Posts tagged “słodycze

raw brownie

I znów brownie. Wygląda mi to na obsesję. Ostatnio, odkąd przymusowo zrezygnowałam z mięsa, popchnęło mnie to w stronę eksperymentów wegetariańskich, wegańskich, a nawet witariańskich. Pomyślałam – kiedy jak nie teraz? Moment na to jest wręcz perfekcyjny.

Od dawna jest mi bliskie również niemarnowanie resztek. Mój Łociec, to znany w całej rodzinie kuchmistrz odpadkowy. To od niego nauczyłam się magicznych mocy ugotowania pełnego obiadu, nawet gdy lodówka na pozór świeci pustkami 😀 Postanowiłam więc dzielić się i tutaj pomysłami na żywnościowy recykling, które sama stosuję, by wyrzucać jak najmniej, a kombinować ze smakami jak najwięcej.

O raw brownie chyba słyszeli już wszyscy. Jest tak łatwe w przygotowaniu, że aż trudno uwierzyć, że to naprawdę zadziała. A jego smak kompletnie nie zdradza składników i jest cokolwiek zaskakujący. W jak najbardziej pozytywnym sensie. Czy smakuje jak prawdziwe brownie, to w sumie nie wiem, bo, wstyd się przyznać, ale jako jeszcze do niedawna słodyczowy sceptyk, nigdy nie próbowałam! Witariańskie brownie smakuje jednak super czekoladowo, a jego miękka i bogata konsystencja to sama przyjemność przeżuwania. No, mnie zauroczyło i chętnie jadłabym więcej, niż pozwala przyzwoitość. Jest świetne do gorzkiej, popołudniowej kawy, albo jako zdrowy baton energetyczny na siłkę. A dodatkowo się cieszę, że do przygotowania wykorzystałam zalegające w szafce orzechy i zdążyłam, zanim mole się do nich dobrały.

raw brownie

150 g daktyli
150 g orzechów
(u mnie resztki orzechów laskowych, migdałów, które nadały migdałowego smaku i nerkowców)
4 łyżki surowego kakao

Wszystkie składniki wrzuciłam do blendera i zmieliłam na dość gładką masę, zbierając co jakiś czas składniki ze ścianek naczynia.

Rozłożyłam dość cienką warstwą na papierze pergaminowym. Wstawiłam do lodówki na 3 godziny. Posypałam po wierzchu niewielką ilością kakao.

Reklamy

karpatka

Karpatka była na imieniny Gregora i Oćca. Prawdziwa, z maślano-budyniową masą:) Chwalę się nią nie bez powodu. Dotąd bałam się karpatki jak diabeł święconej wody. A konkretnie, to obawiałam się tego specyficznie fałdującego się ciasta. Nie wierzyłam, że w jakiś cudowny sposób uda mi się wpłynąć na piętrzące się wybrzuszenia, dlatego posiłkowałam się półproduktem z pudełka, któremu swoją drogą nie mam nic do zarzucenia:) Jednak przyszedł ten dzień, kiedy nabrałam animuszu, a imieniny, czyli jakby nie patrzeć, świetna okazja (że ciasto się nie zmarnuje i zostanie skonsumowane przez miłych Gości;)) tylko zaostrzyły mój zapał. No i mam:) Pierwsze koty za płoty. Masa wyszła mi, nie wiedzieć czemu, nieco za rzadka, ale nie będę przywiązywać wagi do takich drobnostek, tylko wyciągnę wnioski na przyszłość:)

Przepisem poratowały mnie niezawodne Domowe wypieki.

karpatka

ciasto

1 szklanka wody
150g margaryny (lub oleju)
1 szklanka mąki pszennej
5 jajek
szczypta soli
szczypta proszku do pieczenia

masa

3 szklanki mleka
200g masła
pół szklanki cukru
2 łyżeczki cukru wanilinowego
4  łyżki mąki pszennej
4 łyżki mąki ziemniaczanej
2 żółtka

Wodę zagotowałam z tłuszczem. Stale mieszając dodałam mąkę i gotowałam ok. 2 minuty, aż ciasto stało się zbite i odchodziło od naczynia. Ciasto zostawiłam do przestygnięcia. Do lekko ciepłego dodałam mąkę, proszek do pieczenia i miksując wlewałam po jednym jajku. Ciasto rozłożyłam płasko na posmarowanej tłuszczem i posypanej mąką dużej blasze (można oczywiście na dwóch mniejszych). Piekłam je przez 30 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180°C (opcja grzania góra-dół). Po upieczeniu i ostygnięciu przekroiłam ciasto na dwie równe części.

Przygotowując masę zagotowałam dwie szklanki mleka z cukrem. Pozostałe mleko wymieszałam z żółtkami, cukrem wanilinowym oraz mąkami. Taką miksturę dodałam do gorącego mleka i ciągle mieszając gotowałam ok. minutę do zgęstnienia masy. Kiedy masa ostygła, ‚wmiksowałam’ do niej miękkie masło.

Jedną część ciasta posmarowałam grubo masą, a następnie przykryłam drugą częścią ciasta. Wierzch posypałam cukrem pudrem.


ciacho… już niebawem:)

Słodycze, to raczej u mnie rzadkość, ale czasami i mnie się zdarza. Klasyczne, imieninowe ciasto – karpatka.


świąteczny kajmak

Kajmak (tak jak i knysze), goszczą u nas i w Wielkanoc i w Boże Narodzenie. To po prostu nasze świąteczne jedzonko. Te pyszności zwykle przygotowuje mój Tata, a my z Bratem tylko asystujemy. Tak było i w tym roku:) Słodka krówkowa masa zawsze będzie kojarzyć mi się z wyjątkowymi, świątecznymi chwilami:)

Tak mi smutno, że już po Świętach…:( Było tak miło i rodzinnie, a tu znowu tyle czekania do następnych…;)

Składniki:

– 0,5 l mleka (2,5% tłuszczu)

– ok. 0,5 kg białego cukru

– odrobina esencji waniliowej (opcjonalnie)

– wafle

Mleko należy gotować na małym ogniu razem z cukrem, aż utworzą kleistą, półpłynną masę. Powstałą masą przekłada się warstwy andruta i zostawia do stężenia. Na koniec kajmak trzeba pokroić ostrym nożem w dowolnej wielkości romby.


świąteczne ciasteczka piernikowe

Tegoroczną pierwszą turę ciasteczek piekłam razem z kuzynką Marcelą. Potem zapakowałam i rozdałam podczas naszej wczorajszej przedwczesnej wigilii obchodzonej z przyjaciółmi i moim bratem;) Był też oczywiście barszcz z uszkami, ciasta, sałatki i różne rodzaje ryb przygotowane przez naszych gości. I choinkę już, też nieco przedwcześnie, ubraliśmy. Zaczęło być naprawdę świątecznie:)

Składniki (tym razem skorzystałyśmy z gotowej mieszanki piernikowej, ale zwykle wykorzystuję sprawdzony przepis z Wielkiego Żarcia):

– 2 szklanki mąki pszennej (część razowej)

– 1 łyżeczka proszku do pieczenia

– 1 łyżeczka przyprawy do pierników lub 4 goździki, sporo cynamonu, szczypta pieprzu, szczypta kardamonu

– ćwiartka margaryny

– 1 jajko

– pół szklanki cukru trzcinowego

– 15 dag miodu

– 3 łyżki kruszonych migdałów

– kandyzowana skórka z cytryny

Do ozdoby:

– wiórki kokosowe

– lukier (cukier puder, nieco gorącej wody, aromat rumowy)

Ze wszystkich składników zagniotłam ciasto, rozwałkowałam, wycięłam świąteczne kształty i piekłam ciasteczka w rozgrzanym do 180 st. piekarniku przez około 20 minut. Kiedy wystygły polałam je lukrem i posypałam dosyć niedbale wiórkami kokosowymi, żeby wyglądały, jakby napadał na nie śnieg;)