wycieczka

xis coração

Przygotowałam tego „burgera” dla marki TaoTao, ale muszę się nim podzielić i tutaj, gdyż to moja, uważam bardzo udana próba, odtworzenia jednego z największych przysmaków, jakiego dane mi było spróbować w Brazylii. Xis coração (szis korasą, gdzie szis pochodzi od słowa cheese, jako skrótu od cheese burger), czyli burger z sercami drobiowymi (i milionem innych dodatków), został moją miłością od pierwszego kęsa, chociaż zdaję sobie sprawę, że serca mogą być elementem dość kontrowersyjnym. Są jednak tak pysznie zesmażone i tak aromatycznie przyprawione, że można stracić dla nich głowę. Najlepsze, największe i najbardziej kultowe podają w sieci Speed Lanches w Porto Alegre. Mieszkańcy szczycą się, że w całej Brazylii nie ma drugiego tak wielkiego xisa, jak na Południu. I fakt jest faktem – mój rekord, to zjedzenie połowy, a i tak z niemałym wysiłkiem i walną pomocą Wu 😛 A całość nabędziemy za równowartość 17 złotych (o bogowie!). Inne lokale oferują tańsze i mniejsze okazy – najtańszy, jakiego jadłam, to taki za 8 zł, ale podołałam całemu bez musu popuszczania pasa i chociaż dobry, to do giganta ze Speed Lanches nie miał startu. Ale ja, to zjem wszystko, zasłaniając się „imieniem eksperymentu” 😛

Żeby jeszcze dobitniej wyrazić, jak bardzo xis coração zawładnął moim sercem dodam, że zdarzyło mi się namówić Wu, żebyśmy wsiedli w samochód o 5 rano i jechali zjeść jednego na pół. A pragnę podkreślić, że nie – nie wracaliśmy właśnie z imprezy, ani tym bardziej nie mieliśmy problemów z insomnią, a wiedzieć również należy, że wbrew nazwie, zamówienia wcale nie otrzymywało się tam ekspresowo. Raz, że tłumy w kolejce zawsze były nieprzebrane, a dwa, że to Brazylia, więc mają czas 😉

Xis charakteryzuje się wielką i puszystą bułką pszenną. Taką starałam się przygotować. Przygotowałam zwykłe ciasto drożdżowe, z częścią wody gazowanej i częścią mleka. Pozwoliłam ciastu długo rosnąć. Uformowanym bułom również pozwoliłam rosnąć i to dość długo, żeby zrobiły się naprawdę ogromne. Wtedy upiekłam na blado, żeby nie stwardniały za bardzo i nie straciły puszystości, na której najbardziej mi zależało.

Teraz dodatki. Najważniejsze – serca drobiowe. Mocno przysmażone i równie mocno doprawione. Solą, słodką papryką i tajemną mieszanką przypraw, której nie znam, ale pokombinowałam z tym co miałam na stanie i dało radę (śląska mieszanka przypraw Oma świetnie się zmaczowała z brazylijskim burgierem 😉 ). Do usmażonych serc dodajemy ziarna kukurydzy konserwowej i starty wyrazisty ser żółty. Kroimy kawałek pomidora w kostkę, a na drugiej patelni smażymy jajko z dwóch stron (w prawdziwym xisie nie ma płynnego żółtka). Przekrojoną bułkę smarujemy obficie majonezem i wkładamy w nią wszystko, cośmy właśnie przygotowali. Będzie się to wysypywać niemiłosiernie, ale nie dajemy się wyprowadzić z równowagi i kładziemy bułkę na patelnię mocno dociskając, przekładamy na drugą stronę i to samo – chodzi nam o jej przytostowanie i spłaszczenie. I tu wchodzi rewolucyjne rozwiązanie Brazylijczyków – bułę umieszczamy w foliowym, małym worku. Wtedy dokładamy wszystko, co nam wcześniej wypadło i możemy konsumować bez stresu, że utracimy jakiś pyszny kąsek, który zamiast na ziemię/ubranie/buty/stół, wpadnie nam do worka – tadam! 😀

Muszę się wytłumaczyć, gdyż na zdjęciu widać burgera przed spłaszczeniem, a i można prędzej oczy wypatrzeć, niż dostrzec worek. No cóż, chciałam, żeby chociaż trochę widać było zawartość, a po spłaszczeniu xis nie wygląda aż tak spektakularnie 😉 Jednak tutaj oto prawdziwy, najprawdziwszy brazylijski xis:


okra curry

okra4

Pamiętam, jak dawno temu, oglądając program kulinarny o kuchni wschodniej, pierwszy raz zobaczyłam okrę. Padło tam stwierdzenie, że, jeśli chodzi o smak, ma coś w sobie z fasolki szparagowej. Wiadomo, jako oddanej wielbicielce fasolki, to zdanie zawładnęło moją wyobraźnią. Poza tym, podczas gotowania, widać było, że wydziela specyficzną, kleistą substancję, a poza tym, jest dość urocza w przekroju – to wszystko złożyło się na przemożną chęć spróbowania okry.

W naszych szerokościach geograficznych, nie jest to jednak warzywo, które leży pierwsze z brzegu na każdym straganie. Jednak pewną część tegorocznego sierpnia przyszło mi spędzić w Albanii, a tam, ku mojemu zaskoczeniu, jest ona pierwszym z brzegu warzywem na każdym straganie, a panie sprzedające chrupią ją na surowo! No to rzuciłam się z torbą i obkupiłam, jakby miał nadejść kataklizm. A po powrocie do domu przerobiłam moją okrę (a raczej to, co z niej pozostało, bo idąc za przykładem albańskich sprzedawczyń, 3/4 zjadłam na surowo) na proste curry, o jakim śniłam od dawna 🙂

okra3 okra6 okra2


nasze morze 2013

gdańsk2

Fakt, że trochę czasu już minęło od drugiej, wrześniowej części moich wakacji, ale niestety dopiero teraz udało mi się wygrzebać z uporządkowaniem i ocenzurowaniem zdjęć;)

Nie wiem nawet co mam napisać o tych paru dniach spędzonych w Gdańsku i Gdyni i w dodatku wczesną jesienią! Czekałam dwa lata, by znów zobaczyć moje ukochane morze, a jak już je ujrzałam, zachwyciło mnie tak, jak tylko ono potrafi. Gdyby nie to, że pobyt był krótki, a chciałam odwiedzić parę starych kątów, to stałabym całymi dniami na brzegu i wpatrywała się w ten szary i bury horyzont. Sztormowa pogoda tylko podsycała nostalgię, która zawsze towarzyszy mi na naszym wybrzeżu. Lepiej nie mogło być.

Pierwszy raz byłam nad morzem właściwie po sezonie. Brakowało mi tych przewalających się tabunów turystów, które wpisane są w znany mi nadmorski krajobraz i które niezmiernie uwielbiam (wiadomo – tłum, to moje środowisko:)), ale z drugiej strony znikające po kolei budki z pamiątkami i coraz rzadziej wyczuwalny zapach smażalni też miał pewien urok kończącego się lata. Na szczęście nie wszystkie mi pozamykali i przez cały pobyt jadłam flądrę (co zostało uwiecznione na jednym z poniższych fotosów – ja z charakterystycznym „dzióbkiem” i flądrą;)). Zmieniały się tylko dodatki.

Wracając zahaczyliśmy wraz z Gregorem o Warszawę, gdzie w towarzystwie Przyjaciół spędziliśmy równie owocne dwa dni:)

gdańsk1

gdańsk3 gdańsk4 gdańsk5 gdańsk6 gdańsk7 gdańsk8 gdańsk9 gdańsk10 gdańsk11 gdańsk12 gdańsk13 gdańsk14 gdańsk15 gdańsk16 gdańsk17 war


kluski dyniowe i jesień w Stróży 2013

Stróżka1

Jesień w Stróży jest najpiękniejsza. Jako typowy mieszczuch wcale nie lubię ciszy i spokoju, jednak kiedy wyruszamy do Stróży jesienią, przenoszę się na chwilę w inny wymiar. Przez te kilka godzin ani cisza ani spokój mi nie przeszkadzają. Co więcej, odnajduję ten stan przyjemnym. Sama nie wiem, czy bardziej wzrusza mnie późne lato, kiedy wiadomo, że nieuniknione nadchodzi, a liście dopiero zaczynają żółknąć, czy w pełni dojrzała jesień, kiedy nad polami unosi się smuga dymu z palonych chwastów, a powietrze jest przesiąknięte tym najbardziej rozdzierającym ziemistym zapachem. Jesień, mimo całego swojego kiczu i kolorstycznego miszmaszu, zachwyca mnie każdego roku ze wzmożoną siłą. Kocham ją tu, w Krakowie, kiedy bladym słońcem prześwitującym przez gołe gałęzie ociepla twarz i uwielbiam ją na wsi – zamkniętą w brzemiennych jabłoniach, zamglonym powietrzu i długich cianiach.

Tegoroczny wypad był naprawdę ekspresowy, ale stanowił wspaniałe remedium na chroniczne zarobienie. Muszę przyznać, że dochodzę do wniosku, iż za wiele na siebie wzięłam, zwłaszcza jako osoba, która pracy nie znosi;) Ale wygląda na to, że po intensywnym wysiłku, który ostatnimi czasy włożyłam w wywiązanie się ze zobowiązań, teraz będzie już dużo wolniej. Tak zwany „ruch w interesie” jest mi niezbędny do dobrego samopoczucia, jednak tak bardzo lubię mieć czas, by postać przy garach i ugotować wreszcie coś porządnego. Bycie blogerką kulinarną paradoksalnie nie zapewnia codziennie pysznych obiadów;)

stróżańskie1 kopia

W Stróży, jak zwykle, mieliśmy ognisko i kiełbaski. Mieliśmy też kurki z patelni i zrobione moją ręką podsmażane kluseczki dyniowe z pieczonym czosnkiem i boczkiem (dla mięso-sceptyków polecam też wersję z masłem lub oliwą szałwiową:)). Nazbieraliśmy winnego grona, śliwek, guszek i orzechów, popatrzyliśmy tęsknym okiem w dal i odpoczęliśmy.

Zapraszam również na parę migawek filmowych:)

Stróżka2 Stróżka3 Stróżka4 Stróżka5 Stróżka6 Stróżka7 Stróżka8 Stróżka9


Budapeszt 2013

budapeszt1

Budapeszt. Ostatni raz byłam trzynaście lat temu i wspomnienia mam jak najlepsze. Wieki minęły i postanowiliśmy wybrać się tam ponownie, by znów nacieszyć oczy naddunajskimi widokami i sprawdzić co się przez ten długi czas pozmieniało. Mieliśmy wybornego przewodnika w osobie naszej przyjaciółki, Dorotki, która właśnie w Budapeszcie znalazła swoją przystań, więc harmonogram był bardzo napięty.  Zobaczyliśmy i przypomnieliśmy sobie wszystkie kluczowe punkty miasta, a temperatury były tak niemiłosiernie wysokie, że każdą wycieczkę kończyliśmy w chłodnym barze uzupełniając hektolitry wytraconych płynów. Jakich to ja nie planowałam przed wyjazdem najeść się na miejscu pyszności! Jednak żar lejący się z nieba na tyle osłabił moją motywację, że poprzestałam na arbuzach i bezalkoholowym mojito od czasu do czasu zagryzanym gulaszem.

Zatrzymaliśmy się w dość miłym hotelu nad Dunajem, niedaleko centrum, który okazał się być komfortową bazą wypadową. Pokój usytuowany na poddaszu, z powodu swej bliskości do słońca dawał się nam trochę we znaki, jednak wieczorny widok z okna był na tyle piękny, że zapominaliśmy o bolących nogach i męczących upałach:)

Jeśli ktoś z Was nie był w Budapeszcie, to bardzo polecam to miasto. Jest blisko, a uroku mu z pewnością nie brakuje! Mnie najbardziej zachwyca wykorzystanie przestrzeni wzdłuż brzegów Dunaju, czyli rzecz, która według mnie kuleje w Krakowie i nad którą przy każdej możliwej okazji ubolewam. Ale cóż, Kraków, to Kraków i Kraków kocham najbardziej:)

budapeszt16

budapeszt2 budapeszt6 Budapeszt3 budapeszt4 budapeszt11 budapeszt13 budapeszt8 budapeszt5 budapeszt10 budapeszt9 budapeszt7 budapeszt15 budapeszt12 budapeszt14


Łódź 2013

łódź9

Wiele osób od lat odradzało mi wycieczkę do Łodzi, jako miejsca mało atrakcyjnego i mocno zdewastowanego. I faktycznie, zniechęcili mnie na tyle sutecznie, że dość długo zajęło, nim ruszyłam w tamtym kierunku. Przyglądnąwszy się jednak uprzednio zdjęciom Łodzi w internetach już wiedziałam, że raczej nie podzielę opinii odradzaczy. Uwielbiam polskie miasta, ich różnorodność i chechy wspólne. W każdym staram się odnaleźć coś, co będę później pamiętać. Przypuszczałam, że Łódź zachwyci mnie swym industrialnym charakterem i zrobiła to, oj zrobiła! Mam zdecydowaną słabość do starych, odrapanych murów, ale naturalnie doceniam również piękno zabytkowych kamienic, w które najbardziej reprezentacyjna ulica Piotrkowska również obfituje. Trafiliśmy akurat na czas jej przebudowy, co utrudniało eksplorowanie niektórych zakamarków, ale mnie chyba nic nie jest w stanie zniechęcić do tego miasta i zupełnie nie rozumiem tych, którzy nie znajdują tam niczego ciekawego:)

łódź1

Wraz z moją niezawodną Ekipą zatrzymaliśmy się w prześlicznym apartamencie na ostatniej kondygnacji siedmiopiętrowego budynku, z którego mieliśmy niezapomniany widok na nocną, sierpniową Łódź.

łódź10

Mimo bardzo ograniczonego czasu, udało nam się dotrzeć do wielu interesujących miejsc, zwiedzić kilka muzeów (polecam zwłaszcza „Dętkę” – przemarsz kanałem pod Placem Wolności zdecydowanie zapisze się w mojej pamięci:)) i, jak zwykle, oddać hazardowi podczas wieczornego odpoczynku w barze.

łódź5 łódź4 łódź3 łódź7 łódź11 łódź8 łódź2 łódź12 łódź6


lipec w Stróży

Str5

Pod koniec lipca zacni moi Rodziciele w stróżańskich włościach wyprawili urodziny. Dla mnie i mego Brata. A urodziny były o tyle znaczące, że moje trzydzieste, a Brata osiemnaste. Cóż zrobić, lata lecą. A tak dokładnie pamiętam, kiedy w gorącą, lipcową noc Roku Pańskiego 1995 odwoziliśmy Matczysko na porodówkę. Wtedy wszystko się zmieniło. Do tego stopnia, że teraz dzielę czas na „przed Antkiem” i „po Antku”. Zyskałam wtedy nie tylko Brata, ale i najlepszego Przyjaciela.

Był wrzesień 1996, kiedy Rodzice kupili pierwszą kamerę. Z roku na rok z coraz większą nostalgią oglądam nagrania z tamtych czasów, kiedy mój Brat był małym dzieckiem. I ja wtedy byłam przecież pacholęciem! Te wszystkie Boże Narodzenia w latach dziewięćdziesiątych, kiedy żyło się zupełnie inaczej, nasze dzikie zabawy, które po niewątpliwych walorach edukacyjnych, do których zawsze miałam słabość, kończyły się zwykle turlikaniem się po podłodze… Ja, w moich ulubionych sztruksowych spodniach, z gitarą wyjąca przeboje The Kelly Family ( ❤ ), wakacje nad Bałtykiem, spotaknia rodzinne, spacery po Krakowie, występy kapeli mojego Dziadka i Ojca oraz pierwsze kroki na scenie mojego i moich kuzynek ówczesnego bandu… To wszysto są już wspomnienia, ale jakie cenne!

A w Stróży zjedliśmy pyszne wypieki przywiezione przez czcigodnych Gości, tradycyjne grillowane kiełbaski i wyoborny żurek, a rodzinka odśpiewała dla nas gromkie „Sto lat”. Odkryte też zostały dwa talenty fotograficzne! Zdjęcia, które dziś prezentuję wykonały w większości moje Kuzynki – dziesięcioletnia Tosia i piętnastoletnia Julia:)

str9 str10

Str6 str7 str4 Str3 Str2 Str1

str8


Poznań 2013

Poznań4

Z okazji majówki wybrałam się wraz z moją kochaną i niezawodną ekipą pod postacią Męża i Brata zwiedzać Poznań. Plan ten już od dłuższego czasu krystalizował się w naszych głowach, a wolne majowe dni miały przypieczętować naszą decyzję.

Wyjazd przebiegał w sposób wyborny! Dni upływały nam na włóczeniu się po mieście, nawiedzaniu poznańskich świątyń i muzeów (jako żeśmy wszyscy muzykami, nie lada gratką było dla nas Muzeum Instrumentów Muzycznych, w którym przetrawiliśmy w zachwycie długie godziny:)), wieczorny czas przepędzaliśmy natomiast w barowych piwnicach, jak ja to lubię określać, „chlejąc browary i uprawiając hazard”;)

Mieliśmy też wielką przyjemność uczestniczyć w uroczystych obchodach rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja, odbywających się na Rynku poznańskim. I, co chyba najważniejsze, radowaliśmy się widokiem trykających się koziołków – po to w końcu tam pojechaliśmy:)

Poznań1

Poznań2

Poznań3


kwietniowa stróżańska majówka

Stró2

W tym roku naszą tradycyjną stróżańską majówkę odbyliśmy w kwietniu. Cóż, i tak bywa. W „kuluarach” mówi się, że jestem przewrotna i coś w tym faktycznie jest, gdyż byłam chyba jedyną w pełni zadowoloną z pogody biesiadniczką. W ciepłej kurtce i szaliku cieszyłam się wiatrem, który burzył moje misternie układne ufryzowanie;)

W tym roku nie było biało od kwiatów wiśni ani żółto od mleczy. Za to było buro, dziko i surowo. Było mgliście i wietrznie. Dla mnie bomba:) W takim chłodzie kiełbaski smakowały wyjątkowo dobrze a i moja ciepła strawa wprost z ognia przygotowana z cukinii, cebuli, papryki, pomidorów, czosnku i pieczarek znalazła zwolenników.

Głównym punketem programu były co prawda porządki i przemeblowania związane z rozbudową domu, a nie leniuchowanie, jednak późniejsze piwo i pizza w Wiśniowej niewątpliwie wynagrodziła wszelkie trudy i znoje.

Stró1

Stró5

Stró3

Stró4


Good Food Fest 2012

W zeszły weekend na warszawskim Żoliborzu odbyła się premierowa edycja Good Food Fest. Jet to swego rodzaju połączenie targów żywnościowych i warsztatów kulinarnych. W ciekawie usytuowanym Forcie Sokolnickiego kupcy mieli okazję zaprezentować swoje regionalne, ekologiczne wyroby począwszy od serów, ryb, wędlin i wypieków, a na trunkach skończywszy. Fascynaci gotowania natomiast próbowali swych sił pod okiem zawodowców znanych z telewizji, wykonując specjały kuchni świata.

Mnie w udziale przypadło prowadzenie mikro warsztatów fotografii kulinarnej – było mi niezwykle miło, kiedy zgłosił się do mnie Organizator całego przedsięwzięcia z prośbą o opowiedzenie o tym jak fotografuję i obrabiam zdjęcia, pomimo że nie jestem ani trochę profesjonalnym fotografem. Warsztaty stały się świetną okazją do poznania Blogerów kulinarnych i wymienia się z nimi doświadczeniami i problemami, jakie napotykamy podczas naszej ‚pracy’. Sama wiele się nauczyłam:)

Na Good Food Fest udał się ze mną również G., gdyż razem otrzymaliśmy poważne zadanie zarejestrowania całego wydarzenia i przygotowania paru krótkich ‚filmów promocyjnych’. Zanim filmy będą złożone, zapewne nieco wody w Wiśle upłynie, ale mam nadzieję, że nam się uda pokazać ‚festiwal’ od jak najlepszej strony;)

Uwielbiam Warszawę, więc korzystam z każdej nadarzającej się okazji, by spędzić tam chociaż odrobinę czasu. Tym bardziej więc ucieszyłam się z tego wyjazdu. Wieczorem, po skończonej pracy ruszyliśmy z G. w miasto by poszlajać się po warszawskich przybytkach piwnych. A widok podświetlonego na fioletowo niknącego w gęstej mgle Pałacu Kultury zdecydowanie ubarwił i osłodził tę wyjątkowo zimną noc!


jesienna Stróża 2012

Jak co roku. Jesień w Stróży. Bez zbędnego gadania. Dym z ogniska, długie cienie, zimne słońce i nostalgia zamknięta w tych paru słowach.


Guben, Gubin, Zielona Góra 2012

Niedawno, przy okazji zwiedzania Zielonej Góry miałam sposobność bytować w bardzo ładnym miasteczku, które po stronie polskiej zwie się Gubinem, natomiast po niemieckiej, tuż za brzegiem Nysy Łużyckiej w magiczny sposób przeobraża się w twardo brzmiące Guben. Stacjonowałam we wschodniej, polskiej części miasta, jednak widok z okna rozpościerał się na dość malownicze brzegi wspomnianej Nysy, przeciętej mostem i elektrownią wodną, i urokliwe zabudowania Guben. Jeśli wierzyć danym demograficznym, Guben zasiedla ponad 20 tysięcy ludzi – ja przez dwa dni nie widziałam żywego ducha! No, jednego widziałam, panią otwierającą rano lodziarnię;) Przez polską stronę tabuny również się nie przetaczały. Ale nie wykluczam, że winne temu stanowi rzeczy były dość niekonwencjonalne godziny moich wędrówek po mieście i nagła śnieżyca, której chyba mało kto się spodziewał, mimo że prognozy trąbiły. Tak czy inaczej, pobyt przebiegał bardzo przyjemnie.

Zielona Góra również niczego sobie! Chętnie wrócę, zwłaszcza, że z powodu kurczącego się (jak ubrania z roku na rok) czasu rajd po mieście przyjął dość zabójcze tempo i nie sposób było zawiesić oko na jakimkolwiek zabytku na dłużej niż na czas wykonania błyskawicznej fotografii. Głównym punktem programu była bowiem słynna zielonogórska Palmiarnia, a główną atrakcją konsumpcja deseru;) Nawet ja się skusiłam, a wręcz przyszalałam! Dość powiedzieć, że podwójna porcja słodyczy ostatni raz zdarzyła mi się chyba w dzieciństwie, a do domu wracałam zdjęta obawą o niekontrolowane potencjalne skoki lub spadki cukru wynikające z dość istotnego zaburzenia poziomu glukozy;)

 


gotowanie plenerowe

Wykorzystując ostatnie prześliczne, ciepłe jesienne dni gotowałam nieco w plenerze. Praca jest to niezwykle przyjemna, zwłaszcza w tak kipiących kolorami okolicznościach przyrody. Przygotowywałam jednogarnkowe danie – prażone na ogniu, tak jak się należy.


Berlin 2012

Co ja mogę napisać o Berlinie? Dla mnie, to jeden wielki sentyment. Tym większy, że dawno nie byłam.

Tym razem przywitał mnie burym niebem i silnym wiatrem. Czy mogłabym wymarzyć sobie lepszą aurę? Co prawda przemarzłam niemiłosiernie eksplorując dalekie, wschodnie rubieże Berlina, ale zjedzony na Alexander Platz donut z różowym lukrem wynagrodził mi wszelkie temperaturowe niedogodności:)

Ten donut, to nie bez kozery. To moje wspomnienie z dzieciństwa. Pamiętam jesień 1998, kiedy często wracając ze szkoły zatrzymywałam się na tego pączka w zlikwidowanym już dawno lokalu Dunkin’ Donuts na rogu ulic Lubicz i Westerplatte. Strasznie w tamtych latach fascynował mnie truskawkowy lukier, dlatego będąc w Berlinie nie odmówiłam sobie tego cymesu;)


Zgierz 2012

Na przełomie lata i jesieni mieliśmy z moim zespołem okazję pojeździć nieco po Polsce. Bywało, że w niektórych miastach bawiliśmy jedynie na czas występu i nawet nie mieliśmy możliwości czegokolwiek zwiedzić, ale zdarzało się i zgoła przeciwnie. Tak jak ostatnio w Zgierzu. Udało się pohasać nieco po mieście i napełnić brzuchy zupą gulaszową. Mimo deszczu i mojego przeziębienia dekady było bardzo przyjemnie:)


faszerowany kabaczek

Wróciliśmy szczęśliwie ze Zgierza. Zaśpiewałam, udało mi się z mej zbolałej gardzieli wydobyć głos;) Zgierz przywitał nas deszczem i przenikliwym zimnem, co w odniesieniu do festiwalu nie jest najszczęśliwszą koincydencją. Ale dla mnie, mimo przeziębienia, taka aura to przyjemność. Owinęłam się płaszczem, na szyi zawiesiłam szalik, zgrabiałe ręce otuliłam mitenkami i wraz z G. ruszyłam na podbój miasta:) Podobało nam się!

A teraz jeszcze na chwilę pozostanę w tak lubianym przeze mnie zimowym klimacie fotograficznym. Chociaż cieszę się jesienią, cieszę się bardzo. I staram się korzystać z jej darów, bo potem zawsze jest przykro, kiedy się skończą i to męczące przeświadczenie, że można było bardziej i więcej. Ale w tym roku tak nie będzie. Zjadłam już chyba 10 kilo orzechów, grzyby na wszystkie ulubione sposoby, a w zamrażalniku czekają na swój czas zamrożone litry zupy dyniowej i leczo. Żeby jeszcze nadrobić rażące braki w spożyciu owoców – wtedy uznam jesień za spełnioną. Na szczęście jest jeszcze trochę czasu;)

faszerowany kabaczek

duży kabaczek
woreczek kaszy jęczmiennej
2 cebule
30 dkg podgrzybków
1 marchewka
1 pietruszka
3 (lub więcej;)) ząbki czosnku
2 łyżki zielonego groszku (u mnie mrożonego)
łyżka oleju rzepakowego
2 łyżki bułki tartej
300 ml bulionu warzywnego
sól & pieprz, chilli

Ugotowałam kaszę w bulionie.

Przekroiłam kabaczka wzdłuż i wydrążyłam jego miąższ.

Na niewielkiej ilości tłuszczu udusiłam poszatkowaną cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek, poszatkowaną marchewkę i pietruszkę, groszek, pokrojone grzyby i pokrojony miąższ kabaczka. Wymieszałam z kaszą jaglaną i doprawiłam.

Połówki kabaczka posypałam wewnątrz przyprawami, nafaszerowałam i posypałam niewielką ilością bułki tartej.

Zapiekałam kabaczka w piekarniku rozgrzanym do 180°C przez ok. 30 min., aż skórka zmiękła.


Płock 2012

Miniony weekend spędziłam w Płocku, razem z moją kapelą Code Under, gdzie występowaliśmy w ramach festiwalu Rockowe Ogródki. To był mój pierwszy raz w Płocku i to, co ciśnie mi się na usta, jako komentarz, to określenie tego miasta mianem kontrastowego. Prześliczny rynek i kamienice nie są zadbane i nawet nie ma żadnych widocznych znaków świadczących o nadchodzących remontach. Jednak ten stan rzeczy i tak nie odbiera temu miejscu uroku. Miałam wrażenie, że Płock jest jakby zawieszony w czasoprzestrzeni pomiędzy rzeczywistością, a nierzeczywistością i im dłużej tam byłam, tym bardziej wkręcałam się w ten specyficzny klimat.

Sam koncert natomiast był wyjątkowo przyjemny, zwłaszcza dzięki płockiej Publice:)

A na koniec ja, „szalejąca” na scenie z moją kapelką:)


wczesnojesienna Stróża 2012

Wczoraj odbyła się nasza tradycyjna już, doroczna impreza rodzinna, tym razem połączona z urodzinami mej Mateczki.

Bardzo lubię nasze spotkania przepełnione muzyką i zapachem ogniska, w gronie najbliższych.


wakacje! (część II)

To był wielki błąd! To, że ostatni raz odwiedziłam Wrocław dokładnie 20 lat temu.

We Wrocławiu mam rodzinę, ale przez większość mojego życia zdarzało się tak, że to oni częściej przyjeżdżali do Krakowa. I mimo ponawiających się zaproszeń z ich strony, jakoś nigdy nie było okazji skorzystać.

Ze swojego poprzedniego pobytu (już nie podkreślajmy, że było to aż 20 lat temu!;)) we Wrocławiu niestety niewiele pamiętam. Byłam wtedy dzieckiem, a że pojechaliśmy tam z rodzicami i moją kuzynką, to bardziej byłam zainteresowana wymyślaniem dla nas przeróżnych zabaw, niż zabytkami Wrocławia. Pamiętam nawet, że we wrześniu miałam mieć jakieś przesłuchanie w szkole muzycznej i na wyjazd zabrałam ze sobą skrzypce, na których nie udało mi się niestety ani godziny poćwiczyć;)

Jak przez mgłę widziałam czarny tunel prowadzący do Panoramy Racławickiej, zoo kojarzyło mi się z szaleńczym poszukiwaniem budki z piciem. Najmocniej w pamięć wrył mi się natomiast plac zabaw i sąsiadka cioci, u której mieszkaliśmy – dała mi małego żółtego misia, którego można było przyczepić łapkami do ubrania albo zasłony.

Z dużego placu targowego na Nowym Dworze wracałyśmy z kuzynką zawsze z paczką chrupek bekonowych, albo serowo-pomidorowych. Jak lubiłam te smaki! A ciocia robiła nam omlety z zielonym groszkiem, szynką i serem. W jej mieszkaniu było specyficzne okienko między kuchnią a pokojem, które przypominało miejsce wydawania posiłków w barze mlecznym, może nieco ładniej zaaranżowane. Omlety były mniej ważne, największą radość sprawiało odbieranie ich z okienka:)

Wygląda na to, że wcale nie jest tak fatalnie z moją pamięcią!

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że znam sporo miast europejskich, natomiast moja wiedza i znajomość miast polskich jest, nie ukrywajmy, słaba. Byłam w Warszawie, Gdańsku, Katowicach, Zakopanem… No i niewiele więcej mogła bym wymienić. Jeszcze gorzej rzecz wygląda wziąwszy pod uwagę fakt, iż pochodzę z dość patriotycznej rodziny (tu uśmiecham się szeroko i serdecznie do mojego Brata:)).  Kiedy naszła mnie ta smutna refleksja, postanowiłam wreszcie nacieszyć się Polską! Od razu padło na Wrocław, jako dobry początek misji.

Wrocław rzucił mnie na kolana. Czułam się niesamowicie szczęśliwa łażąc pośród tych wspaniałych budynków, zaglądający do każdego baru, jaki trafił się na drodze i dziwiąc się soc-modernistyczną architekturą w środku miasta.

O Wrocławiu i swoich przeżyciach mogłabym pisać wile, ale wszystko to można zawrzeć w jednym, obstrzelanym WROCLOVE;)


wakacje! (część I)

Nasze tegoroczne wakacje sponsoruje słówko ‚rozczłonkowane’;) Zaplanowaliśmy kilka krótkich wyjazdów. Ma to w sobie pewien urok. Przemieszczanie się do nowych miejsc, podziwianie innych widoków, spotkania z ludźmi – to daje poczucie intensywności i maksymalnego wykorzystania czasu, mimo że wyjazd trwa tylko parę dni i tak naprawdę jest się niedaleko domu.

Wszyscy wiedzą, jaką miłością darzę kraje słowiańskie. Dlatego chętnie je odwiedzam, kiedy nadarzy się ku temu okazja. Właśnie się nadarzyła. Zahaczając o Nowy Wiśnicz, Limanową, Nowy Sącz, Piwniczną, Wierchomlę i Osobnicę (oh, to gryllowanie;)), zwiedzając Karpacką Troję w Trzcinicy, trzykrotnie jednego dnia próbując, bez powodzenia, zjeść hamburgera, a na koniec dostając mandat, dotarliśmy do Bardejova. Kolejne na nasze drodze były Prešov, Poprad i Dolný Kubín.

Wyjazd obfitował w przysmaki – raphacholin był w codziennym użyciu. A skosztowałam co następuje: pysznego pstrąga z masłem czosnkowym, bryndzové halušky, vyprážaný syr z hranolkami i tatarką oraz bryndzové pirohy ze śmietaną. Kuchnia naszych sąsiadów za każdym razem istotnie obciąża mój żołądek, ale jak tu oprzeć się regionalnym potrawom!?


Zakopane 2012

Ostatni weekend spędziliśmy w Zakopanem. Miałam dać sobie na chwilę spokój z nauką i męczeniem pracy dyplomowej, ale poczucie obowiązku zwyciężyło. Spakowałam laptop i walczyłam z moimi tabelami zaciekle w samochodzie, dopóki mnie nie zemdliło;) Ale dzięki temu mogę ogłosić, że artykuł został zamknięty i nawet nie zamierzam spoglądać w jego stronę aż do obrony!

Noc spędziliśmy „U Futra”, co bawi mnie do teraz;) A przechodząc do spraw najistotniejszych, zjedliśmy pieczone grule z masłem czosnkowym, kiełbaski baranie, słynne placki ziemniaczane, całkiem niezłe zrazy w sosie grzybowym i wyborne lody od Żarneckich.


Topolowa

Gregor wyjechał do swojego Rodzinnego Miasta świętować z dawnymi znajomymi dziesięciolecie matury. Chciałoby się napisać „ale to zleciało”, ale zaczynam się przyzwyczajać do tego uczucia – towarzyszy mi często. Nostalgia, to moje drugie imię;)

Ja tymczasem słucham szumiącej zmywarki, skubię jagnięce kotleciki (o których niebawem) i spoglądam w okno próbując przewidzieć, czy będzie dziś lało, czy nie. Zanosi się od rana, jednak tym razem chyba zwycięży słońce. Miałam wsiąść w tramwaj i przejechać się po Krakowie, ale zaczęłam przeglądać archiwum ze starymi zdjęciami i natrafiłam na te z Topolowej, które robiłam już dobrze ponad dwa miesiące temu (moim starym, kochanym aparatem), kiedy leżał jeszcze ostatni śnieg. Przytrzymały mnie w domu i sprawiły, że znów przeniosłam się w czasie do wyjątkowych lat dziewięćdziesiątych, do moich młodych lat. Nie będę pisać czym dla mnie jest Topolowa i tamte wspomnienia, bo wałkowałam ten temat już co najmniej parokrotnie. Ważne jest to, że wiele osób ma swoje „magiczne miejsce”, dla mnie jednym z takich moich miejsc jest Topolowa.

Mam sentyment do tych brudnych, obdartych murów i do maleńkiego, betonowego podwórka, na którym Tata nauczył mnie jeździć na rowerze. Tyle ważnych dla mnie wtedy spraw wydarzyło się wokół chwiejącego się trzepaka. Po latach dowiedziałam się, że mimo iż blisko centrum i Dworca Głównego, to strach się zapuszczać w te tereny po zmroku. Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy (znaczy bać się:)), to przecież mój dawny dom.


majówka – Stróża 2012

Tradycyjnie jeden majówkowy dzień spędziliśmy w Stróży. Nawet nie będę pisać, co się działo, bo działo się to, co zwykle dzieje się w Stróży, gdy tam jedziemy;) Powtórka z rozrywki, ale ja właśnie lubię tę powtarzalność i lubię wracać w znajome miejsca i czuć się, jakby czas się zatrzymał.


jesień w Stróży

Wzeszłym tygodniu byliśmy w Stóży. To już ostatni raz tej jesieni. Było chłodno, jak to w górach o tej porze roku. Jesienne słońce nie daje ciepła, za to rozlewa się po sercu miodem.

Nie będę nawet pisać o kiełbaskach i ziemniaczkach z ogniska, bo to to, co zwykle. Ale ja właśnie to lubię: ciągłość, ‚tosamość’, chwilową ułudę, że nic się nie zmienia, że to po prostu ciąg dalszy tego samego. Podsumowując powiem tylko tyle, że długie cienie mnie nie zawiodły.

A poniżej parę klatek, niektóre cyknięte przeze mnie, inne przez Gregora:)

 P.S. Udanych Andrzejek Everyone!:)