parę dodatkowych sklepów, a na krajobraz znacząco wpływa również niedawno odnowiony gmach opery, ale mimo tego wydawało mi się, że wracam ze szkoły i zaraz skręcę do znajomej bramy. Wejścia do niej teraz strzeże domofon, a i nasze nazwisko tam nie widnieje. Najbardziej jednak uderzył mnie widok ‘naszego’ sklepiku ze wszystkim – tak samo zaparowane szyby i niezmieniony od wtedy szyld ‘otwarte’, nawet nie wyblakł. Właśnie tam całą grupą kupowaliśmy Hubbę Bubbę w hurtowych ilościach, tam Rodzice wysyłali nas po proszek do prania, jeśli akurat się skończył, a my znów, udawaliśmy się całą delegacją w celu jego nabycia. Nie mogłam się pozbyć rosnącej w przełyku guli wzruszenia;) I chociaż mróz niemiłosiernie szczypał mnie w policzki, mimo że coraz ciaśniej związywałam futrzany kaptur, to jednak wydobyłam zgrabiałymi rękami aparat fotograficzny i nie odmówiłam sobie przyjemności uwiecznienia mojej kochanej ulicy młodych lat w tej zimowej aurze, z tymi gołymi gałęziami, skąpanej w słońcu:)

Po takich dzikich emocjach nie dziwne, że człowiek zgłodniał;) Z odsieczą przyszła pyszna i bardzo pożywna, bo naszpikowana niezliczoną ilością dodatków, sałata.

sałata z różnościami

opakowanie miksu sałat

marynowany i grillowany schab pokrojony na kawałki

płaty wędzonego łososia

pomidor pokrojony ‘w ósemki’

ser żółty (wyrazisty) pokrojony w kostkę

serek wiejski wymieszany z 1 (lub więcej;)) ząbkiem czosnku,
pieprzem, solą i ostrą papryką

No cóż, wmieszałam wszystkie składniki i zajadałam:)

 

Dodaj komentarz

Filed under jedzonko, przepisy

gulasz z jelenia

Wyobrażam sobie, że przygotowanie prawdziwego gulaszu (w polskim rozumieniu tego słowa) jest swego rodzaju sztuką. Ale ja nie jestem ortodoksyjna i moje gulasze gotuję w najprostszy sposób. A tak właściwie, to gotują się same. Długo i na małym ‘ogniu’. Jeśli tylko mięso jest dobrej jakości, nie może się nie udać. Ja do mojego mięsa dodałam zielony groszek i ogórki kiszone, dla zrównoważenia nieco słodkawego smaku mięsa jelenia.

Mój gulasz wyszedł bardzo zimowy, jeśli można tak powiedzieć o jedzeniu. Ukoił moje zmarznięte trzewia, kiedy zajadałam go ze smakiem w moim ulubionym domowym kąciku.

gulasz z jelenia

600 g mięsa jelenia (u mnie polędwica)

2 cebule

150 g zielonego groszku (mrożonego lub konserwowego)

2 kiszone ogórki

3 (lub więcej;)) ząbki czosnku

150 ml czerwonego wytrawnego wina

łyżeczka oleju rzepakowego

sól, czarny pieprz, sproszkowana ostra papryka, parę liści laurowych,
nieco ziela angielskiego i owoców jałowca

Mięso pokroiłam w niewielką kostkę, cebulę natomiast w piórka. Mięso i cebulę wrzuciłam na rozgrzany olej, dodałam czosnek oraz przyprawy i nieco podsmażyłam. Kiedy mięso zbrązowiało, dodałam wino i dusiłam przez 40 minut pod przykryciem. Następnie dosypałam zielony groszek i pokrojone w drobną kostkę kiszone ogórki, dusiłam kolejne 15 minut do momentu aż mięso zmiękło, a sos się dobrze połączył i zgęstniał.

Najlepsze z tłuczonymi ziemniakami i gotowaną marchwią lub z ciemnym pieczywem i czerwonym winem:)

 

6 komentarzy

Filed under jedzonko, przepisy

śledź z suszonymi pomidorami

Ten śledź jest swego rodzaju fuzją. Mój Papa specjalizuje się w bardzo prostym, a jeszcze smaczniejszym śledziu z cebulą i liściem laurowym. Nasza Basistka z kolei uraczyła (i zachwyciła) mnie kiedyś śledziem idealnie skomponowanym z suszonymi pomidorami. Dumając na temat tych dwóch przepisów doszłam do dość logicznego wniosku: należy je połączyć! Opłaciło się:)

Aromat suszonych pomidorów jest zdecydowanie wyjątkowy i przypomina lato. Nieco korzenny smak nadaje śledziom ziele angielskie, a słodka cebula równoważy słoność. Wszystko to tworzy, nazwijmy to, zwarty i jednolity bukiet – jak dla mnie niezwykle udany:)

Wczoraj mieliśmy gości, co naturalnie wiązało się z większymi zakupami. Miało to dodatkowo znaczenie strategiczne, mianowicie zaopatrzenie się w zapasy. Temperatura w Krakowie ciągle znacznie poniżej zera i nawet mój kożuch ‘na Anaruka’, z wielkim kapturem obszytym futrem ledwie daje radę, dlatego ograniczam piesze wycieczki;) Ale trzeba przyznać, że gdy zaświeci słońce, ta zima wygląda urokliwie:)

śledź z suszonymi pomidorami

 150 g filetów śledziowych (solonych)

2 cebule

1 (lub więcej;)) ząbek czosnku

150 g suszonych pomidorów (w zalewie + nieco zalewy)

2 łyżki kaparów

czerwony pieprz, ziele angielskie, liść laurowy

Filety śledziowe namoczyłam, by pozbyć się z nich nieco soli. Cebulę pokroiłam w piórka i zalałam gorącą wodą, by straciła ostrość.

Filety, suszone pomidory i kapary pokroiłam na kawałki, dodałam cebulę, nieco oleju z suszonych pomidorów, przeciśnięty przez praskę czosnek oraz przyprawy. Wszystko dokładnie wymieszałam i odstawiłam na całą noc do lodówki.

4 komentarzy

Filed under jedzonko, przepisy

marchewkowe placki z łososiem

Miło zakończyć przyjemny dzień przyjemnym jedzeniem. A dzień był wyjątkowo przyjemny, pomimo że moje przedszkolaki dokazywały wybitnie intensywnie, przejazd dwóch przystanków tramwajem zajął mi 17 minut, przymierzyłam w sklepie stos ubrań i oczywiście wyszłam z niczym (a jestem w potrzebie;)). Za to zjadłam sałatkowy obiad z Mamą, Pani w piekarni ‘podarowała’ mi grosza a zaraz napiję się grzanego wina. Nie jestem pewna czy marchewkowy placek z naczosnkowanym serkiem wiejskim i wędzonym łososiem będzie pasował do tegoż trunku, ale niebawem się przekonam;)

marchewkowe placki z czosnkowym serkiem wiejskim
i wędzonym łososiem

3 małe marchewki

duży ziemniak

duża cebula

4 (lub więcej;)) ząbki czosnku

papryczka chilli (lub płatki)

2 łyżki jogurtu naturalnego

jajko

2 łyżki mąki pełnoziarnistej

po 2 łyżki otrębów i zarodków pszennych

serek wiejski

plastry wędzonego łososia

sól, kolorowy pieprz

Obraną marchew, ziemniak i cebulę starłam na grubych oczkach tarki do warzyw. Dodałam przeciśnięty przez praskę czosnek (a tak naprawdę, to starty na mojej nowej tareczce do czosnku, którą niedawno dostałam w prezencie:)), przyprawy,posiekane chilli, jogurt, mąkę, otręby, zarodki pszenne oraz żółtko jaja. Wszystko wymieszałam, a z białka ubiłam pianę, którą dodałam do masy na samym końcu, by nie opadła.

Placuszki smażyłam na suchej patelni teflonowej z obu stron na złoty kolor (ja przegapiłam ten moment i moje placuszki nabrały koloru zwęglonego;))

Podałam placuszki z serkiem wiejskim wymieszanym z czosnkiem i przyprawami, wędzonym łososiem i porcją świeżej sałaty.

2 komentarzy

Filed under jedzonko, przepisy

grillowana polenta

…z szynką szwarcwaldzką, karmelizowaną cebulą i pomidorem.

Jest to rzecz prosta i smaczna zarazem. Niestety, również czasochłonna. Ale za to można sobie podskubywać taką polentę wieczorem i popijać esencjonalnym bulionem. I nie musieć nigdzie wychodzić na mróz. Chociaż mróz trochę lubię. Lubię zaczerwienione policzki i wygląd Królowej Śniegu. I skrzypiący śnieg też lubię. Wiem, że może to bluźnierstwo, bo tegoroczna zima jest dla nas (przynajmniej w Krakowie) wyjątkowo łaskawa, jeśli chodzi o temperatury, ale ta ciemność trwa już taaak długo, że marzenia o wiosennym słońcu i delikatnym wietrzyku stają się wręcz obsesyjne. Ale nie! Nie narzekam! Mam nowe buty i wreszcie się nie ślizgam, a to już coś;)

grillowana polenta

kaszka kukurydziana

dwukrotnie większa od ilości kaszy ilość bulionu warzywnego

gorąca woda

tarty parmezan

sól, kolorowy pieprz, suszona natka pietruszki

cebula czosnkowa

szynka szwarcwaldzka

pomidor

łyżka oleju rzepakowego

 Do wrzącego bulionu delikatnym ruchem wsypałam kaszkę kukurydzianą i od razu zaczęłam mieszać trzepaczką, by zapobiec pojawianiu się grudek. Gdy kaszka zaczęła gęstnieć, dodawałam do niej po odrobinie gorącej wody i gotowałam na małym ‘ogniu’ nie przerywając mieszania. Polenta jest gotowa po ok. 20 minutach, natomiast by pozbyć się gorzkawego posmaku, należy polentę gotować przez kolejne 20 minut, cały czas mieszając.

Do gotowej polenty dosypałam parmezan i dokładnie wymieszałam.

Polentę rozłożyłam równomiernie na natłuszczonej blasze do pieczenia. Gdy wystygła i zastygła (najlepiej zostawić ją w spokoju na całą noc) pokroiłam ją na kawałki i usmażyłam na grillowej patelni na niewielkiej ilości oleju rzepakowego.

Polentę podałam z drobno pokrojoną i podsmażoną cebulą, szynką szwarcwaldzką i pomidorem. Posypałam grubo zmielonym kolorowym pieprzem i suszoną natką pietruszki.

4 komentarzy

Filed under jedzonko, przepisy

jogurtowy kurczak curry

Przebąblowałam cały dzień. Nie zaprzeczam, że przyczynił się do tego lekki kac, którego nabawiłam się zupełnie niespodziewanie. Przebieg owego na szczęście nie zaznaczył się szczególnie uciążliwie, a objawiał się głównie wzmożonym przyjmowaniem płynów i zdecydowanie wydłużonym czasem reakcji. Jakaż to jednak mała cena za uciechy duchowe dnia poprzedniego?;)

A w takie dni jak dziś potrawy o wyrazistym i konkretnie zdefiniowanym smaku neutralizującym powracający jak bumerang znany i lubiany aromat podeszwy w gębie, są wyjątkowo pożądane. Taki właśnie był kurczak.

Smaki indyjskie znam jedynie z krakowskich restauracji specjalizujących się w tego typu kuchni, więc nie jestem w stanie ocenić ich podobieństwa do oryginału, jednak to, co ugotowałam ja wcale a wcale nie odbiegało od jedzenia restauracyjnego:) Wyjątkowo smakował mi mój wytwór. Może nie jestem obiektywna i patrzę przez pryzmat swej lekkiej niedyspozycji, jednak to zdecydowanie kwestia drugorzędna;)

jogurtowy kurczak curry

4 udka kurczaka

300 ml jogurtu naturalnego

3 duże cebule

1 pietruszka

1 marchewka

pęczek szczypiorku

2 łyżki mielonych pistacji

4 (lub więcej;)) ząbki czosnku

łyżka oleju rzepakowego

sól, kolorowy pieprz, 3 łyżeczki curry, ziele angielskie, liść laurowy, mielone gałka muszkatołowa, cynamon,  imbir, kardamon, trawa cytrynowa, ostra papryka, asafetyda, ziarna fenkułu

Udka kurczaka podsmażyłam na niewielkiej ilości oleju rzepakowego. Dodałam pokrojoną w piórka cebulę i pokrojone w kostkę pietruszkę i marchew. Dodałam nieco wody i dusiłam aż warzywa zmiękły, cebula się rozpadła, a kurczak się ugotował. Dodałam przyprawy, starty czosnek i jogurt, dobrze wymieszałam. Gotowałam jeszcze chwilę, by smaki się połączyły. Na koniec posypałam poszatkowanym szczypiorkiem i mielonymi pistacjami, a podałam z kurkumowymi podpłomykami.

2 komentarzy

Filed under jedzonko, przepisy