jedzonko

bulion z kaczki z makaronem udon

udon2

Chiński Nowy Rok, a ja świętuję japońskim udonem… no w końcu makaron wywodzi się z Chin, c’nie? 😉

Chyba nie ma sensu, żebym kolejny raz rozpisywała się nad tym jak niesamowicie kocham zupy noodlowe. A kocham jak stąd do Azji! Jak się dobrze przyjrzeć, to podstawa mojej diety. Zmieniają się oczywiście rodzaje makaronu, bulionu i dodatki. Żeby nie było nudy. Chociaż nuda, to chyba ostatnie słowo, jakie przychodzi mi do głowy myśląc o pysznym rosole. To nie ma prawa się znudzić.

bulion z kaczki z makaronem udon

porcja rosołowa z kaczki
1 marchew
1 por
1 pietruszka
1 kawałek kory cynamonu
2 gwiazdki anyżu
4 strączki kardamonu
4 ząbki czosnku
2 grzyby shiitake
4 cm imbiru
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka chińskiej mieszanki 5 smaków
1/2 łyżeczki płatków chili
sól himalajska

makaron udon

jajko ugotowane na półtwardo
kiełki fasoli mung
1 płat nori
kolendra
szczypiorek
sezam

Kaczkę wkładamy do dużego garnka. Dodajemy warzywa pokrojone na spore kawałki, imbir pokrojony w plastry, czosnek oraz przyprawy, oprócz sosu sojowego.

Gotujemy na małym ogniu przez około 3 godziny, aż wywar stanie się bardzo esencjonalny, usuwając szumy. Przecedzamy i doprawiamy sosem sojowym.

Oddzielamy mięso z kaczki od kości, rwiemy na kawałki wzdłuż włókien.

Przygotowujemy udon według opisu na opakowaniu. Wkładamy do miseczek. Wkłądamy również mięso. Zalewamy bulionem. Dodajemy połówkę jajka, posiekany szczypiorek, listki kolendry, kiełki, pokrojony na małe kwadraty płat nori, pokrojoną marchew i grzyby shiitake. Posypujemy podprażonym sezamem.

udon1


dim sum z kuskusem i krewetkami

dim-sum1

Wszelkie dim sumy wielbię bardzo. Wszelkie pierożki również. Odwiedzam nieraz miejsca specjalizujące się w nich w Krakowie, ale sama też robię w domu. Powodowana jedynie skromnością nie będę wspominać, że ja jestem głównym „uszkarzem” mojej rodziny i gdy przychodzą Święta, ochoczo zakasuję rękawy i działam. Aż pobiję rekord. Wtedy mogę spocząć.

Lubię zarabiać ciasto i obserwować jak z tych okruchów, którym z początku nie daję szans i wątpię, że uformują elastyczną kulę, jednak elastyczna kula powstaje. Lubię też mieszać mąki i redukować gluten. Nie, żeby mi coś był winien, ale tak dla eksperymentu. A i mądre głowy mówią, że przesada nie jest wskazana (ja tam nie byłabym taka pewna…). Wiedziona chyba dzikim szałem, otrzymałam tym razem miszung tego, co następuje: mąki pszennej, pszennej pełnoziarnistej i kokosowej. Wcale zacna rzecz!

pierożki dim sum z kuskusem i krewetkami

1/2 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
1/2 szklanki mąki kokosowej
4 łyżki oleju kokosowego
ok. 3/4 szklanki wody (albo więcej)
1 łyżeczka soli himalajskiej

1 szklanka kuskusu namoczonego w bulionie
(najlepiej z pancerzy krewetek)
1oo g krewetek tygrysich
2 dymki
2 papryczki chili
2 ząbki czosnku
1/2 łyżeczki chińskiej mieszanki 5 smaków
1 łyżeczka sosu rybnego
1 łyżka oleju kokosowego

Maki łączymy dodajemy sól oraz olej, robimy wgłębienie i powoli wlewamy wodę mieszając ją z mąką. Zagniatamy wyżej wspomnianą elastyczną kulę (kilkukrotnie tracąc nadzieję na powodzenie przedsięwzięcia). Przykrywamy ściereczką i odkładamy.

Na patelni rozgrzewamy olej kokosowy. Wrzucamy poszatkowane chili i przeciśnięty przez praskę czosnek, a następnie krewetki pokrojone na mniejsze kawałki. Chwilę podsmażamy doprawiając sosem rybnym i mieszanką 5 smaków. Dodajemy kuskus i posiekaną dymkę. Dokładnie mieszamy i odstawiamy do przestygnięcia.

Ciasto wałkujemy cienko, wykrawamy kółeczka. Na środek każdego nakładamy farsz i sklejamy w sakiewkę.

Sakiewki parujemy przez około 10 minut.

dim-sum2


samosy dyniowe

samosy1

Samosy zawsze robię z Dorotką. Z bliską mi duszą, tą samą, która na mnie niemiłosiernie psioczy, jakobym była tyranem w kuchni i za każdy nierówno sklejony pieróg wtrącała do lochu i skazywała na wieczne kulinarne potępienie. Do lochu, to bym najwyżej odesłała za głoszenie takich kalumnii! No może faktycznie wymsknie mi się nieraz jakieś delikatne napomnienie, żeby staranniej, żeby dokładniej, lub jeszcze delikatniejszy komentarz, że może ja jednak sama będę lepić, a niech ona lepiej smaży… ale przecież samosy powinny być śliczne, nawet jeśli lekko koślawe ze sznytem hołm mejd.

Przygotowywałyśmy je nieraz na akcje charytatywne ale też na zwykłe imprezy i wszędzie cieszyły się dość dużym powodzeniem. Nadzienie zwykle jest tradycyjne, wegańskie. Z ziemniakami i groszkiem, ale bogaty smak i specyficzna, jakby gęsta konsystencja sprawiają, że nawet ci co sobie z wegan urządzają podśmiechujki, jakoś nie narzekają jak przyjdzie im skonsumować jednego. Czy dwa. Czy tam siedemnaście…

Smażymy. No niestety, ta niesamowita chrupkość bierze się tylko ze smażenia. Chociaż mam pewne zakusy, żeby spróbować wersji pieczonej. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że ciasto, przed dodatek oleju w trakcie jego przygotowania nie chłonie wcale dużo tłuszczu i po jedzeniu nawet nie trzeba wycierać rąk. Przynajmniej ja, ale mama mówi, że ja to jestem paprok i dziadyga, więc może co wrażliwsi będą jednak zmuszeni dłoń obetrzeć, ale gwarantuję, że to tylko wyjątkowi esteci.

Znam wersje robione z mąki pszennej, lub mieszanej pszennej i ciecierzycowej, albo w jeszcze innych wariacjach. Fakt, mąka z ciecierzycy nie współpracuje tak dobrze jak gluten, ale mnie najbardziej odpowiada w samosach smak samej mąki z ciecierzycy, więc jestem skłonna się przemęczyć podczas lepienia. Najwyżej Dorotka dostaje trochę większą burę 😛 Zresztą, dobrze wyrobione ciasto nie powinno nastręczać większych problemów.

Dziś nadzienie z dyni i batata. To pomysł Dorotki i jakże udany eksperyment! Wspaniale współgrało z ostrym chilli, cebulą, imbirem i zielonym groszkiem.

samosy2

Dynię i batata pieczemy z dodatkiem soli i oleju.

Obieramy ze skórki i miażdżymy na papkę.

Cebulę kroimy w piórka i podsmażamy na oleju. Dodajemy poszatkowane chili, zmiażdżony czosnek, rozgniecione ziarna kolendry i starty imbir.

Cebulę dodajemy do ziemniaków. Dokładnie mieszamy i doprawiamy solą do smaku. Dodajemy również rozmrożony zielony groszek i kolejny raz mieszamy, tym razem delikatnie, by nie naruszyć groszku.

Przygotowujemy ciasto. Do ciecierzycy dodajemy sól, a następnie roztopiony olej kokosowy, wcierając go w mąkę i tworząc swego rodzaju „kruszonkę”. Następnie powoli dodajemy wodę i zagniatamy. Powinniśmy zagniatać dokładnie i dość długo, by wtłoczyć w ciasto powietrze, które podczas smażenie utworzy charakterystyczne bąbelki. Odkładamy.

Kiedy odpocznie, z ciasta formujemy małe kule, które rozwałkowujemy i przekrawamy na półkola. Każde półkole składamy na pół i sklejamy na prostym boku tworząc sakiewkę, którą napełniamy farszem. Zaklejamy z góry i formujemy trójkąt.

Samosy smażymy w rozgrzanym oleju aż staną się złote i zaczną na nich tworzyć się bąble. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu.

Najlepiej smakują świeże, z kwaskowym sosem tamaryndowym lub miętowym.

samosy3


wegańskie lody bananowo-sezamowo-korzenne

bananowe1

Lody najlepsze, kiedy jest zimno, wiadomo 😉 Nawet w czasach, kiedy ze słodyczami nie byłam za pan brat, lody zawsze znaczyły dla mnie dużo. I kremowa konsystencja i temperatura dawały mi tak przyjemne doznania, że byłam skłonna przeżyć słodkość i zawsze z dużym zdziwieniem przyjmowałam informację, że są tacy, co to nie przepadają za lodami. Serio? To tak jak nie lubić frytek. Kto nie lubi frytek?!

Nie mam na stanie maszynki do lodów, bo zwykle starcza mi jedna gałka zakupiona w lodziarni i nie prowadzę masowej produkcji domowej. Zwłaszcza, że jak mnie najdzie, to najłatwiejszą domową wersją są oczywiście wegańskie lody bananowe. Jeśli je jem, to zwykle na śniadanie. Jakoś tak pasują, może właśnie dzięki energetycznemu bananowi? A do samej masy bananowej dodaję różne składniki, żeby urozmaicić i tak już przyjemny z natury smak (oczywiście dla tych, którzy lubią banany ;)). Czasem są to owoce, ale rzadko. Najczęściej jest to kakao, karmel, masło orzechowe, krem kokosowy, tahina lub korzenne przyprawy – zwłaszcza, kiedy za oknem panuje taka aura, jak teraz 😉

wegańskie lody bananowo-sezamowo-korzenne

1 pokrojony w plastry i zamrożony uprzednio banan
1 łyka miodu
1 łyżka tahiny
szczypta soli himalajskiej
ziarenka z połowy wanilii
2 strączki kardamonu
kawałek startego cynamonu

Zamrożone banany (można dać im moment, żeby odrobinę odtajały) wrzucamy do mocnego blendera razem z łyżką tahiny, miodem i solą. Na początku pulsacyjnie rozdrabniamy, a następnie blendujemy na gładką masę.

Dodajemy wanilię, ziarenka kardamonu i cynamon i delikatnie mieszamy.

Najlepiej, jak lody wrócą jeszcze na chwilę do zamrażalnika, wtedy przyjmują prawdziwą lodową formę, ale ja najbardziej lubię je właśnie takie, prosto po miksowaniu, o konsystencji szejka.

bananowe2

 


podpłomyk ryżowy z kindziukiem, mozzarellą i białym serem

pizza-ryzowa

Kocham jesień. Nawet nie za kolory, tylko za ten zapach mokrej ziemi i za długie cienie. Rzadko jawnie narzekam na deszcz i wicher, chociaż z natury jestem zimnokrwista i przenikliwy ziąb często mi doskwiera do żywego. Ale to ta pora, kiedy wyowijam się w dziesięć warstw swetrów i pobiegnę do baru na grzane piwo. To ta pora, kiedy będę jeść dużo ramenów ( 😛 ) i sushi w tempurze ( 😛 ). Rano popijam kawę zbożową ze świeżo zakupionym likierem toffi  i ciągle jeszcze mam nadzieję na jakieś rozgrzewające bbq w terenie.

Wszystko pięknie i urokliwie, ale czasem jest tak jak dziś. Spojrzałam za okno i doznałam równie niezidentyfikowanej co głębokiej i dojmującej niechęci do wychodzenia na zewnątrz. A jeść coś trzeba. Nie ma rady. W takie dni zagłębiam się w czeluść mojej kuchennej szafki i kombinuję. I pewnie nie jestem w tej praktyce osamotniona;) Dziś przy okazji tego szperania, nie dość, że znalazłam składniki na świetny obiad, to jeszcze wreszcie wypowiedziałam wojnę molom i zrobiłam porządek we wszystkich moich mąkach, przyprawach i innych szmerach-bajerach. Nikt mi nie chce uwierzyć, więc chyba będę musiała jako dowód wysyłać fotki, ale przesypałam co się dało do słoików i pojemników, a co lepsze – opisałam 😀 Nikt nie daje wiary, jak mi Bóg miły! A mnie duma rozpiera, bo to ważny krok w mojej przygodzie kulinarnej.

Tak więc przyszedł ten dzień niechęci, a ja na obiad przygotowałam podpłomyk z mąki ryżowej i wszystkiego, co następuje:

podpłomyk ryżowy z kindziukiem i mozzarellą

ciasto:

3/4 szklanki mąki ryżowej
1/4 mąki pszennej
4 łyżki oliwy
1/2 szklanki ciepłej wody (lub tyle, ile „zabierze” mąka)
sól

dodatki:

4 łyżki sosu pomidorowego
1 łyżka słodkiego sosu chili
1/2 cebuli
3 suszone pomidory
2 ząbki czosnku
5 plasterków kindziuka
4 łyżki tartej mozzarelli
50 g białego sera
parę gałązek świeżego oregano

W misce połączyłam mąki, sól i oliwę. Dolewałam stopniowo wodę i cały czas mieszałam łyżką. Kiedy składniki zaczęły się łączyć, wyrabiałam ciasto ręka, aż stało się elastyczne. Odstawiłam pod przykryciem na 30 minut.

W tym czasie przygotowałam dodatki. Pokroiłam cebulę w półplasterki, czosnek w plasterki, a pomidory w paski. Rozkruszyłam biały ser.

Ciasto cienko rozwałkowałam i przełożyłam na blachę wyłożoną papierem pergaminowym. Na cieście rozprowadziłam sos pomidorowy i sos chili. Posypałam białym serem i połową mozzarelli. Następnie rozłożyłam równomiernie cebulę, czosnek, suszone pomidory oraz kindziuk i dodałam resztę mozzarelli.

Piekłam niecałe 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st. Trzeba sprawdzać, czy ciasto się nie robi zbyt twarde. Na koniec posypałam świeżymi listkami oregano.


tom-kha ramen

tom-kha1

Dawno nie było żadnej zupy;)

Trudno mi przeżyć jesień bez zup. W sumie rozważam poważnie od jakiegoś czasu wprowadzenie ich do menu śniadaniowego (zwłaszcza, że moje przypada zwykle na 13 po południu;)). Błyskawiczne i grzejące miso jawi mi się jako cud natury w te trudne dni, kiedy nie chce się podnieść powiek, a co dopiero siebie z łóżka.

Tak, zupy rządzą! Jak dla mnie, naturalnie najpyszniejsze z makaronem. Dlatego dzisiejsza zupa, chociaż inspirowana tajską tom-kha gai (วิธีทำ ต้มข่าไก่), zjedzona została przeze mnie ze słuszną porcją pszennego, ramenowego makaronu. Oprócz tradycyjnie występujących w tej potrawie przypraw, mleczka kokosowego (którego nie widać) i kurczaka (którego też nie widać, bo jest ukryty w pierożkach), do zupy poleciały jeszcze krewetki, wakame, czarny sezam i dymka. Co tu ukrywać, mimo że nawiązanie do oryginału dosyć luźne, ja byłam tym miksem aromatów nie tyle usatysfakcjonowana, co zauroczona:)

tom-kha ramen

500 ml bulionu drobiowego
4 łyżki mleczka kokosowego
4-5 krewetek tiger
3 cm galangalu
1/2 łyżeczki suszonych płatków chili
1 trawa cytrynowa
3 listki limonki Kaffir
1 łyżka sosu rybnego
1 „zawiniątko” makaronu pszennego
1/2 łyżki oleju kokosowego
1/2 pęczka posiekanej dymki
parę glonów wakame
1/2 łyżeczki czarnego sezamu
4-5 pierożków
(przygotowanych z ciasta pszennego zabarwionego kurkumą. Nadzieniem jest mielone mięso drobiowe doprawione białym pieprzem, sosem rybnym i poszatkowaną cebulką)

W woku rozgrzałam olej kokosowy. Dodałam utarty galangal, zmiażdżoną i drobno pokrojoną trawę cytrynową oraz chili. Podsmażyłam. Zalałam gorącym bulionem drobiowym. Dorzuciłam listki limonki Kaffir oraz sos rybny. Następnie dolałam mleczko kokosowe. Dorzuciłam makaron oraz pierożki. Gotowałam około 4 minuty, a następnie dorzuciłam świeże krewetki i glony wakame. Gotowałam kolejne 4 minuty.

Zupę podałam posypaną dymką oraz czarnym sezamem.

tom-kha2


wegańskie serniczki z nerkowców

nerkowce3

Mój słodyczowy „szał” powoli traci na impecie, ale żeby jeszcze wykorzystać jego resztki i spróbować coś, czego jeszcze nie jadłam, postanowiłam przygotować wegańskie serniczki. Już dobre parę miesięcy temu zwróciłam na nie uwagę u Jadłonomii ale wtedy jeszcze słodycze nie rajcowały mnie do tego stopnia, żeby moczyć orzechy przez całą noc, a potem bawić się w tę całą babraninę z miksowaniem. Teraz mnie wzięło i przyznaję się, że warto było się babrać! A tak szczerze, to wcale tego babrania aż tak wiele nie było. Dużo bardziej napapram, jak gotuję zwykłą zupę;)

Zrobiłam z grubsza jak Jadłonomia przykazała. Wprowadziłam parę modyfikacji, głównie w kwestii przypraw, ale nie szarżowałam, gdyż, jak nawet pewnie nie muszę dodawać, nie jestem światowej klasy ekspertem w dziedzinie wegańskich przysmaków.

Nie sądziłam, że te serniczki będą aż tak dobre. A są! Nawet jeszcze lepsze. I uwierzcie, że chociażby nie wiem jak były wspaniałe, to taka mała porcja wystarczy. Jednak co orzechy, to orzechy. Ja zjadłam dwie porcje, ale tylko z chytrości i na tak zwany wcisk;) Ale wiadomo – i w życiu i w jedzeniu kieruję się zasadą „albo wszystko albo nic”;)

spód

1/2 szklanki orzechów włoskich
1/3 szklanki daktyli
szczypta soli morskiej

masa

1/2 szklanki orzechów nerkowca
1 łyżeczka soku z limonki
4 łyżki zalewy z orzechów nerkowca
2 łyżki oleju kokosowego
2 łyżki erytrolu (lub innego słodzidła)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
1/2 łyżeczki nasion kardamonu
szczypta soli morskiej

Nerkowce zalewamy wodą z sokiem z limonki, a daktyle samą wodą. Wstawiamy do lodówki na całą noc.

Miksujemy orzechy włoskie z solą, a następnie dodajemy odsączone daktyle i ponownie miksujemy, aż powstanie masa, którą następnie wykładamy 4 małe słoiczki (lub inne naczynia do deserów). Odstawiamy do lodówki.

Odcedzone nerkowce przekładamy do blendera wraz z 4 łyżkami zalewy, w której się moczyły. Dodajemy olej kokosowy i wstępnie blendujemy. Dodajemy erytrol, ekstrakt waniliowy, kardamon i sól morską i jeszcze raz blendujemy do uzyskania gęstej, puszystej masy.

Krem przekładamy na wcześniej przygotowane spody i wkładamy do lodówki na co najmniej 3 godziny.

Najlepiej smakują z jakimiś kwaskowatymi owocami. Ja dorzuciłam jeżyny i borówki, gdyż kocham je miłością żywą i gorejącą:)

nerkowce4

nerkowce1

nerkowce2


pieczone chipsy z topinambura

topinambur2

Bardzo lubię topinambur i stosunkowo często do czegoś go dorzucam, ale nigdy wcześniej nie zrobiłam osławionych już dawno czipsów! Kiedy przemierzałam wczoraj Kleparz i w oczy rzuciły mi się szaro-bure bulwy, stwierdziłam, że oto i nastał ten moment.

Lubię tłuszcz, nie będę się bić, ale nie lubię jak pryska po całej kuchni;) Dlatego zdecydowałam się moje chipsy upiec w piekarniku. Metoda wymagająca może nieco więcej czasu, ale za to nie trzeba stać, doglądać gara i łowić narażając się na oparzenie gorącą kropelką oleju;)

Początkowo planowałam obrać mój topinambur. Planowałam też jakiś zabójczy miks przypraw, ale ostatecznie postawiłam na klasykę. W końcu to moje pierwsze topinamburowe czipsy, niech więc wiem jak smakują w najbardziej naturalnym wydaniu. Wylądowałam więc z michą czipsów przyprawionych tylko solą, ale przecież w sumie tak lubię najbardziej!

pieczone czipsy z topinambura

300 g topinambura
2 łyżki oleju kokosowego
sól morska do smaku

Topinambur obieramy lub nie – według gustu.

Kroimy w cienkie plasterki. Na blachę piekarnika kładziemy papier pergaminowy, który za pomocą pędzelka smarujemy roztopionym olejem kokosowym. Równomiernie rozkładamy plasterki topinambura, który również smarujemy dokładnie olejem kokosowym. Posypujemy solą morską.

Wkładamy do piekarnika i pieczemy w temperaturze 200-220 st. przez około 15 minut. Trzeba sprawdzać, żeby czipsy nam się nie przypaliły (tak jak mnie;))

topinambur1


jak przetrwałam sierpień ;)

podpiwek1

Jak zawsze trąbię wokół, nie pijam alkoholu jak sierpień długi. Co roku. I tak już od 14 lat. To w mojej rodzinie tradycja i chociaż nikt mnie nie przymuszał, kiedyś, dawno temu postanowiłam podjąć to wyzwanie. Jakoś mi się udaje, ale nie ukrywam, z roku na rok jest jakoś coraz ciężej;) Już w zeszłym roku z kumplem, który zdecydował się dołączyć do wyzwania, zgodnie stwierdziliśmy, że podpiwek, kwas chlebowy i piwa bezalkoholowe są dozwolone. Bez tego serio, serio trudno jest wytrwać, zwłaszcza kiedy wokół żar się leje z nieba a wszyscy znajomi raczą się złotym płynem…

W tym roku, na fali moich kuchennych eksperymentów, uwarzyłam własny podpiwek. Wykonałam go wedle przepisu na opakowaniu specjalnej mieszanki do sporządzania podpiwku, więc nie ma się czym chwalić;) ale, ale! Od siebie zastąpiłam część cukru mieszanką miodu oraz stewii i dodałam przyprawy: kardamon, cynamon, wanilię i tymianek. I tak to przetrwałam sierpień;)

podpiwek2

podpiwek3

podpiwek4


sriracha ramen

ramen2

Tydzień bez porządnego ramenu jest, jak powszechnie wiadomo, tygodniem straconym:P

Ten powyższy zjadałam właśnie przed chwilą i jeszcze usta mnie pieką a ich purpurowa barwa zwalnia mnie od noszenia szminki przez kilka najbliższych godzin. Wszystko za sprawą sosu sriracha, który jest podstawą mojej dzisiejszej zupy. Była tak pyszna i wyrazista, że z każdym kolejnym machnięciem łyżki robiło mi się coraz bardziej przykro, że zostaje mi jej w miseczce coraz mniej;)

A już jutro, w ramach Eataway, wybieram się na kolację prosto z Bangladeszu! Jestem niezmiernie podekscytowana, gdyż nigdy wcześniej nie miałam okazji obcować z tą kuchnią. Mam nadzieję, że uda mi się coś zjeść, a nie tylko cykać foty w szale! Zanim się tam udam, będę wraz z koleżanką, niejaką Dorotką, przygotowywać dyniowe i batatowe samosy. Mamy zamiar zanieść kilka sztuk naszej jutrzejszej gospodyni, licząc interesownie, że w zamian za to ciachnie nam na rękach jakieś gustowne mehendi;)

Ale wracając do ramenu, bo o nim nigdy, przenigdy nie należy zapominać, przejdę do szczegółów.

sriracha ramen

500 ml bulionu krewetkowego (lub warzywnego)
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka sosu sojowo-grzybowego
1/2 łyżki sosu rybnego
1/2 łyżeczki suszonych płatków chili
2 łyżki sosu sriracha (u mnie więcej, ale to według uznania)
1 łyżka suszonych płatków czosnku
szczypta pieprzu kajeńskiego
1 mała marchewka
garść wodorostów wakame
garść posiekanego szczypiorku
szczypta podprażonego czarnego sezamu
1/2 łyżeczki oleju kokosowego
porcja makaronu ramen

Bulion podgrzałam.

Rozgrzałam w woku olej kokosowy, wrzuciłam płatki chili, wlałam sos rybny i sojowy, a następnie bulion. Marchewkę pokroiłam z drobną kostkę i wrzuciłam do bulionu. Przykryłam i gotowałam chwilę, aż marchew zmiękła. Dodałam sok z cytryny, płatki czosnku, sos sriracha, pieprz kajeński i wodorosty. Wymieszałam, a następnie do zupy wsadziłam makaron. Przykryłam i gotowałam 4 minuty.

Wszystko przelałam do miseczki i posypałam obficie szczypiorkiem i czarnym sezamem.


truskawkowa kawa mrożona

kawa3

Ja, to na kawę mam fazy. Albo po 10 w czasach matury, albo w ogóle przez kolejne wiele lat. Albo raz na tydzień, tylko z konkretną osobą. Przez jakiś czas, w poprzedniej pracy, co tydzień niejaka koleżanka Dżejkubosky nastawiała wodę w momencie kiedy przekraczałam próg pracowniczej kuchni, a po chwili zalewała łyżkę kawowych granulek dodając pół kubka mleka 3,2%. Ciężko się było zebrać do pracy, bo ta kawa tak mi smakowała, że wolałabym obowiązki zamienić na kolejną. Ale być może szło tu głównie o towarzystwo a nie walory tej kawy:P

Mojemu ojcu z kolei, zawsze kiedy odwiedzam dom rodzinny, udaje się namówić mnie na swoją wersję. Z ekspresu. Gęstą, prawie taką, że łyżka stoi, z rozpuszczoną w niej krówką i mleczkiem kondensowanym.

W domu, z grubsza pijam tylko wtedy, jak mam resztkę mleka kokosowego na zbyciu. Albo jak umyślę sobie jakiś aromat. Tym razem zapragnęłam czegoś orzeźwiającego, więc zmiksowałam sobie kawowy napar z mlekiem kokosowym i truskawkowym szronem. Myślałam, że padnę i nie wstanę z rozkoszy.

truskawkowa kawa mrożona

1/2 szklanki zaparzonej, przestudzonej kawy
1/2 płynnego mleka kokosowego (może być lekko rozcieńczone wodą)
1 łyżeczka erytrolu (lub innego słodzidła)
1/2 szklanki szronu truskawkowego (przygotowanego z truskawek i mleka kokosowego. Zblendowanych, zamrożonych i spulchnionych widelcem)
parę kostek lodu

Kawę posłodziłam erytrolem. Dodałam mleko kokosowe i połowę szronu. Zmiksowałam. Przelałam do dużej szklanki z kostkami lodu, a na wierzch wysypałam resztę szronu.

kawa2 kawa1


kokosowo-gryczane pankejki

placuszki-kokosowe2

Eksperymentuję ostro z mąkami. Bardzo, bardzo kocham mąkę pszenną i gluten, ale tyle się mówi o tym, że wszelka przesada nie jest wskazana. Jedząc makaron pszenny co najmniej trzy razy w tygodniu (ma się rozumieć w ramenie, naturalnie:D), pomyślałam, że nie zaszkodzi więc do przygotowania innych mącznych dań spróbować zadrzeć z przeróżnymi mąkami, które zgromadziłam buszując po nowo otwartych w mojej okolicy delikatesach eko.

Jak już wyznałam, przeszedłszy na słodyczową stronę, znów raduje mnie dżem na śniadanie. Zwłaszcza teraz, na przełomie lata i jesieni, kiedy być może ostatni raz jem na balkonie ciesząc się jak dzika, że słońce jest znów nisko, a powietrze zaczyna pachnieć znaną mieszanką bólu i rozkoszy.

Na tę całą wczesnojesienną nostalgię usmażyłam sobie pankejkowe placuszki z mąki kokosowej i gryczanej. A zjadłam je z kwaśną śmietaną i jeszcze kwaśniejszym dżemem porzeczkowym (w końcu miało być na słodko:P). Przeżuwając kwaśne kęsy i popijając mate kontemplowałam spadające liście i zimne promienie słońca, starając się nie przekontemplować się na wylot, bo to wiadomo – można się zagalopować;)

Kokosowo-gryczane pankejki

1/2 szklanki mąki kokosowej
1/2 szklanki mąki gryczanej
1 jajko
3/4 szklanki mleka kokosowego
2 łyżki roztopionego oleju kokosowego
2 łyżki cukru kokosowego
2 łyżki posiekanych pistacji
szczypta soli
1/2 łyżeczki sody
kwaśna śmietana
dżem porzeczkowy

W misce zmieszałam przesiane mąki. Dodałam sól, cukier, pistacje i sodę.

Jajko wymieszałam z mlekiem oraz olejem kokosowym, a następnie dodałam do suchych składników i dokładnie wymieszałam trzepaczką. Odstawiłam na 20 minut.

Na mocno rozgrzanej patelni smażyłam małe placuszki, na rumiano z obu stron.

Na kupkę gorących pankejków nałożyłam kleks kwaśnej śmietany i łyżkę dżemu porzeczkowego.

plauszki-kokosowe3 placuszki-kokosowe4 placuszki-kokosowe1


obiadowa migawka

susz1

Pisałam ostatnio o Wu, z którym strawiłam milion godzin gotując i zajadając jego sushi. Bardzo tęsknię za idealnie kwaskowym ryżem w jego wydaniu i perfekcyjnie pokrojoną rybą. Jako że Wu przyjeżdża dopiero za dwa miesiące, w akcie desperacji zakasałam rękawy i postanowiłam zacząć wreszcie praktykować. Wcześniej byłam zbyt onieśmielona, ale obiecałam Wu, że jak znów przyjedzie, ja już zdążę być masterem. Więc właśnie wczoraj – stało się! Zabrałam się krok po kroku, tak, jak mnie uczył, spokojnie, bez pośpiechu. Nie przyznam się ile czasu mi zeszło, bo się wstydzę, ale jestem z siebie zadowolona. Ze smaku, bo wygląd mojego sushi jest jeszcze dyskusyjny. Zrobiłam parę rodzajów, z paroma rybami, a powyższe uramaki mają w środku krewetkę w tempurze, ostry majonez i drobno posiekany szczypiorek. Z wczorajszych, to właśnie moje ulubione 🙂


kokosowy pudding z tapioki z jeżynami

tapioka1

Pewnie już to wspominałam, ale po moich paru „słodkich latach”, kiedy to miałam w zwyczaju żywić się wyłącznie sercami korzennymi, nadeszła era słonego, która to znów trwała niezłomnie do niedawna, a podczas której wszystko, co nie- a) wytrawne, b) słone, c) pikantne, mogło dla mnie nie istnieć. Ze zdziwieniem zauważam ostatnio u siebie osłabienie tego ekstremum , co mnie cieszy przeogromnie, bo dzięki temu poszerzam horyzonty jak wścieknięta po latach słodyczowej posuchy.

Tapioka jest ekstra, pudding z niej lata już od długiego czasu po internetach, więc mój wybór padł na to cudeńko – w ramach przeproszenia się ze słodkim. Po pierwszym razie już dobrze wiedziałam, że uzależnię się głęboko. Obecnie to moje ulubione śniadanie i wariacji wypróbowałam sporo sporo. Ta tutaj, z kokosem, wanilią i kwaśnymi jeżynami jest moim numerem jeden.

tapioka2 tapioka3


omlet ze szpinakiem i komosą

szpin1

Lubię komosę. Nie jem z jakąś szaleńczą częstotliwością, ale jednak. Najczęściej tam, gdzie użyłabym zamiennie ryżu – wiadomo, najprościej. Ostatnio zostało mi trochę z obiadu, więc żeby uniknąć powtarzania się, powzięłam brawurową decyzję zrobienia z komosą czegoś innego niż polanie jej sosem albo podsmażenie z warzywami. Podsmażenie – owszem, z warzywami – owszem, ale jeszcze zalanie jajkiem, które zmieniło całą mieszankę w puszysty omlet! Oj tak, wprawił mnie w głęboką dumę z mojej pomysłowości;) No nie jest to szczyt myśli kreatywnej, niemniej jednak polecam gorąco, bo u mnie się tylko mignął!

szpin4 szpin2 szpin3


okra curry

okra4

Pamiętam, jak dawno temu, oglądając program kulinarny o kuchni wschodniej, pierwszy raz zobaczyłam okrę. Padło tam stwierdzenie, że, jeśli chodzi o smak, ma coś w sobie z fasolki szparagowej. Wiadomo, jako oddanej wielbicielce fasolki, to zdanie zawładnęło moją wyobraźnią. Poza tym, podczas gotowania, widać było, że wydziela specyficzną, kleistą substancję, a poza tym, jest dość urocza w przekroju – to wszystko złożyło się na przemożną chęć spróbowania okry.

W naszych szerokościach geograficznych, nie jest to jednak warzywo, które leży pierwsze z brzegu na każdym straganie. Jednak pewną część tegorocznego sierpnia przyszło mi spędzić w Albanii, a tam, ku mojemu zaskoczeniu, jest ona pierwszym z brzegu warzywem na każdym straganie, a panie sprzedające chrupią ją na surowo! No to rzuciłam się z torbą i obkupiłam, jakby miał nadejść kataklizm. A po powrocie do domu przerobiłam moją okrę (a raczej to, co z niej pozostało, bo idąc za przykładem albańskich sprzedawczyń, 3/4 zjadłam na surowo) na proste curry, o jakim śniłam od dawna 🙂

okra3 okra6 okra2


miso-phở ramen

ramen

Ramen, ramyun i wszelkie wariacje tej płynnej eksplozji smaków znajdują się na pewno w moim top 5 ulubionego jedzenia ever. Przeszłam wszystkie krakowskie ramenowe lokale, żeby pokosztować i zawsze jak przechodzę koło któregoś, to chociażbym nie wiem jak się spieszyła, muszę wstąpić na szybką zupę noodlową. Generalnie kocham zupy, zwłaszcza na bazie bulionu i żeby były ostre. Ramen spełnia wszystkie te założenia, a w dodatku ma pyszny makaron i tyle różnych aromatów, że nigdy, przenigdy nie mam dość! A i z wariantami można poszaleć, zwłaszcza kiedy robi się w domu. Z ortodoksyjną wersją ma to niewiele wspólnego, ale ja kieruję się głównie własnym smakiem – w końcu to ja to będę konsumować;)

Odkąd w sklepie z azjatycką żywnością nabyłam pastę phở, wszystkie moje rameny to tak po prawdzie miks miso i phở. Pokochałam tę pastę miłością żywą i gorejącą, a jej bogaty, anyżowy smak jest głęboko uzależniający. W jej skład wchodzi rzeczony anyż, cebula, czosnek, chili, kumin, imbir, cynamon, szalotka i olej sojowy. Jak dla mnie, lepiej być nie może!

Dziś, złożona chorobą, zrobiłam wersję najprostszą, bo na więcej kreatywności nie pozwoliła gorączka i noga z alergią (chociaż na dobrą sprawę nogą się nie gotuje;)). Podaję więc mój przepis, chociaż niczego nowego nim nie odkrywam.

Ramen (miso-phở)

400 ml bulionu krewetkowego
(zawsze go róbcie z pancerzy po zjedzonych krewetkach i zamrażajcie, jest boski!)
2 łyżki jasnej pasty miso (shiromiso 白味噌)
1 łyżka pasty phở
1/2 pęczka szczypiorku
1 łyżka wodorostów wakame
1/2 łyżki pasty tamaryndowej
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
błyskawiczny makaron ramen

Podgrzewam bulion. Doprawiam sosem sojowym, rybnym, pastą z tamaryndową i pastą phở.
Wrzucam makaron, glony i szczypiorek i gotuję przez 5 minut.
Na sam koniec, kiedy już wyłączę zupę, dodaję pastę miso i dokładnie ją rozcieram.
Zwykle nie obejdę się bez krewetek, albo chociaż jajka na miękko, ale tym razem musiałam się obejść, gdyż i jedno i drugie wyszło;)


gigantyczne pielmieni z ośmiornicą

ośmiornica1

Ostatnie 10 miesięcy spędził w Polsce mój przyjaciel, tajwański Brazylijczyk – Wu. Dzielimy tę samą pasję – gotowanie i podążanie gdzie bądź za dobrym jedzeniem. Mama Wu jest restauratorką, więc pomimo że on sam kończy doktorat z zakresu metalurgii, kuchnię ma w genach i zdaje się, to jest jego powołanie (czekajcie na naszego food trucka! 😛 ). Teraz, po powrocie do Brazylii, otworzył sushi bar, dla którego miałam dziką przyjemność przygotowywać zdjęcia (a potem zajadać te pyszności, bo Wu to mistrz!) – relacja wkrótce 🙂

Przez te 10 miesięcy, gotowaliśmy więc jak szaleni, odwiedzaliśmy sklepy, targi, miejsca i kraje szukając produktów, przypraw i przepisów. Eksplorowaliśmy zaciekle cały Kraków pod względem kulinarnym, zwłaszcza street foodowym, żeby i tak lądować na jego ukochanym tatarze (jakkolwiek to brzmi ;)), w lokalu „za 8 zł” 😀

Wu nauczył mnie wszystkiego, co sam wie na temat sushi (robiliśmy co najmniej raz na tydzień. O, wspaniałe czasy!) i bbq, które jest w Brazylii wyniesione do rangi sztuki. Jadłam więc ze smakiem, nawet to o co bym siebie nie podejrzewała: kurze serca z czerwonym octem i szałwią, słodkie kości szpikowe i ryby wraz z ościami. Nic nie może się zmarnować!

Wu studiował kuchnię polską. Pokochał żurek do tego stopnia, że w szczytowym momencie kisił po 3 butelki tygodniowo. Masowo produkował ogórki małosolne i lepił ze mną pierogi.

Jednak naszą główną aktywnością było sushi. Wiedząc, że wraca do Brazylii, musiałam się nacieszyć jego mistrzowskimi wyrobami do wiwatu. Jejuniu, ileż mieliśmy radości ze wspólnego gotowania! Czekam już jak na szpilkach, aż znów odwiedzi mnie w listopadzie i wkroczy do mojej kuchni!

Ten długi wstęp był po to, aby wyjaśnić nieco moją nieobecność i poświadczyć, że absolutnie nie rzuciłam gotowania – wręcz przeciwnie, ale także dlatego, by usprawiedliwić obecność ośmiornicy w pielmieniach. Podyktowana była ośmiornicą (a jakże!), która została samotna w garnku, po tym jak Wu wyjechał, nie zdążywszy przerobić jej na sashimi. Nic innego, jak zrządzenie losu sprawiło, że miałam akurat w planach wypróbowanie pierogowego ciasta na bazie mąki kokosowej. No i bum! Połączenie szalone, ale godne naszych wcześniejszych eksperymentów. Ośmiornica nie pójdzie więc na niechybne stracenie, a co więcej – nie będzie zjedzona, ot tak, bez pomysłu, a przerobiona na fuzję Wschodu z jeszcze dalszym Wschodem – pielmieni na orientalną nutę!

ośmiornica2

Podane wyżej składniki, to mój farsz. Ośmiornica dusiła się godzinę pod przykryciem i w niewielkiej ilości wody z dodatkiem czosnku, skórki z limonki, anyżu, cynamonu, kuminu i szczypty soli himalajskiej.
Gotową i ostudzoną pokroiłam drobno. Tak samo cebulę, pieczarki, czosnek, chili i szczypiorek. Przesmażyłam wszystko na niewielkiej ilości oleju kokosowego. Doprawiłam olejem sezamowym i sosami: rybnym i sojowym, dodając nieco wywaru z gotowania ośmiornicy. Farsz wystudziłam.

ciasto:

1 szklanka mąki kokosowej
1 szklanka mąki gryczanej
woda
sól
4 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego

Z tych składników, nie bez walki, zagniotłam ciasto. Nieco się kruszy, więc trzeba kontrolować ilość wody i oleju kokosowego. Gotowe ciasto odłożyłam na pół godziny w pod ściereczką. Po tym czasie wałkowałam cienko, wycinałam koła, a na każde koło nakładałam nieco farszu i zlepiałam jak duże uszka. Próbowałam również małe, ale ciasto nie jest tak sprężyste jak pszenne, a farsz dość wilgotny, co zdecydowanie nie ułatwia sprawy.
Pielmieni gotowałam w dużej ilości osolonej wody, około 5 minut.
Podałam skropione olejem sezamowym, posypane posiekanym chili i natką kolendry z sosem sojowym do zamaczania.

ośmiornica3


Szparagi

Moje pierwsze w tym roku 🙂
DIX_9425 kopia


Voyage na Dolny Śląsk

vy1

Niedawno przyszło mi zgłębiać receptury kuchni dolnośląskiej, a to za sprawą zlecenia, jakie otrzymałam od magazynu VOYAGE. Pełno tam mięs i ryb, więc nie miałam problemu z przepisami. Gorzej z wyborem potraw, bo spośród tych pyszności  naprawdę ciężko zdecydować się na cztery, a tyle właśnie przewiduje na ten cykl Redakcja.

Nie mogłam oprzeć się pstrągowi, którego wielbię miłością żywą i gorejącą, spróbowałam swoich sił w wędliniarstwie, a do tego dołożyłam pochodzący z Łemkowszczyzny żur zwany keselicą. Wszystko godne uwagi, ale nie ukrywam, że najszybciej „migło się” mięso w słoiku. Ze świeżym chlebem i grubą warstwą galaretki mogłoby zastąpić wszelkie dobra tego świata!

vy2 vy3 vy5


zimowe pierniki

piern3

Jestem tak monotematyczna, że mnie samej nie chce się tego dłużej słuchać, ale co zrobić, jeśli z faktami nie da się dyskutować? Nawał pracy, podobnie jak w tym okresie w ubiegłym roku, spowodował, że prawie nie zauważyłam, że już nastał grudzień i ten cudowny, ukochany czas oczekiwania na Święta. Pierniki, pierniczki i dania przygotowane z ich wykorzystaniem, które przygotowałam na zlecenie magazynu KUCHNIA, będą chyba jedynymi, które pachniały w mojej kuchni w tym roku. Nie łudzę się, że zdążę z kolejną porcją, ale na szczęście zostało mi trochę tych gwiazdek, wiec z pewnością spotkają swoje przeznaczenie zawisnąwszy na choince. W cichości serca, ale także głośno stukając w klawiaturę, marzę, że będzie mi dane w tym roku zakosztować tej świątecznej magii, która ostatnio w ferworze pracy jakoś przeszła niezauważona. Śniegu w Krakowie jak na lekarstwo, co i tak jest wyolbrzymieniem z mojej strony, ale uzbrajam się w niezłomną wiarę, że sypnie na samo Boże Narodzenie. Potem, jak dla mnie może stopnieć. Pod tę wiarę podpięłabym jeszcze nadzieję, że ulepię uszka, pierogi i knysze. Nie lubię się niepotrzebnie wpędzać w nerwówkę, ale nie da się ukryć, że nieulepieniem dałabym sama sobie dość sążnistego plaszczaka w policzek. Co roku to robię, to moja dola i przyrzekam uroczyście, że wyrzeknę się prezentu spod choinki jeśli tym razem nie uciągnę!

Ostatnie miesiące upłynęły mi pod znakiem deadline’ów i walki z czasem. Obfitowały w stres i ciśnienie, ale również w radość i satysfakcję, że zdążyłam. Ale bardziej, że nie zemdlałam ani razu z nerwów i nie wyrzuciłam w spektakularnym akcie desperacji komputera przez okno;) Nie tylko na gruncie zawodowym, ale i prywatnym dużo się działo i dużo zrozumiałam. Głupio to mówić mając tyle lat, ale mam wrażenie, jakbym w pewnych aspektach (ale tylko tych koniecznych;)), jakkolwiek to brzmi, dojrzała (brrr!), co w rezultacie poczytuję za osobisty sukces:P

Jednym z powodów mojego wytężonego wysiłku była praca nad ilustracjami do książki zwyciężczyni ostatniej edycji programu MasterChef, Dominiki Wójciak (oto książka: klik). Presja czasu była tak ogromna, że obie harowałyśmy w pocie czoła od świtu do zmierzchu, ale mimo napięcia i zdejmującej nas co chwila trwogi, bawiłyśmy się tak przednio, że po skończonej robocie trudno nam się było rozstać;) Nie potrafiłam też nie popadać w zachwyt nad kolejnymi potrawami, które po skończonych zdjęciach przyszło mi kosztować. Stwierdziłam, że chociażbym myślała sto lat, na niektóre zaskakująco pyszne połączenia smakowe i tak bym nie wpadła! Dominika ma ogromną wyobraźnię kulinarną i cieszę się, że dzięki książce może zaprezentować ją szerszemu gronu:) Co do samych fotografii, to oczywiście musiałyśmy się poddać wymogom wydawnictwa i właścicielowi marki MasterChef, ale i tak wiele udało nam się wynegocjować, by jednak zdjęcia mogły bardziej oddawać charakter kuchni Dominiki i posiadać znamiona mojego stylu:) Mam nadzieję, że niebawem będę mogła powiedzieć coś więcej o tej publikacji i zaprezentować chociaż parę zdjęć:)

A tymczasem zapraszam na trochę zimowych i piernikowych zdjęć:) Przepisy oczywiście w magazynie Kuchnia.

piern4 piern1 piern5 piern6 piern2


orkiszowa pizza z kurkami

kury2

Pierwsze tegoroczne kurki zakupione tradycyjnie na moim ukochanym stoisku na Kleparzu wykorzystałam do zrobienia wyjątkowo dobrej i zdaje się, że nawet zdrowej pizzy na orkiszowym spodzie pokrytym lekkim sosem na bazie jogurtu. Przepis przygotowałam specjalnie dla portalu He!!o Zdrowie, tam też zapraszam po szczegóły, więc wspięłam się na wyżyny swojej wyobraźni i tak kombinowałam, żeby użyć do tego dania kojarzącego się mimo wszystko z fast foodem, najzdrowszych składników. W końcu nazwa portalu zobowiązuje;)

No i cóż, po raz dwunasty trwam dumnie w moim miesiącu abstynencji. Jako człowiek niestroniący od biesiady, dosyć ciężko zniosłam pierwszy tydzień, ale zawsze sobie powtarzam, że początki są najtrudniejsze. Nie szkodzi, że w drugim i trzecim tygodniu również dorabiam ideologię dla wytłumaczenia sobie dlaczego to taka orka na ugorze. Bo, że ostatni tydzień zakrawa na tzw. masakrę, to się chyba rozumie samo przez się;)

I jeszcze wyznanie prosto z serca. Coraz większa chrapka bierze mnie na dynię. Więc walczę z sobą, bo to dla mnie od lat niezmiennie symbol jesieni i boję się utracić tego melancholijnego wyobrażenia, bo jak powszechnie wiadomo, jestem dość sentymentalną bestią (chociaż ostatnio jakby trochę mi zelżyło na tym polu). Pewnie się złamię, o ta kusicielka ma nade mną tajemną moc, a żeby zwalczyć pokusę trzeba jej po prostu ulec. A w dodatku ileż to już razy na własny użytek wypisywałam tu, na łamach mojego bloga kalumnie jakoby sierpień był wczesną jesienią? Czuję się więc zupełnie rozgrzeszona i z czystym sumieniem mam zamiar pomaszerować po dynię:)

A dziś jeszcze kurki, kumpiak i pizza:)

kury1 kury3


sierpniowa KUCHNIA i ja

u1

Chociażby nie wiem jak ukrywać, ukryć się nie da, że ostatnio mało tu przepisów, a jak już coś, to przedstawiam moje projekty pozablogowe. Co tu dużo mówić, pracy mam sporo, więc niestety blog cierpi. Ale nie zapominam o nim i cały czas mam go w sercu;) Mam nadzieję, że jeszcze przyjdą dla niego tłuste lata! A dziś znów parę słów o moim udziale w najnowszym sierpniowym numerze KUCHNI. Tym razem przygotowywałam desery na bazie ciasta ucieranego z sezonowymi owocami i różnymi ciekawymi dodatkami. Wszystko rozeszło się w tempie błyskawicy, gdyż taka klasyka chyba nigdy się nie nudzi:)

Zapraszam na garść fot z ostatniej sesji, a po przepisy oczywiście do magazynu:)

u2 u3 u4 u5 u6


lipcowa KUCHNIA i ja

czerw1

Od dziś w kioskach dostępna jest już nowa KUCHNIA. Tym razem wzięłam na warsztat beszamel, czyli ładniej nazwaną zasmażkę, mówiąc po mojemu;) Beszamel uwielbiam za jego kremowość i wszechstronność, toteż wieść, że będę miała przyjemność „z nim” współpracować przywitałam szerokim uśmiechem na ustach. No cóż, rewelacyjnie współgrał z moimi ukochanymi kanapkami croque madame, które i bez niego mają milion kalorii, jednak smak i konsystencja beszamelu, mówiąc potocznie, „robi robotę”, robi, że hej, a kalorie jakoś schodzą na drugi plan. Hitem jednak okrzyknięta jednogłośnie przez komisję w składzie ja i szanowny Małżonek, została młoda marchewka i botwinka pieczone w skorupce z grubej soli aromatyzowanej ziołami i skórkami cytrusów. Jak jestem gadatliwa z natury, tak w tym wypadku brakuje mi słów, by oddać głębię smaku tych rarytasów maczanych w sosie na bazie beszamelu:) Przelałam hektolitry mleka, stopiłam kilogramy masła i o mały włos nie doprowadziłam do wybuchu mąki w mojej kuchni, ale przyznać muszę bez bicia, że wszystkie przepisy, z którymi przyszło mi się zmierzyć warte są uwagi (zwłaszcza te marchewki i buraczki – no nie mogę się powstrzymać:)), więc serdecznie zapraszam do nowego numeru miesięcznika:)

I parę fotek, jak nakazuje tradycja:)

czerw2 czerw3 czerw4 czerw5