jedzonko

rzodkiewka

rzodk

Oj, lubię, lubię! Zwłaszcza jak jest piekielnie ostra i zwłaszcza z odrobiną soli:)


łosoś ze szparagami

łos3

Tę zacną rybę przygotowałam już dość dawno temu, a konkretnie koło jesieni dla portalu Vers 24. Pierwotnie dodatkiem do niej nie były szparagi, a skorzonera, ale teraz robię małe machniom, bo nie śmiem proponować skorzonery, kiedy sezon na szparagi w rozkwicie! Ogólnie nic wyszukanego, jak to u mnie, ale bardzo smaczna potrawa powstała z połączenia łososia, nazwijmy to szparagów i słodkiej figi.

Wieści z frontu nie mam dziś za dużo, bo ostatnio tylko praca, praca, sporo koncertów z moją kapelą (a raczej występów, bo jak mawia mój stryjek muzyk – pozdrawiam uncle Johnie! – „koncert, to jest w filharmonii”) i co wtorek piwerko – dla zdrowotności, zwłaszcza psychicznej (chętnych zapraszam;)). Z turpistycznych nowinek tylko to, że odezwał się mój rozwalony niegdyś w szkaradny sposób palec i niestety niebawem muszę w związku z tym pójść pod nóż. Ale są i przyjemniejsze sprawy. Mianowicie mój wspomniany band zajął w miniony weekend trzecie miejsce na bardzo fajnym przeglądzie kapel Motorockowisko:) Jest ten fejm;) A na to konto trochę prywaty i nasz krótki filmik ze studia:) Serdecznie zapraszam!

Pieczony łosoś ze szparagami
(2 porcje)

150 g świeżego łososia (filet)
4 ziemniaki
pół pęczka skorzonery
2 figi
skórka i sok z cytryny
2 ząbki czosnku
2 łyżki masła
4 łyżki mleka
2 łyżki miodu
sól, świeżo zmielony czarny pieprz, gałka muszkatołowa
pergamin
pół pęczka posiekanej natki pietruszki

Łączymy sok i skórkę z cytryny ze zmiażdżonymi ząbkami czosnku, solą i pieprzem. Mieszanką tą nacieramy łososia przekrojonego na dwa kawałki i odstawiamy na 15 minut w chłodne miejsce, by ryba wchłonęła smaki.

Skorzonerę obieramy (najlepiej w rękawiczkach, gdyż jej sok może spowodować przebarwienie dłoni) i gotujemy na półtwardo w osolonej i posłodzonej wodzie z dodatkiem odrobiny octu.

Na dużym arkuszu pergaminu (potrzebne będą nam dwa) układamy po kawałku łososia, po parę kawałków skorzonery i po jednej rozkrojonej fidze. Skrapiamy miodem i przyprawiamy. Pergamin szczelnie zwijamy, a pakunki pieczemy przez około 15 minut w mocno rozgrzanym piekarniku. Gotowe danie podajemy z ugotowanymi i przeciśniętymi przez prasę ziemniakami wymieszanymi z masłem, mlekiem, solą, pieprzem oraz gałką muszkatołową. Posypujemy natką pietruszki.

łos2 łos1


czerwcowa ‚Kuchnia’ i ja :)

lody

Nowa, czerwcowa KUCHNIA jest już w sprzedaży, więc serdecznie zapraszam:) Mnie tym razem przypadły w udziale lody! Ucieszyłam się niczym dziecko, gdyż, jak za słodyczami niespecjalnie przepadam, tak lody uwielbiam.

Tym razem nie poszło tak gładko, jak podczas przygotowywania wcześniejszego materiału dla KUCHNI. Ale w ostatecznym rachunku, uważam, że tym lepiej. Po takich sesjach z przygodami zawsze czuję dumę, że mimo przeciwności i walki z czasem udało mi się doprowadzić zdjęcia do szczęśliwego finału. A poza tym, te niespodziewane emocje zawsze wprowadzają element komiczny do traktowanej przeze mnie z pełną powagą pracy;)

Po pierwsze, kiedy przygotowywałam sesję, trwał w najlepsze remont elewacji mojej kamienicy, toteż, jak już wspominałam na łamach mego blogaska, zacni panowie robotnicy pokryli okna ciemnymi foliami zabezpieczającymi szyby przed umorusaniem ich farbą. Pięknie z ich strony, ale mnie w szkodę weszli wielką uniemożliwiając mi dość skutecznie fotografowanie przez egipskie ciemności, które spowodowali. No cóż, była to prawdziwa ekwilibrystyka, ale po generalnym przemeblowaniu w pracowni Męża mego, która była jedynym relatywnie jasnym pomieszczeniem w naszym mieszkaniu, udało mi się rozstawić parę teł i w warunkach partyzancko-polowych dokończyć swoją pracę;) Lody, jak można się domyślić, nie chcą współpracować, a tu jeszcze trzeba było akurat koszyczek święcić i lecieć na ‚obchód po grobach Pańskich’, więc określenie ‚na wariackich papierach’ pasuje do tej sesji jak żadne inne:) No ale! Koniec końców, udało się! A lody były tak nieziemsko dobre, że wynagrodziły mi każdą sekundę sesyjnej nerwówki:)

A poniżej parę moich ulubionych shotów:)

lodi1 lodi3 lodi2 lodi4


babeczki z czekoladą

baby7Ostatnio ostro pastwię się nad moim nowym czarnym tłem, nie da się ukryć. Ale uwielbiam je, wprost kocham miłością żywą i gorejącą. Ma taką piękną fakturę i potrafi przybierać zachwycające odcienie w zależności od oświetlenia i obróbki. Superlatywy pod jego adresem mogłabym mnożyć, ale dziś rozchodzi się o ciastka. Podobne widziałam kiedyś w sklepie Biedronka i, nie wiedzieć czemu, strasznie mi się spodobały. Może przez te chipsy czekoladowe, a może przez te śliczne, brązowe papierki? W każdym razie, postanowiłam odtworzyć je po swojemu, posiłkując się przepisem z bloga White Plate. A przygotowałam je na prośbę Sonii, która zaproponowała mi przedstawienie mojej, nazwijmy górnolotnie, twórczości, na swoim blogu🙂

Babeczki z chipsami czekoladowymi

  250 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g roztopionej gorzkiej czekolady (70%)
2 jajka
100 g cukru trzcinowego
200 ml jogurtu
100 ml gazowanej wody mineralnej
90 g roztopionego masła
parę kropel esencji lub aromatu waniliowego (lub cukru wanilinowego)
1/2 łyżeczki soli
150 g chipsów czekoladowych
papierki do pieczenia

Mąkę wymieszałam z proszkiem do pieczenia, cukrem i solą. Dodałam masło, jogurt, jajka, wodę mineralną, aromat waniliowy, a do połowy masy roztopioną czekoladę. Składniki dobrze połączyłam, a następnie wrzuciłam do powstałej masy chipsy czekoladowe i delikatnie wymieszałam.

Formę do babeczek wyłożyłam brązowym papierem do babeczek i przelałam ciasto.

Babeczki piekłam 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 200°C. 

baby6 baby5 baby4 baby3 baby2 baby1


sałatka z botwiny

botwa

Niedawno stanęłam przed wyzwaniem przygotowania zdrowej botwinkowej potrawy dla portalu Hello zdrowie. Przyjęłam ją z radością, gdyż buraczki od niedawna, będąc szczerą, są bliskie memu sercu. Postawiłam na dość klasyczne, ale wyjątkowo udane, w moim mniemaniu, połączenie. Trochę słodkości, trochę  pikanterii – to nie może nie zadziałać:)


Kuchnia w maju

kur1

Ze znacznym poślizgiem, biję się w pierś, zapraszam do nowego numeru Magazynu Kuchnia. W związku z tą sesją mój dom przemienił się na kilka dni w prawdziwą, pachnącą piekarnię. Ciasta i chleby rosły na potęgę i momentami wręcz nie mogłam ich ujarzmić, ale muszę przyznać, że przepisy, które otrzymałam od Redakcji były wybitnie świetne i wszystkie wypieki znikały w zastraszającym tempie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Okrągły chlebek z pesto wszedł już na stałe do mojego kulinarnego repertuaru i zdążył obskoczyć parę imprez budząc powszechny zachwyt. Jak dodać, że jego przygotowanie jest banalnie proste, czego zupełnie nie zdradza spektakularny efekt końcowy, to po prostu nie można go nie spróbować:)

kur4 kur2 kur3


Voyage do Szkocji

paski z whisky1

Dziś zapraszam na parę zdjęć, które, wraz z przepisami miałam przyjemność przygotować dla magazynu Voyage. Jak Szkocja, to mroczny klimat i mięsne potrawy – coś w sam raz dla mnie:D Szukanie przepisów na popularne w tym kraju jednogarnkowe dania, a potem fotografowanie tych smakołyków dały mi nadspodziewanie wiele radości. To było zdecydowanie to, co lubię. A same potrawy? Delicje! Przyciężkawe, przytłustawe, ale dalej delicje! Paski wołowiny podsmażone z whisky zawojowały moje podniebienie do szaleństwa, ale duszone warzywa z kiełbasą, gęsty krupnik i jajka po szkocku w chrupiącej skórce także „dały radę” i to bardzo. Zachęcam zatem do lektury magazynu, a tam znajdziecie przepisy i więcej zdjęć:)

scotch broth1 jajka3 stovies2


ciasteczka owsiane z truskawkami

ciacho2

O ile szczerze nie cierpię owsianki – chociaż dawałam jej niejedną szansę, o tyle ciasteczka owsiane podbiły moje podniebienie i nieprzerwanie towarzyszyły mi przez całą jesień i zimę. Do płatków owsianych, jako takich, mimo usilnych prób i naprawdę otwartego serca, nie zdołałam się przekonać. Jednak przeistoczone w cudowny sposób w ciastka zyskują zupełnie nowe oblicze. To aż niewiarygodne, jak pod pływem temperatury te niepozorne ziarenka przepoczwarzają się w istną ambrozję o chrupiącej, złotej skórce i miękkim, lekko ciągnącym się wnętrzu!

Jesienią dorzucałam do nich orzechy włoskie i laskowe, a kiedy za oknem nie topniał śnieg i rozbrzmiewał dźwięk kolęd – przyprawy korzenne, kandyzowaną skórkę pomarańczową albo suszoną żurawinę. Teraz, kiedy nareszcie cieszymy się wiosną, postanowiłam dodać do nich nieco świeżości. Pokrojone drobno truskawki sprawdziły się znakomicie. Wprowadziły kwaskową, orzeźwiającą nutę i sporo smaku wiosny!

A porzucając ten błogi temat i wracając do turpizmu –  ja znów „leżakuję” złożona chorobą. Tym razem rumień guzowaty na nodze. Nie pierwszy w tym roku. Ale na szczęście mam sporo nagotowanego niedawno dosyć dobrego gulaszu, więc głód nam w oko nie zajrzy dopóki się nie wyliżę z tej niemocy. No i wreszcie założyłam Instagram🙂 Jeszcze mało się tam dzieje, bom zupełnie raczkująca, ale planuję wrzucać tzw. bekstejdże oraz jakieś krakowskie i nie-krakowskie migawki, więc serdecznie zapraszam:)

A dzisiejszy przepis wykonałam dla nowego numeru prześlicznego Magazynu Spring Plate pod redakcją wyjątkowo zdolnej Veroniki Grzegorzewskiej. W magazynie jest tak dużo cudownych zdjęć polskich blogerów i blogerek, że po prostu muszę polecić zaglądniecie do tej wiosennej publikacji:)

ciacho1

Ciasteczka owsiane z kosem i truskawkami

200 g miękkiego masła
¾ szklanki cukru trzcinowego
1 jajko
1 łyżeczka esencji waniliowej
1 szklanka mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
2 szklanki płatków owsianych
1 i ½ szklanki wiórków kokosowych
4-5 truskawek
cukier puder do posypania

Masło ubijamy z cukrem na puszysty krem, dodajemy jajko oraz esencję waniliową i mieszamy. Dodajemy mąkę, proszek do pieczenia, sól, płatki owsiane i kokos oraz pokrojone w drobną kostkę truskawki i ponownie dokładnie mieszamy. Powinniśmy otrzymać gęstą, dość lepką masę.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia, a z masy formujemy kulki, które następnie nieco spłaszczamy.

Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180°C przez 12 minut.

Kiedy ciastka przestygną, posypujemy je cukrem pudrem.

ciacho3


Obrazek

rzodkiew

rzodkiew


koktajl malinowy z rozmarynem

koktajl3

Od mych czasów pacholęcych zawsze niezwykłą radością napawała mnie wiadomość, że wybieramy się rodzinnie do koktajlbaru. Bywało to zwykle oczywiście w niedziele, a na naszym stoliku niezmiennie lądowała galaretka albo owoce z bitą śmietaną. Ja zaś zawsze zamawiałam koktajl. Najchętniej truskawkowy albo borówkowy. Czasem na śmietanie, ale najlepiej trochę lżejszy i bardziej płynny przygotowywany na bazie maślanki albo kefiru. Ileż to razy, nawet gdy już stałam się dużą dziewczynką, idąc z koleżankami czy też Mężem mym do „Kamy”, „Czarodzieja” bądź „Arlekina” planowałam uraczyć się jakąś inną słodkością! Jednak nazwa koktajlbar działa na mnie niczym imperatyw;) Wierzcie lub nie, ale jak sięgnę pamięcią, nigdy nie skusiłam się na nic innego. I chyba się nie zanosi. Absolutnie nie śmiałabym odmówić czaru kolorowym tortom i ciastkom oraz bosko udrapowanej bitej śmietanie! Jednak skromny koktajl o pastelowej barwie to niezaprzeczalnie rarytas, obok którego nie przejdę obojętnie!

Koktajle często robię też w domu. Całą zimę posiłkuję się owocami mrożonymi i jak najbardziej chwalę sobie takie rozwiązanie. Rzecz ekspresowa, a przypomina smaki lata. A dzisiejsza, malinowa wersja wzbogacona jest odrobiną rozmarynu, który nadał całości trochę leśnego aromatu. Jak dla mnie – połączenie idealne:)

koktajl5 koktajl2 koktajl1


szybkie lody z Baileysem

lodziory1

Chyba niepostrzeżenie przyszła wiosna. Co roku ta sama radość, że można robić zdjęcia chociaż o pół godziny dłużej przy naturalnym świetle, a grubą pelisę (którą akurat bardzo lubię) zmienić na lżejszy płaszcz. Znów tli się nadzieja, że zacznę się zdrowo odżywiać i wysypiać. Bo przecież wiosna, to nowy początek i szansa, by wreszcie coś ulepszyć.

A teraz, jak nakazuje tradycja, kącik chorowitego hipochondryka;) Od blisko tygodnia mierzę się z sytuacją dla mnie nietypową i trudną, acz dla mego otoczenia być może nawet korzystną. Straciłam głos i rad nie rad – musiałam zamilknąć. Nie był to jednak najlepszy moment zważywszy na to, że w ubiegły weekend hucznie obchodziliśmy 5. rocznicę śmierci mojego Dziadka Jaśka Nowaka, muzyka. Jak muzyka, to muzycznie. Kuzynka ma zorganizowała sporą imprezę w hołdzie Dziadkowi i zaangażowała weń m.in. wszelakie nasze rodzinne zespoły, w tym mój. A ja bez głosu! Ostatecznie wycharczałam coś do mikrofonu, ale nagrań nie pragnę odsłuchać;) Cóż, moja gardziel coraz częściej daje mi do zrozumienia, że pracą się brzydzi, a ja powinnam poszukać innego zawodu;) Ale podobno na chore gardło dobre są lody, więc mam lody!

Przepis podaję za blogiem Strawberries From Poland.

Ps. Mieszając lody stwierdziłam, że dorzucę do nich pokruszone orzechy włoskie, które zostały mi jeszcze z Bożego Narodzenia. To tak ewentualnie, bo wiem, że nie każdy lubi.

lodziory4 lodziory3 lodziory5 lodziory2


‚Kuchnia’ w marcu

marzec3

Magazyn KUCHNIA przeszedł ostatnimi czasy mały lifting i najnowszy numer, który od kilku dni jest do nabycia, to już odświeżona Kuchnia w nowej odsłonie:)

Ja tym razem zmierzyłam się z klasyką, a mianowicie z crème pâtissière. Pomysł Redakcji był taki, by przygotować podstawowy krem cukierniczy, a następnie wykorzystać go do produkcji smakołyków znanych na całym świecie. Były więc eklery, mille-feuille i inne pyszności, które, mając bazowy krem, robi się szybko, łatwo i przyjemnie. Przyjemnie też się zjada – nie będę ukrywać;)

Przygód, jak zwykle, było kilka, ale najboleśniejsza była ta, kiedy zamiast pięknie wyrośniętych eklerków, z piekarnika wyjęłam naleśniki… Okazało się, że nie wystudziłam należycie masy ptysiowej i ciacha ni mniej ni więcej, po prostu klapły! Dlatego jeśli zdecydujecie się skorzystać z przepisów, a tak jak ja jesteście eklerkowymi lajkonikami, nie powtórzcie przypadkiem mojej gafy i dajcie ciastu trochę czasu:) Samego kremu natomiast dwukrotnie musiałam dorabiać. Był tak pyszny, że jedna łyżka trafiała do deserów, a druga wprost do mojej paszczy. Dlatego też nauczona doświadczeniem, polecam przygotować od razu więcej!

Polecam zatem nową Kuchnię, bo tam już zdecydowanie pachnie wiosną! A poniżej parę dodatkowych zdjęć z sesji.

marzec6 marzec1 marzec5 marzec4

Miałam też okazję przygotować zdjęcie promocyjne dla marki TaoTao, z którą również współpracuję:)

marzec2


fasola z chili i topinamburem

fas1

Niby nie jest zimno, a ciągle marznę. Może to przez tę wilgoć w powietrzu? Dziwnie się czuję, kiedy świeci słońce, a ja coraz szczelniej owijam się szalikiem i coraz głębiej naciągam baranią czapę. Ale nie czarujmy się, mogło być o wiele gorzej. Póki w domu czeka na mnie czynny kaloryfer, a w barze grzane, korzenne piwo, to naprawdę nie godzi się narzekać.

Ostatnio mało gotuję dla siebie (to absolutnie nie narzekanie, bo kocham tę robotę:)), bo ani nie ma okazji ani czasu. Dlatego kiedy ostatnio przygotowałam barszcz zabielany od podstaw i ostrą fasolę, to byłam z siebie tak dumna, jakbym co najmniej skończyła porzucony przed kilku laty doktorat. Miła odmiana po mrożonych pierogach (żeby to jeszcze własnej produkcji…), którymi blogerka kulinarna karmi siebie i męża;)

fas2 fas3


walentynkowa ‚Kuchnia’

kuu2

KUCHNIA w lutym jest wyjątkowo smaczna! Karnawałowa i walentynkowa. Jako że jestem raczej mało romantyczna – ubolewam! – bardzo się ucieszyłam, że tym razem w udziale przypadły mi grzeszne, bo smażone w głębokim tłuszczu przysmaki, a nie kolorowe serduszka;) Tuczące to koszmarnie, ale polecam, bo sama zajadałam się tymi smakołykami, aż mi się uszy trzęsły! Doszłam do wniosku, że raz w roku, w karnawale można zaszaleć. A nawet trzeba! Po przepisy odsyłam oczywiście do magazynu:) A dla tych, co lubują się w serduszkowych i słodszych klimatach również w nowym numerze się sporo znajdzie:)

A poniżej tradycyjnie parę ujęć z sesji:)

kuu3 kuu4 kuu5 kuu6 kuu1


czekoladowe łyżeczki

łyżeczki czekoladowe1

W Krakowie zima nadal nie zaszczyciła nas swoją obecnością. Sama nie wierzę, że to piszę, ale teraz to już chyba wolałabym wiosnę, nawet kosztem pominięcia śniegu. Śnieg, to ja lubię na Święta. I mam tu na myśli Boże Narodzenie;) Teraz już mi nie zależy. I chociaż temperatura, jak dla mnie, panuje wymarzona, to – dziwnie mi to pisać – chciałabym trochę słońca na ołowianym niebie.

Zimy nie ma, ale od tak dawna marzyłam o zimowych czekoladowych łyżeczkach do rozpuszczania w gorącym mleku, które już dość dawno zauroczyły mnie na blogu Call Me Cupcake, że przymknęłam oko na fakt, że rogrzanie po powrocie z pracy czy zakupów nie jest mi konieczne. Niby nic, przepis w zasadzie żaden, bo cóż to za filozofia rozpuścić trochę czekolady? A jednak cieszy. Cieszy swoją urodą, a jeszcze bardziej tym, jak po zanużeniu w mleku zmienia je w gorącą czekoladę.

łyżeczki czekoladowe2 łyżeczki czekoladowe5 łyżeczki czekoladowe4 łyżeczki czekoladowe3


wiśnie w czekoladzie

wiśnie4

Wiśnie się wyczekały. I to bardzo. Raczyłam się nimi bez opamiętania grubo przed Świętami, ale nie było okazji wspomnieć o nich tutaj. Cóż, klimat zdjęć nie pozostawia złudzeń co do tego, że miały znaleźć się tu nieco wcześniej. Są natomiast później i co im zrobicie?;)
Pyszne, soczyste wiśnie przesycone alkoholem ostały się po pędzonej przez Oćca latem wiśniówce, po której również pozostało już tylko wspomnienie. Mgliste, choć w odcieniach purpury. Wisienki mają jednak ten niezaprzeczalny plus, że i nimi idzie się nabombić, a w dodatku jest w co wbić ząb. Są niezwykle mięsiste i pełne letnich aromatów, a jak jeszcze je oblać czekoladą, to nawet nie chcę mówić!
Jeśli więc dysponujecie zapasem alkoholizowanych wiśni, koniecznie zamoczcie je w płynnym przysmaku Montezumy;) To zdecydowanie przysmak godny bogów;)

wisienki1 wiśnie3

 


styczniowa ‚KUCHNIA’ i świąteczne życzenia

kuchn1
Od paru dni można już nabyć nowy numer Magazynu Kuchnia. Czeka tam oczywiście masa przepisów i zdjęć, a między innymi cztery dania sfotografowane przeze mnie. Dania bardzo miłe, bo związane z wspomnieniami Redakcji wywołanymi nadchodzącym (dość powoli;)) Dniem Babci. Sesja była wyjątkowo ekspresowa, ale, o dziwo, obyła się bez niespodzianek, chociaż dla szczerości muszę przyznać, że zmierzenie się z nereczką cielęcą było dla mnie poważnym wyzwaniem, oj poważnym! Ale uspokajam, do reszty przpisów nie trzeba być człowiekiem o mocnych nerwach;) A i rolada z ową nereczką znalazła ostatecznie we mnie wielbiciela, więc bardzo zachęcam Was do sięgnięcia po nową KUCHNIĘ i wypróbowania przepisów, bo warto!

Już zaraz wigilia i Święta, więc pewnie każdy z Was będzie miał wreszcie chwilę, żeby odpocząć, czego serdecznie Wam życzę. No i oczywiście, tradycyjnie: wszystkiego świątecznego:)

kuchn3 kuchn4 kuchn2


pierogi z cebulą i makiem

cebula1

Ostatnie pierogi to te, które z całej serii dla Magazynu Spring Plate chyba najbardziej mi smakowały. Do przygotowania takiego farszu zainspirowały mnie tradycyjne lubelskie cebularze. Kto lubi cebulę i mak, ten nie będzie miał im nic do zarzucenia:) Na naszym stole w te Święta również wylądują, bo ja akurat jestem z tych, którzy nie mają im nic absolutnie do zarzucenia!

Ciasto na pierogi (około 90 sztuk)

1 kg mąki pszennej
2 łyżki oleju roślinnego
łyżeczka soli
ciepła woda – około półtorej szklanki, ale raczej należy jej ilość dozować „na wyczucie”

Z mąki usypujemy kopczyk, dosypujemy sól. W kopcu robimy wgłębienie, w które wlewamy olej oraz stopniowo wodę. Zagniatamy elastyczne ciasto regulując ilość wody i mąki. Wyrabiamy około 10 minut, aż będzie zupełnie gładkie. Gotowe ciasto przechowujemy owinięte szczelnie ściereczką.

Ciasto cienko rozwałkowujemy na posypanej mąką stolnicy i za pomocą kieliszka wykrawamy z niego koła, w których będziemy zamykali farsz (po około łyżce), składając je na pół i zawijając dokładnie brzegi. Gotowe pierogi gotujemy w dużej ilości osolonego wrzątku. W zależności od rodzaju farszu przez 3-6 minut od momentu wypłynięcia na powierzchnię.

Świąteczne pierogi możemy podać z kwaśną śmietaną, podsmażoną na złoto cebulą, boczkiem lub skwarkami.

Farsz cebulowo-makowy

5-6 cebul
pół szklanki maku
1 łyżeczka octu balsamicznego
bułka tarta do zagęszczenia
2 łyżki cukru
sól, czarny pieprz, tymianek
olej do smażenia

Cebule kroimy w piórka i wrzucamy na rozgrzany olej. Doprawiamy solą, pieprzem, tymiankiem, cukrem i octem balsamicznym. Dorzucamy mak i dusimy, aż płyny się zredukują, a farsz się zagęści. Jeśli nadal jest zbyt luźny, możemy dosypać nieco bułki tartej. Po przestygnięciu farsz gotowy jest do napełniania nim pierogów.

cebula2


pierogi z żurawiną i serem camembert

żurawina3

Dziś kolejna pierogowa odsłona z serii dla Magazynu Spring Plate. Tym razem żurawina i ser pleśniowy. Ogromnie lubię to połączenie, a zamknięte w cieście również mnie nie zawiodło. Chociaż były to pierogi eksperymentalne, to pojawią się również na wigilijnym stole.

Rano wraz z Gregorem ubraliśmy choinkę. Małą i pachnącą. Lubię co roku mieć „choinkowy temat przewodni” i tym razem jest to klimat przaśny i ludowy. Czerwień i złoto, kokardki i ozdoby ze słomy, juta i drewniana skrzynia. O takiej choince marzyłam w te Święta i tak, jest idealna:) Teraz oglądam komedię romantyczną i piję bezalkoholowy grog, ale to tylko krótka chwila odpoczynku od pracowej i wigilijnej gorączki. Już za moment trzeba będzie znów być zwartym i gotowym. Ale nie dziś wieczór:)

Ciasto na pierogi (około 90 sztuk)

1 kg mąki pszennej
2 łyżki oleju roślinnego
łyżeczka soli
ciepła woda – około półtorej szklanki, ale raczej należy jej ilość dozować „na wyczucie”

Z mąki usypujemy kopczyk, dosypujemy sól. W kopcu robimy wgłębienie, w które wlewamy olej oraz stopniowo wodę. Zagniatamy elastyczne ciasto regulując ilość wody i mąki. Wyrabiamy około 10 minut, aż będzie zupełnie gładkie. Gotowe ciasto przechowujemy owinięte szczelnie ściereczką.

Ciasto cienko rozwałkowujemy na posypanej mąką stolnicy i za pomocą kieliszka wykrawamy z niego koła, w których będziemy zamykali farsz (po około łyżce), składając je na pół i zawijając dokładnie brzegi. Gotowe pierogi gotujemy w dużej ilości osolonego wrzątku. W zależności od rodzaju farszu przez 3-6 minut od momentu wypłynięcia na powierzchnię.

Świąteczne pierogi możemy podać z kwaśną śmietaną, podsmażoną na złoto cebulą, boczkiem lub skwarkami.

Farsz z sera camembert i żurawiny

150 g sera camembert
szklanka żurawiny
sok z połowy limonki
4 łyżki cukru
sól, czarny pieprz

Żurawinę wrzucamy do rondla o grubym dnie, zasypujemy cukrem i dodajemy sok z limonki. Podgrzewamy, aż cukier się rozpuści, a żurawina puści nieco soku. Zmniejszamy ogień i redukujemy płyn – żurawina musi być dosyć gęsta (w razie potrzeby możemy zagęścić ją niewielką ilością skrobi ziemniaczanej rozpuszczonej w wodzie – utworzy nam się coś na kształt kisielu). Ser kroimy na drobne kawałki. Do każdego kółka z ciasta wkładamy po kawałku sera i po łyżeczce żurawiny.

żurawina1 żurawina2


pierogi z kapustą i grzybami

kapusta2

Dziś pojawił się nowy numer Magazynu Spring Plate w puchowej, świątecznej odsłonie. Kipi przepisami i zdjęciami pełnymi zimowego uroku wykonanymi przez super-zdolnych blogerów. Są też pomysły na dekoracje i upominki bożonarodzeniowe, jest coś do poczytania i dużo, dużo więcej. A najlepiej zajrzyjcie sami, bo magazyn wygląda wyjątkowo ładnie i „przytulnie”:)

Do tego wydania przygotowałam trzy rodzaje pierogów z bardziej lub mniej tradycyjnymi farszami, które mam nadzieję w najbliższych dniach opublikować również na blogu, wraz z dodatkowymi zdjęciami, które nie weszły do magazynu. Na pierwszy ogień idą pierogi bardzo standardowe, z nadzieniem z kapusty i grzybów, których nigdy nie może zabraknąć na naszej wigilii. W pełni zdaję sobie sprawę, że każdy przygotowuje je w swój własny sposób. Nawet mam poważne obawy przed podawaniem przepisu na ciasto, z którego korzystam, bo wiem, że każdy ma swój, ten jedyny i najlepszy. Pierogi, to jedno z tych dań, które robi się „po swojemu” i może tu kryje się nawet ich urok. Jeśli jednak Ktoś z Was miałby ochotę wypróbować takich „po mojemu”, to serdecznie zapraszam:)

W Krakowie natomiast śniegu ni hu hu, ale przynajmniej zimowe dekoracje w sklepach, jarmark świąteczny (byłam już z Bratem na „tradycyjnym kręconym ziemniaku”:)) i rozświetlony rynek przypominają, że Boże Narodzenie blisko:) Ostatnio wiele czasu spędziłam pracując przy zupełnie nie-świątecznych sesjach zdjęciowych, więc tym bardziej trudno mi wskoczyć w ten wyczekiwany i przecież TAK MAGICZNY świąteczny klimat! Dziś wreszcie wywiązałam się z wszelkich umów przewidzianych na ten rok, więc od jutra rozpoczynam wywlekanie ozdób choinkowych. A jak już kupimy z Gregorem drzewko i zacznie pachnieć, to nawet biały puch nie będzie konieczny, żeby poczuć atmosferę Bożego Narodzenia:)

Ciasto na pierogi (około 90 sztuk)

1 kg mąki pszennej
2 łyżki oleju roślinnego
łyżeczka soli
ciepła woda – około półtorej szklanki, ale raczej należy jej ilość dozować „na wyczucie”

Z mąki usypujemy kopczyk, dosypujemy sól. W kopcu robimy wgłębienie, w które wlewamy olej oraz stopniowo wodę. Zagniatamy elastyczne ciasto regulując ilość wody i mąki. Wyrabiamy około 10 minut, aż będzie zupełnie gładkie. Gotowe ciasto przechowujemy owinięte szczelnie ściereczką.

Ciasto cienko rozwałkowujemy na posypanej mąką stolnicy i za pomocą kieliszka wykrawamy z niego koła, w których będziemy zamykali farsz (po około łyżce), składając je na pół i zawijając dokładnie brzegi. Gotowe pierogi gotujemy w dużej ilości osolonego wrzątku. W zależności od rodzaju farszu przez 3-6 minut od momentu wypłynięcia na powierzchnię.

Świąteczne pierogi możemy podać z kwaśną śmietaną, podsmażoną na złoto cebulą, boczkiem lub skwarkami.

Farsz z kapusty i grzybów

500 g kiszonej kapusty
30 g suszonych grzybów
2-3 cebule
sól, czarny pieprz
olej do smażenia

Grzyby namaczamy w wodzie zgodnie z opisem na opakowaniu. Odsączamy. Na patelni podsmażamy dokładnie odciśniętą, poszatkowaną kapustę, pokrojoną w piórka cebulę oraz drobno pokrojone grzyby. Doprawiamy i smażymy do momentu, kiedy odparuje jak najwięcej płynów, a masa stanie się gęsta. Kiedy przestygnie, nadaje się do faszerowania.

kapusta1


uszka 2013

uszka2013
Parę godzin ciężkiej pracy w pocie czoła, ale wraz z Babcią nalepiłyśmy masę uszek dla całej rodziny:) Zamrożone, czekają już na swój Wielki Dzień, a ja mam nadzieję, że mi się nie rozpadną w czasie gotowania! Co prawda jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło, ale co roku mam wrażenie, że to właśnie będzie ten pierwszy raz. Ale może nie;)


świąteczne babeczki z żurawiną

świąteczne babeczki1
W tym roku wigilia u mnie (tzn. u mnie i Gregora). Już nie po raz pierwszy, więc stresu nie ma. Chrzest bojowy przeszłam 4 lata temu, kiedy pierwszy raz podejmowałam Rodzinę na tej wyjątkowej wieczerzy. W noc poprzedzającą spotkanie robiłam jeszcze ostatnie pranie, piekłam placek i kończyłam gotować barszcz, kiedy awaria instalacji elektrycznej wzięła mnie z zaskoczenia (wszystkie sprzęty naturalnie na prąd). Do rana zostałam bez prądu, z plackiem na wpół upieczonym i z rozmrożonymi uszkami… Ale zachowałam zimną krew – przy świeczkach dekorowałam mieszkanie i wreszcie się wyspałam. Takie przeciwności losu nie są w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, ale liczę, że w tym roku nie zostanie mi zaserwowana powtórka z rozrywki.

Oprócz planów, jeszcze niczego nie przygotowałam. Nie miałam czasu. W sobotę udało mi się zdemontować moje mikro-studio mieszkaniowe po zakończonej dużej sesji z udziałem dżemów i nawet trochę posprzątać. Uwielbiam te sesje, ale trzeba przyznać, że w ich czasie wszystko wokół wygląda jak pobojowisko, a przez pokój trzeba przemieszczać się slalomem. W czwartek lepię z Babcią pierogi – już się umówiłyśmy, a reszta w swoim czasie. Tak sobie mówię.

Po „dżemowych zdjęciach” zostało mi nieco kruchych babeczek. Dorobiłam do nich najzwyklejszą budyniową masę z dodatkiem likieru jajecznego i żurawiny. Oprócz pomarańczy i mandarynki, to ona najbardziej kojarzy mi się ze Świętami. Głównie przez kolor. Czarny, czerwony i biały, to jedno z moich ulubionych połączeń. Nie tylko na zdjęciach, ale też w garderobie. Święta też często robię w tych barwach. Chociaż ubiegłoroczne niebiesko-fuksjowe też zawróciły mi mocno w głowie;)

świąteczne babeczki2 świąteczne babeczki3


ciasto marchwiowe z przyprawami korzennymi

marchewkowy placek1

Ech, miałam teraz bawić się na koncercie Jimmy’ego Kelly i jego trupy w Chorzowie. Miałam wraz z Gregorem zarezerwowany pokój w hotelu i plan odwiedzenia obserwatorium astronomicznego jutro rano. Wszystko jednak przepadło. Raz, że nieustannie dujący Ksawery udaremnił nam wyjazd, a dwa, że odezwał się mój jajnik (lub też moje kamienie), uniemożliwiając mi podnoszenie prawej nogi (przepraszam za ten anatomiczny wtręt na blogu kulinarnym!). Ech! Nie jestem zbyt uczuciowa, niektórzy wręcz uważają, nie wiedzieć czemu, że zimna, ale jednak dziś trochę jakby łzy stanęły mi w oczach. Ale co zrobić? Trudno. Wykorzystałam ten czas na dokończenie paru sesji i ugotowanie wreszcie normalnego obiadu (domowy makaron z sosem z sera mascarpone, brie i szpinaku:)). Znalazłam też chwilę, by zająć się paroma zdjęciami ciasta marchewkowego, które już dawno się skończyło. Ten placek, to prawie zupełnie to samo, co ten, zrobiony na podstawie przepisu z bloga Pauliny Kolondry. Jest tylko trochę bardziej bożonarodzeniowy, bo zawiera sporo przypraw korzennych i soku z pomarańczy. Również lukier, który pokrywa ciasto jest przygotowany na bazie soku pomarańczowego. Wydaje mi się, ze mogę spokojnie zaliczyć go do „epatowania Świętami”;)

A tak na marginesie, to marchew chyba nie przestanie mnie zadziwiać. Na surowo, mówiąc oględnie, mało mi smakuje, jednak przerobiona na zupę lub ciasto zyskuje zupełnie nowe, niezwykle pyszne oblicze. Tak pyszne, że trudno się jej oprzeć!

marchewkowy placek2 marchewkowy placek3


orzechy w karmelu

orzechy1

W stróżańskiej hacjendzie moich Rodziców orzech w tym roku obrodził co nie miara. Gdzie się nie postawiło stopy, słychać było w trawie charakterystyczne „chrupnięcie” łamanej łupiny. Takie świeże, wilgotne i brudzące palce podczas zdzierania w pocie czoła nawet reszteczki gorzkiej skórki są narkotycznie wciągające. Ostatnio siedziałm na ziemi wśród stosu orzechów, jak okiem sięgnąć, i zapamiętale wyłuskiwałam słodkie kawałeczki, chociaż i kolor i ból mych palców wołały o pomstę do nieba. Niestety, nie mogłam się powstrzymać:)

O ile Ojce me zacne chętnie eksperymentują z nalewkami i destylatami owocowymi, tak orzechy włoskie nie doczekały się nigdy przerobienia na alkohol, dlatego zwykle lwia ich część ulega zepsuciu. W tym roku, jako że chłód tęgi zawitał w bramy Krakowa, przypomniał mi się zapach unoszący się nad świątecznym jarmarkiem. Zapach korzeni, grogu i orzechów w karmelu. A Matczysko moje, jakby mi w myślach czytało, przekazało mi całą torbę wyłuskanych już orzechów włoskich, do których dorzuciłam zalegające na półce laskowe i nie mniej, ni więcej, usmażyłam je w karmelu. Z solą. Jest to połączenie bardzo popularne (nawet nie wiem, czy czasem moda ta już nie przebrzmiała), ale jakże udane! A to pisząc właśnie delektuję się smakującym świętami orzeszkiem i cieszę się, że tyle ich tego roku uratowałam:)

A tymczasem pracy znowu fura, więc zaciskam zęby i jak mogę staram się znów zdążyć przed ścigającymi mnie terminami. Koniec roku, więc jak zwykle wszystko się nawarstwia. Nawet ja się „nawarstwiam” kolejnymi swetrami, grubymi skarpeciochami i moim ciepłym, wojskowym plaszczem. Myślę nawet nad wygrzebaniem baraniej czapy;)

orzechy2 orzechy3jpg