Najnowsze

paruchy z czekoladą

Nawarstwiania się spraw i obowiązków ciąg dalszy. Ale staram się walczyć z wrodzonym fatalizmem powtarzając sobie, że nie ma się czym przejmować. Proste, ale powtórzone odpowiednią ilość razy, zadziwiająco skuteczne. I mimo że nadal kompulsywnie skubię palce, to nerwowość jakby mniejsza, jak sobie uświadomię, że w ostatecznym rozrachunku nic tak naprawdę nie jest aż tak ważne, żeby się zamartwiać. Ale koniec tych rozważań w duchu eschatologicznym. Czas zająć się sprawami doczesnymi i obiadem na słodko, który w naszym domostwie jest rzadkością. Ale paruchy z czekoladą (i z klasycznym dodatkiem soli morskiej) są stałym punktem programu, zwłaszcza, gdy zostanie mi nieco drożdży.

A drążąc kwestię nomenklatury, u nas nazywano to danie właśnie paruchami, ale z doświadczenia wiem, że w zależności od regionu można usłyszeć takie wariacje, jak: kluski na parze, buchty, pampuchy czy parowańce. Nie daję głowy, że wszystkie oznaczają to samo, ale istotne jest, że rozchodzi się o coś puszystego i z drożdży;)

paruchy z czekoladą

500 g mąki pszennej
50g drożdży
ok. 200 ml mleka (w zależności ile ‘zabierze’ mąka)
2 łyżki cukru
2 łyżki oleju
odrobina soli

polewa

tabliczka gorzkiej czekolady
2 łyżki słodkiej śmietanki
1 łyżeczka gruboziarnistej soli morskiej

Drożdże rozrobiłam z cukrem, solą, odrobiną mleka i mąki, tworząc zaczyn. Następnie dodałam resztę mąki i mleka oraz dodałam olej. Zagniotłam ciasto i wyrabiałam ręcznie aż stało się elastyczne. Odstawiłam w ciepłe miejsce na pół godziny do wyrośnięcia. Następnie podzieliłam ciasto na równej wielkości kuleczki i ponownie pozwoliłam im wyrosnąć.

Parowałam je na nakładce na garnek przeznaczonej specjalnie do gotowania na parze przez ok. 8 minut pod przykryciem. (Można również układać kluski na gazie zawiązanej nad garnkiem z gorącą wodą).

Aby zrobić polewę, rozpuściłam pokruszoną czekoladę w kąpieli wodnej. Dodałam śmietankę i sól morską i dokładnie wymieszałam.

P.S. Spotkałam się również z przepisami, które zalecają dodanie do ciasta jajek. U mnie jednak taki sposób nie był dotąd praktykowany – czas spróbować:)

Paruchy można jadać na milion sposobów, a oprócz tych najbardziej rozpowszechnionych: z konfiturą lub przyrumienioną na maśle bułką tartą, ja przepadam za ich wersją wytrawną, np. z sosem grzybowym lub gulaszem. Wtedy przypominają mi mój ukochany český houskový knedlík, którego w Rodzinie oprócz mnie nikt nie lubi;)

świąteczna retrospekcja

Krakowskie kramy na Rynku, to miejsce (lub też wydarzenie), którego mogłabym nie opuszczać przez całe Święta. A gdy targi dobiegają końca, smutek napawa moje sjerce i z utęsknieniem czekam na kolejną okazję:) Uwielbiam te warkocze serowe i grillowane oscypki, grzane wino i wszelkie ludowe rękodzieło. Drewniane akcesoria kuchenne i biżuterię i tę atmosferę Święta i wyjątkowości. Lubię też ten rój ludzi przewalający się gwarnie pomiędzy budkami, nawet turyści wpychający się do kolejki specjalnie mi nie przeszkadzają;)

Do naszych tradycji wielkanocnych należy także Emaus i Rękawka, a przede wszystkim obowiązkowy ‘obchód po Grobach Pańskich’ – im więcej, tym lepiej. Tego roku pogoda nieco pokrzyżowała nam plany i nie padł kolejny rekord, ale ustawowe minimum udało nam się wyrobić;)

krem z zielonych warzyw

Po wspaniałych Świętach zostało mi sporo przywiędłej zieleniny – szpinaku, rukoli, bazylii i koperku. Ratując je przed zagładą, stworzyłam z nich energetyczny, zielony krem. Gęsty, ale na tyle lekki, że dobrze sprawdza się w roli poświątecznego panaceum;)

Nie byłabym sobą gdybym nie dodała do tej zupy cebuli i czosnku, więc dodałam;) Zagęszczaczem zostały tym razem ziemniaki.

zielona zupa-krem

pęczek koperku
szklanka liści rukoli
szklanka liści szpinaku
szklanka liści bazylii
3 ziemniaki
2 cebule
4 (lub więcej;)) ząbki czosnku
700 ml bulionu warzywnego
1 łyżeczka oliwy z oliwek
sól & biały pieprz, suszona bazylia

W garnku rozgrzałam oliwę i poddusiłam na niej pokrojono drobno cebulę. Dodałam pokrojone w kostkę ziemniaki i zalałam bulionem. Gdy ziemniaki zmiękły dorzuciłam koperek, szpinak, rukolę i bazylię oraz rozgniecione ząbki czosnku. Przyprawiłam i gotowałam jeszcze chwilę. 3/4 zupy zmiksowałam, a resztę zostawiłam w stanie niezmienionym dla nadania jej faktury.

wszystkiego wielkanocnego/żur

No to Wszystkim wszystkiego wielkanocnego:)

Melduję, że knysze z nadzieniem pieczarkowym upieczono, wafle przekładane masą kajmakową przygnieciono encyklopedią, jajko wydrapano, wywleczono koszyczek i przygotowano do niego wszelkie koszyczkowe wiktuały:)

A główny bohater – żur, czeka przykryty szmatką na swoją kolej. Pewnie się nie pomylę twierdząc, że każdy ma swój przepis na tę zupę, a słyszałam nawet, że w niektórych regionach wcale się ona nie pojawia na wielkanocnym stole (np. na rzecz rosołu;)). Dlatego nie mam zamiaru nikogo namawiać na moją wersję, która zresztą jest dość standardowa. W dodatku za każdym razem zmieniam nieco proporcje mojego zakwasu żurkowego. Nie bójmy się tego powiedzieć – robię go ‘na oko’. Modyfikacje dotyczą głównie ilości czosnku – z roku na rok jego ilość się oczywiście zwiększa skokowo;)

zakwas żurowy

5 łyżek mąki żytniej z pełnego przemiału
5 (lub więcej;)) ząbków czosnku
kawałek podsuszonej skórki chleba żytniego
500 ml przegotowanej, ciepłej wody

Żurek ponoć najlepiej jest przygotowywać w glinianym naczyniu, jednak ja z powodu jego braku posiłkuje się słoikiem.

Do słoika wsypałam mąkę, dodałam drobno pokrojony czosnek, skórkę z chleba i zalałam wodą. Przykryłam bawełnianą ściereczką i mieszałam raz dziennie przez 3 dni. (Pomieszam jeszcze jutro:)). Zakwas powinien być gotowy do użycia po 4 dniach.

Gotowy zakwas dodaję zwykle do bulionu, dodaję jeszcze więcej czosnku i podaję tradycyjnie – z kiełbasą i jajkiem.

krem brokułowo-cebulowy z oliwą truflową

Niedawno Mateńka podarowała mi butelkę oliwy truflowej. Znajduję dla niej szerokie zastosowanie w mojej kuchni, a dziś postanowiłam wzbogacić smak zupy brokułowej jej wyrazistym aromatem. Delikatnej z natury zupie wyszło to zdecydowanie na dobre:)

A przygotowanie do Świąt, zapewne tak samo, jak i u Was, trwają! A nawet nasilają się, jak to zwykle na ostatniej prostej. Jutro po tym, jak odśpiewam wszystkie piosenki i odtańczę wszystkie tańce z moimi Przedszkolakami, jadę do mieszkania Rodziców i, jak co roku, będę z największą radością i zapałem pomagać w wyrobie knysz, kajmaku i wydrapywaniu pisanek.

Sama już trochę posprzątałam (chociaż, przyznaję bez bicia – tylko z wierzchu;)) i zakisiłam żurek. Zanosi się, że tym razem najemy się żurku do wiwatu. I będą go co najmniej trzy rodzaje. Ciekawe jak na takim tle wypadnie mój…:) A zanim będziemy już mieli dosyć żurku, zupa brokułowa.

krem brokułowo-cebulowy z oliwą truflową

2 brokuły (około 500 g)
2 cebule
2 ziemniaki
około 600 ml bulionu warzywnego
4 (lub więcej;)) ząbki czosnku
4 łyżki kwaśnej śmietany
2 łyżki oliwy truflowej
sól & biały pieprz, zielona czubryca, (sezam, gol-rang)

 Na niewielkiej ilości oliwy truflowej poddusiłam pokrojoną na kawałki cebulę. Dodałam różyczki i ‘głąb’ brokułów oraz pokrojone w kostkę ziemniaki. Zalałam bulionem i gotowałam do miękkości warzyw.

Dodałam przeciśnięty przez praskę czosnek oraz przyprawy, a zupę zblendowałam.

Zaprawiłam zupę śmietaną i podałam ją posypaną sezamem i gol-rangiem oraz skropioną oliwą truflową.

musztardowa karkówka z konfiturą cebulową

Brzydko z mojej strony. Post, a ja mamię przypieczoną karkówką… Ale zostało mi nieco zamarynowanej, a szkoda zmarnować. To już jednak końcówka – Post, to rzecz święta więc basta z mięsiwem! W mojej rodzinie zawartość koszyczka konsumuje się zaraz po jej poświęceniu, więc wyrzeczenie jest i tak wyjątkowo krótkie.

Karkówkę robię zawsze w podobny sposób – z musztardą, miodem, czosnkiem i pikantną marynatą. Do tego słodka konfitura z cebuli – jak dla mnie idealne proporcje aromatów.

musztardowa karkówka

4 plastry karkówki
2 łyżki ostrej musztardy
1 łyżka miodu (u mnie wrzosowy)
2 łyżki mieszanki typu  ‘Pikantna Marynata’
4 (lub więcej;)) ząbki czosnku
1 łyżeczka oliwy
sól & pieprz, czerwona papryka, czerwona czubryca
słoiczek konfitury cebulowej
(pokrojona w piórka cebula, skarmelizowana z dodatkiem cukru trzcinowego,
oliwy i octu balsamicznego oraz przypraw)

Mięso rozbiłam tłuczkiem. Umieściłam w misce, do której dodałam oliwę, musztardę, miód, rozgniecione ząbki czosnku oraz wszystkie przyprawy. Wszystko dokładnie wymieszałam, przykryłam folią spożywczą i odstawiłam na całą noc w chłodne miejsce.

Zamarynowane mięso piekłam na ruszcie w piekarniku z opcją grillowania w temperaturze 180°C aż się zrumieniło (ale czas uzależniony jest od indywidualnych preferencji).

Podałam z konfiturą cebulową, tłuczonymi ziemniakami, sałatką szpinakową i oczywiście z piwem:)

pasta fetowa

Pastę tę podała kiedyś na imprezie moja uczelniana znajoma. Zauroczyła mnie (i pasta i znajoma, żeby nie było:)), chociaż zupełnie nie byłam w stanie wyabstrahować poszczególnych składników. Jadłam coraz bardziej kompulsywnie, by wreszcie odkryć, że ta charakterystyczna słoność pochodzi od fety. Oczywiście nie omieszkałam zapytać o konkrety dotyczące receptury i teraz sama robię taką nieustannie. Sprawdza się idealnie podczas spotkań towarzyskich jako dodatek do nachosów lub krakersów, ale niezła również do chleba.

pasta z fety

150 g sera feta (dobrze sprawdzają się również feto-podobne – sprawdzałam:))
łyżeczka koncentratu pomidorowego
łyżeczka ketchupu
4 (lub więcej;)) ząbki czosnku
czerwony pieprz

Fetę rozdrobniłam w miseczce widelcem zostawiając widoczne grudki (można również zblendować, jeśli ktoś woli gładszy krem). Dodałam koncentrat pomidorowy, ketchup, rozgnieciony pieprz i przeciśnięty przez praskę czosnek. Wymieszałam i odstawiłam ‘do przegryzienia’.

Parę dni można bez problemu przechowywać  tę pastę w lodówce, jednak przed podaniem najlepiej wyjąć ją z chłodu chwilę wcześniej.

tarta ze szpinakiem i inną zieleniną

Nie mogę tego dłużej ukrywać, ani z tym walczyć – jestem szpinakowym freakiem i nic tego nie zmieni;) Ostatnio jest u mnie w nieustannym użyciu, a dzisiejsza tarta, to jeszcze nie koniec! Trudno się oprzeć ślicznym zielonym listkom, które w dodatku są takie smaczne! Ale skoro nastał czas na zieleninę, do szpinaku dołączyły inne wiosenne wiechcie;) I trochę piętrzących się w lodówie resztek, których naturalnie nie lubię marnować. W takiej chwili improwizowana tarta jest świetnym rozwiązaniem i wybawieniem dla produktów, na które wcześniej nie było pomysłu.

 tarta z zieleniną

ciasto

100 g mąki pszennej
100 g mąki żytniej pełnoziarnistej
1 jajko
75 g masła
1 łyżka kwaśnej śmietany
szczypta soli

nadzienie

1 mały por
50 g liści szpinaku
50 g liści rukoli
pęczek koperku
2 (lub więcej;)) ząbki czosnku
100 g tuńczyka (ja lubię w oleju roślinnym:))
100 g wyraźnego sera (u mnie twarożek ołomuniecki)
200 g kwaśnej śmietany
2 jajka
1 łyżeczka oliwy
sól & pieprz

Przygotowując ciasto dodałam do obu mąk miękkie masło, jajko, łyżkę śmietany, szczyptę soli i razem zagniotłam. Odstawiłam na 30 minut do lodówki, by stężało.

Por pokroiłam w krążki, podsmażyłam na niewielkiej ilości oliwy. Dorzuciłam szpinak oraz rukolę i razem dusiłam, ale tak, by liście nie zwiędły do reszty;).

Schłodzone ciasto rozwałkowałam i wyłożyłam nim natłuszczoną uprzednio tortownicę, zaginając również nieco ciasta na brzegi. Ciasto podpiekłam w rozgrzanym do 180°C aż się zrumieniło i lekko stwardniało.

Na ciasto wyłożyłam kawałki tuńczyka odsączone z zalewy/oleju, następnie rozłożyłam ‘warstwę zieloną’, a całość równomiernie zalałam mieszaniną rozmąconego jajka, śmietany, przeciśniętego przez praskę czosnku oraz przypraw. Na wierzchu położyłam porwany koperek oraz kawałki serka ołomunieckiego.

Piekłam ponownie, w temperaturze 180°C przez około 25 minut (aż wierzch się ściął i zezłocił, a nawet lekko zbrązowiał). Należy sprawdzić, czy ciasto faktycznie się upiekło, gdyż farsz jest nieco wilgotny, co może powodować powstanie zakalca.

panierowane pieczarki z rukolą i sosem czosnkowym

Po wyjątkowo znojnym weekendzie, który miał jednak parę miłych aspektów (np. zjedzenie smaženego sýra i obskoczenie paru spotkań towarzyskich – chociaż pewnie powinnam zastosować odwrotną kolejność:)) , musiałam dla tzw. odreagowania zaserwować sobie coś pysznego, kojącego i, jak na mnie przystało, prostego.

O pieczarkach nie pisałam nigdy zbyt wiele, a jednak trzeba im oddać, co się należy. Często zastępują mi grzyby leśne, które uwielbiam, cudownie współgrają z kaszą i cebulą, potrafią się przeistoczyć w wyborny sos, a czasami nawet stają się punktem kulminacyjnym potrawy – tak, jak dziś.

panierowane pieczarki

20 kapeluszy pieczarek
1 jajko
bułka tarta
2 łyżki tartego parmezanu
sól & pieprz, słodka papryka
olej do smażenia

Wyszorowane kapelusze obtoczyłam w rozmąconym jajku, a następnie w bułce tartej połączonej z tartym parmezanem, solą, pieprzem i słodką papryką. Obie czynności powtórzyłam.

Smażyłam kapelusze po parę minut z obu stron w dość głębokim, dobrze rozgrzanym oleju na złoty kolor.

Kapelusze odsączyłam z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku. Podałam z rukolą, świeżą bagietką oraz sosem jogurtowo-czosnkowym.

kulebiak z łososiem i szpinakiem

Taki kulebiak często pojawia się na naszym stole. Głównie dlatego, że jest dość elegancki (chociaż może nie wygląda;)), a równocześnie niezwykle łatwy w przygotowaniu. Cieszy się popularnością nawet wśród szpinakowych antagonistów, gdyż to warzywo nie gra tutaj pierwszych skrzypiec, a jest raczej delikatnym, nieprzytłaczającym tłem dla wyrazistego smaku łososia. Przepis znalazła lata temu Mateńka w jakimś kobiecym piśmie i (nie jest to odosobniony przypadek) zadomowił się u nas bardzo szybko. Najlepszy jest świeży, prosto z piekarnika, jeszcze ciepły, ale kosztem niewygodnego porcjowania i rozsypywania się wokół ciasta francuskiego. Wyśmienity również na zimno z łyżką kwaśnej śmietany.

kulebiak z łososiem i szpinakiem

opakowanie ciasta francuskiego
100 g wędzonego łososia
100 g świeżego łososia uprzednio upieczonego z przyprawami
(może być po prostu 200 g łososia wędzonego)
100 g listków szpinaku
1 jajko
sól morska gruboziarnista
czarnuszka

Na płacie ciasta francuskiego rozłożyłam równomiernie płaty wędzonego łososia oraz kawałki łososia pieczonego, następnie położyłam suto i również równomiernie liście szpinaku. Ciasto ciasno zrolowałam, zwracając szczególną uwagę na końce – mocno je zlepiłam, by kulebiak zachował kształt . Wierzch posmarowałam rozmąconym jajkiem, posypałam grubą solą i czarnuszką.

Piekłam przez około 25-30 minut w piekarniku rozgrzanym do 200°C.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.