Posts tagged “wegańskie

pudding chia na mleku słonecznikowym

Mole spożywcze atakują mnie jak wścieknięte. Siedzą w szafce z jedzeniem jak u Pana Boga za piecem, a nawet się do czynszu nie dołożą… Ratuję więc co się da. Dziś padło na pestki słonecznika i resztkę nasion chia. Jak chia, to wiadoooomo – musi być pudding. Ale co ze słonecznikiem? Może mleko? Mleko siadło jak sto pięćdziesiąt! Smak jest pyszny i bogaty, a konsystencja aksamitna. Do tego mus z mango i borówki i ani nie można oprzeć się smakowi, ani kolorom!

A za miesiąc przyjeżdża Wu! Tym razem zostanie na trzy miesiące. Znów snujemy plany kulinarne i parę kulinarnych wycieczek. A plany są całkiem poważne! O jejku, jejku, ale się nie mogę doczekać 🙂

pudding chia
na mleku słonecznikowym

400 ml mleka słonecznikowego
ziarenka z jednej laski wanilii
4 łyżki nasion chia
2 łyżki erytrytolu (lub innego słodzidła)
mus z mango
borówki

Mus z mango przygotowałam poprzez zblendowanie bardzo dojrzałego, obranego owocu na papkę.

Żeby przygotować mleko słonecznikowe, należy zalać 2 szklanki ziaren słonecznika około sześcioma szklankami wody – swoją ulubioną konsystencję należy opracować metodą prób i błędów. Słonecznik moczymy przez całą noc. Następnie blendujemy najdrobniej jak to możliwe, dodawszy szczyptę soli, po czym masę przekładamy na gazę i dokładnie odsączamy.

Nasiona chia zalewamy powstałym mlekiem i dokładnie mieszamy, najlepiej trzepaczką. Dodajemy wanilię i erytrytol. Przelewamy do szklanek (lub słoików 😀 ), zostawiając miejsce na mus mango i borówki, które dodajemy, kiedy pudding nieco stężeje w lodówce. Najlepiej zostawić go na całą noc.

Reklamy

samosy dyniowe

samosy1

Samosy zawsze robię z Dorotką. Z bliską mi duszą, tą samą, która na mnie niemiłosiernie psioczy, jakobym była tyranem w kuchni i za każdy nierówno sklejony pieróg wtrącała do lochu i skazywała na wieczne kulinarne potępienie. Do lochu, to bym najwyżej odesłała za głoszenie takich kalumnii! No może faktycznie wymsknie mi się nieraz jakieś delikatne napomnienie, żeby staranniej, żeby dokładniej, lub jeszcze delikatniejszy komentarz, że może ja jednak sama będę lepić, a niech ona lepiej smaży… ale przecież samosy powinny być śliczne, nawet jeśli lekko koślawe ze sznytem hołm mejd.

Przygotowywałyśmy je nieraz na akcje charytatywne ale też na zwykłe imprezy i wszędzie cieszyły się dość dużym powodzeniem. Nadzienie zwykle jest tradycyjne, wegańskie. Z ziemniakami i groszkiem, ale bogaty smak i specyficzna, jakby gęsta konsystencja sprawiają, że nawet ci co sobie z wegan urządzają podśmiechujki, jakoś nie narzekają jak przyjdzie im skonsumować jednego. Czy dwa. Czy tam siedemnaście…

Smażymy. No niestety, ta niesamowita chrupkość bierze się tylko ze smażenia. Chociaż mam pewne zakusy, żeby spróbować wersji pieczonej. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że ciasto, przed dodatek oleju w trakcie jego przygotowania nie chłonie wcale dużo tłuszczu i po jedzeniu nawet nie trzeba wycierać rąk. Przynajmniej ja, ale mama mówi, że ja to jestem paprok i dziadyga, więc może co wrażliwsi będą jednak zmuszeni dłoń obetrzeć, ale gwarantuję, że to tylko wyjątkowi esteci.

Znam wersje robione z mąki pszennej, lub mieszanej pszennej i ciecierzycowej, albo w jeszcze innych wariacjach. Fakt, mąka z ciecierzycy nie współpracuje tak dobrze jak gluten, ale mnie najbardziej odpowiada w samosach smak samej mąki z ciecierzycy, więc jestem skłonna się przemęczyć podczas lepienia. Najwyżej Dorotka dostaje trochę większą burę 😛 Zresztą, dobrze wyrobione ciasto nie powinno nastręczać większych problemów.

Dziś nadzienie z dyni i batata. To pomysł Dorotki i jakże udany eksperyment! Wspaniale współgrało z ostrym chilli, cebulą, imbirem i zielonym groszkiem.

samosy2

Dynię i batata pieczemy z dodatkiem soli i oleju.

Obieramy ze skórki i miażdżymy na papkę.

Cebulę kroimy w piórka i podsmażamy na oleju. Dodajemy poszatkowane chili, zmiażdżony czosnek, rozgniecione ziarna kolendry i starty imbir.

Cebulę dodajemy do ziemniaków. Dokładnie mieszamy i doprawiamy solą do smaku. Dodajemy również rozmrożony zielony groszek i kolejny raz mieszamy, tym razem delikatnie, by nie naruszyć groszku.

Przygotowujemy ciasto. Do ciecierzycy dodajemy sól, a następnie roztopiony olej kokosowy, wcierając go w mąkę i tworząc swego rodzaju „kruszonkę”. Następnie powoli dodajemy wodę i zagniatamy. Powinniśmy zagniatać dokładnie i dość długo, by wtłoczyć w ciasto powietrze, które podczas smażenie utworzy charakterystyczne bąbelki. Odkładamy.

Kiedy odpocznie, z ciasta formujemy małe kule, które rozwałkowujemy i przekrawamy na półkola. Każde półkole składamy na pół i sklejamy na prostym boku tworząc sakiewkę, którą napełniamy farszem. Zaklejamy z góry i formujemy trójkąt.

Samosy smażymy w rozgrzanym oleju aż staną się złote i zaczną na nich tworzyć się bąble. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu.

Najlepiej smakują świeże, z kwaskowym sosem tamaryndowym lub miętowym.

samosy3


wegańskie lody bananowo-sezamowo-korzenne

bananowe1

Lody najlepsze, kiedy jest zimno, wiadomo 😉 Nawet w czasach, kiedy ze słodyczami nie byłam za pan brat, lody zawsze znaczyły dla mnie dużo. I kremowa konsystencja i temperatura dawały mi tak przyjemne doznania, że byłam skłonna przeżyć słodkość i zawsze z dużym zdziwieniem przyjmowałam informację, że są tacy, co to nie przepadają za lodami. Serio? To tak jak nie lubić frytek. Kto nie lubi frytek?!

Nie mam na stanie maszynki do lodów, bo zwykle starcza mi jedna gałka zakupiona w lodziarni i nie prowadzę masowej produkcji domowej. Zwłaszcza, że jak mnie najdzie, to najłatwiejszą domową wersją są oczywiście wegańskie lody bananowe. Jeśli je jem, to zwykle na śniadanie. Jakoś tak pasują, może właśnie dzięki energetycznemu bananowi? A do samej masy bananowej dodaję różne składniki, żeby urozmaicić i tak już przyjemny z natury smak (oczywiście dla tych, którzy lubią banany ;)). Czasem są to owoce, ale rzadko. Najczęściej jest to kakao, karmel, masło orzechowe, krem kokosowy, tahina lub korzenne przyprawy – zwłaszcza, kiedy za oknem panuje taka aura, jak teraz 😉

wegańskie lody bananowo-sezamowo-korzenne

1 pokrojony w plastry i zamrożony uprzednio banan
1 łyka miodu
1 łyżka tahiny
szczypta soli himalajskiej
ziarenka z połowy wanilii
2 strączki kardamonu
kawałek startego cynamonu

Zamrożone banany (można dać im moment, żeby odrobinę odtajały) wrzucamy do mocnego blendera razem z łyżką tahiny, miodem i solą. Na początku pulsacyjnie rozdrabniamy, a następnie blendujemy na gładką masę.

Dodajemy wanilię, ziarenka kardamonu i cynamon i delikatnie mieszamy.

Najlepiej, jak lody wrócą jeszcze na chwilę do zamrażalnika, wtedy przyjmują prawdziwą lodową formę, ale ja najbardziej lubię je właśnie takie, prosto po miksowaniu, o konsystencji szejka.

bananowe2