Posts tagged “wegetariańsko

pesto z czosnku niedźwiedziego

Bardzo lubię nasz krakowski Targ Pietruszkowy, który odbywa się co sobotę w godzinach mocno porannych. To często-gęsto uniemożliwia mi stawienie się tam, bo jednak, umówmy się, sobotni poranek jest terminem dość ryzykownym 😉 Ale jak już się zbiorę i pędzę tam w podskokach, to nabywam zawsze trzy rzeczy. To taki mój standard i mus, bez którego nie ruszę się z targu. A mianowicie: pół chleba z czarnuszką, opakowanie bryndzy owczej i pęk czosnku niedźwiedziego.

Bryndza rzadko kiedy ma szansę dotrwać do domu, bo jem ją paluchem, aż widzę dno pudełeczka. Chleb jest tak pyszny, że wnet by człowiek zjadł tak o! bez niczego. Najlepszy by był z bryndzą, ale bryndzy już prawie nie ma… Czosnek niedźwiedzi najbardziej lubię z jajecznicą, a to, co zostanie przerabiam na pesto. Z czarnuszkowym chlebem idzie w parze prawie tak dobrze jak bryndza. Gdyby jeszcze była…

pesto z czosnku niedźwiedziego

pęczek czosnku niedźwiedziego
1 garść pistacji
1 garść startego dojrzewającego sera żółtego
ok. 1/3 szklanki oleju z pestek winogron
odrobina soku z cytryny
sól do smaku

Pistacje podprażyłam krótko na suchej patelni, uważając by się nie przypaliły. Wystudziłam.

Do naczynia blendera wrzuciłam pistacje, porwane na mniejsze kawałki liście czosnku niedźwiedziego, ser, sok z cytryny i sól. Zaczęłam blendować dodając powoli olej i oceniając konsystencję. Starałam się nie zrobić z pesto zupełnej papki, tylko pozostawić nieco niezmiażdżonych kawałków.

Gotowe pesto przełożyłam do słoika i zalazłam po wierzchu jeszcze odrobiną oleju, by odciąć dopływ powietrza, co zapobiega psuciu się. Tak zabezpieczone pesto może postać w lodówce koło trzy tygodnie.

Ja najbardziej lubię na chlebie z czarnuszką lub z makaronem, ale znam takich, co opędzlują cały słoik łyżką na jedno posiedzenie 😉

Reklamy

fasolowe muffinki

Ostatnio tłucze mnie chęć na czekoladowe smaki. Jednak jako siłka-girl (już od 4 miesięcy 😉 ) nie pozwalam sobie na specjalną rozpustę. Ale takie małe oszustwo nawet trenerka zaakceptowała 😉 Kiedyś obiło mi się o uszy hasło „brownie z fasoli”. Przeczesałam więc internety, pokompilowałam i są! Zdrowe i niskokaloryczne!

fasolowe muffinki

1 puszka czerwonej fasoli
2 łyżki surowego kakao
2 łyżki oleju kokosowego
1 banan
1 jajko (opcjonalnie)
100 g stewii
szczypta soli

Zbendowałam razem czerwoną fasolę z bananem. Dodałam olej kokosowy, jajko, kakao, stewię i sól. Wymieszałam dokładnie.

Masą napełniłam formę do muffinek i piekłam w 180 stopniach przez 35, gdyż zależało mi na wilgotnym wnętrzu.


samosy dyniowe

samosy1

Samosy zawsze robię z Dorotką. Z bliską mi duszą, tą samą, która na mnie niemiłosiernie psioczy, jakobym była tyranem w kuchni i za każdy nierówno sklejony pieróg wtrącała do lochu i skazywała na wieczne kulinarne potępienie. Do lochu, to bym najwyżej odesłała za głoszenie takich kalumnii! No może faktycznie wymsknie mi się nieraz jakieś delikatne napomnienie, żeby staranniej, żeby dokładniej, lub jeszcze delikatniejszy komentarz, że może ja jednak sama będę lepić, a niech ona lepiej smaży… ale przecież samosy powinny być śliczne, nawet jeśli lekko koślawe ze sznytem hołm mejd.

Przygotowywałyśmy je nieraz na akcje charytatywne ale też na zwykłe imprezy i wszędzie cieszyły się dość dużym powodzeniem. Nadzienie zwykle jest tradycyjne, wegańskie. Z ziemniakami i groszkiem, ale bogaty smak i specyficzna, jakby gęsta konsystencja sprawiają, że nawet ci co sobie z wegan urządzają podśmiechujki, jakoś nie narzekają jak przyjdzie im skonsumować jednego. Czy dwa. Czy tam siedemnaście…

Smażymy. No niestety, ta niesamowita chrupkość bierze się tylko ze smażenia. Chociaż mam pewne zakusy, żeby spróbować wersji pieczonej. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że ciasto, przed dodatek oleju w trakcie jego przygotowania nie chłonie wcale dużo tłuszczu i po jedzeniu nawet nie trzeba wycierać rąk. Przynajmniej ja, ale mama mówi, że ja to jestem paprok i dziadyga, więc może co wrażliwsi będą jednak zmuszeni dłoń obetrzeć, ale gwarantuję, że to tylko wyjątkowi esteci.

Znam wersje robione z mąki pszennej, lub mieszanej pszennej i ciecierzycowej, albo w jeszcze innych wariacjach. Fakt, mąka z ciecierzycy nie współpracuje tak dobrze jak gluten, ale mnie najbardziej odpowiada w samosach smak samej mąki z ciecierzycy, więc jestem skłonna się przemęczyć podczas lepienia. Najwyżej Dorotka dostaje trochę większą burę 😛 Zresztą, dobrze wyrobione ciasto nie powinno nastręczać większych problemów.

Dziś nadzienie z dyni i batata. To pomysł Dorotki i jakże udany eksperyment! Wspaniale współgrało z ostrym chilli, cebulą, imbirem i zielonym groszkiem.

samosy2

Dynię i batata pieczemy z dodatkiem soli i oleju.

Obieramy ze skórki i miażdżymy na papkę.

Cebulę kroimy w piórka i podsmażamy na oleju. Dodajemy poszatkowane chili, zmiażdżony czosnek, rozgniecione ziarna kolendry i starty imbir.

Cebulę dodajemy do ziemniaków. Dokładnie mieszamy i doprawiamy solą do smaku. Dodajemy również rozmrożony zielony groszek i kolejny raz mieszamy, tym razem delikatnie, by nie naruszyć groszku.

Przygotowujemy ciasto. Do ciecierzycy dodajemy sól, a następnie roztopiony olej kokosowy, wcierając go w mąkę i tworząc swego rodzaju „kruszonkę”. Następnie powoli dodajemy wodę i zagniatamy. Powinniśmy zagniatać dokładnie i dość długo, by wtłoczyć w ciasto powietrze, które podczas smażenie utworzy charakterystyczne bąbelki. Odkładamy.

Kiedy odpocznie, z ciasta formujemy małe kule, które rozwałkowujemy i przekrawamy na półkola. Każde półkole składamy na pół i sklejamy na prostym boku tworząc sakiewkę, którą napełniamy farszem. Zaklejamy z góry i formujemy trójkąt.

Samosy smażymy w rozgrzanym oleju aż staną się złote i zaczną na nich tworzyć się bąble. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu.

Najlepiej smakują świeże, z kwaskowym sosem tamaryndowym lub miętowym.

samosy3


tilapia i faszerowane ziemniaczki

Dziś odwiedzili nas moi Teściowie. Teść ma problemy wątrobowe, dlatego też postanowiłam przyrządzić coś delikatnego i lekkostrawnego na obiad. Była wielowarzywna zupa krem (wiadomo;)) i rzeczona tilapia z dodatkiem faszerowanych ziemniaczków:)

Oto składniki (na 4 porcje):

– 8 średnich ziemniaków

–  jedna marchew

–  jedna papryka

– jedna cebula

– parę ząbków czosnku

– parę pomidorków koktajlowych

– przyprawy (u nas: sól czosnkowa, biały pieprz, ostra papryka, bazylia, pieprz ziołowy i „przyprawa do ziemniaków”)

– 250 ml jogurtu naturalnego doprawionego ząbkiem czosnku, białym pieprzem i papryką (w ramach sosu do ziemniaczków)

– 4 filety z tilapii doprawione „przyprawą do ryb” i imbirem

Obrane i owinięte w folię ziemniaczki siedziały 50 min. w piekarniku. A obok nich, zapakowana w rękaw kucharski, dusiła się reszta jarzyn pokrojonych w słupki (tylko pomidorki w całości). Gotowe ziemniaki wydrążyłam i nafaszerowałam warzywami a następnie pokropiłam sosem jogurtowym. Stanowiły one pyszny dodatek do pieczonej w folii tilapii:)

W oryginalnym przepisie ziemniaczki były nadziane głównie kiełbaską, ale względy piątkowe (ponoć dziś dyspenza jest i tak) oraz zdrowotne przeważyły na rzecz wegetariańskiej wersji;)

A jutro przybędą moi Rodzice – zapodam pizzę:)